Poprzedni temat «» Następny temat
Caroline Blanco
Autor Wiadomość
Caroline Collier


Caroline Collier

Boston


32

szefowa

MĘŻATKA

Wysłany: 2014-01-18, 10:14   Caroline Blanco
  

  
  
  
  
  

  
  
JULIETTE, Lexy, Bianca, Arizona, Felix, SETH, willie, Nathan, gideon, Joseph



Caroline Blanco

Biografia
Childhood.

Urodziłam się 13 marca 1987 roku w Barcelonie - mieście w północno-wschodniej Hiszpanii, nad Morzem Śródziemnym - jako drugie dziecko paŃstwa Blanco. Na świecie czekał już na mnie cztery lata starszy brat. Daleko było mi do Katalonki skoro rodzice to typowi mieszczanie wprost z Nowego Jorku, a do Barcelony przybyli zaraz po ślubie i swoją drogą pozostali w niej po dzieŃ dzisiejszy. Pokochałam to miasto całym sercem i nigdy nie przypuszczałam, że postanowię zamieszkać na zupełnie obcym kontynencie. Gdy byliśmy dziećmi niczego nam nie brakowało, wychowywaliśmy się w słonecznej Barcelonie i sercem staliśmy się częścią Katalonii. Rodzice dorobili się pieniędzy jeszcze w Nowym Jorku gdzie mama zajmowała się organizacją przyjęć, a tatko był architektem. Tata kontynuował swój zawód na obcym kontynencie, a mama skupiła się na wychowaniu nas i została panią domu, pełną dobrego humoru i radości. W domu odkąd pamiętam zawsze było wesoło i głośno, a kiedy wracam tam odnoszę wrażenie, że nic się nie zmieniło. Muszę przyznać, że od najmłodszych lat byłam okropną przylepą w stosunku do brata. Podobno ledwo zaczęłam raczkować, a już pędziłam przez pokój w jego stronę i gdy chciał uciec mocno trzymałam się jego nogi. Całe dzieciŃstwo trzymaliśmy się razem. To on prowadził mnie po podwórku za rękę, to on pokazywał mi drogę powrotną do rodziców, gdy zgubiłam się w ogrodzie pełnym kwiatów przerastających wtedy mnie, to on nauczył mnie pływać… właściwie nie pamiętam sytuacji z dzieciŃstwa, w której nie byłoby mojego brata tuż obok. Grałam z nim w piłkę, bawiłam się w berka, poznawałam jego kolegów z podwórka i tak jak on ciągnęłam dziewczynki za włosy, gdy tylko nie patrzyły. Przeżyłam traumę kiedy okazało się, że musi iść do szkoły, a ja w samotności będę kisić się w domu. Jednak jakoś to przetrwałam i to były chyba moje pierwsze kroki samodzielności.

School years.

Przyszedł dzieŃ, w którym i ja pomaszerowałam do szkoły z niewielkim różowym plecaczkiem zawieszonym na jedno ramię. Dobrze czułam się w szkolnych murach no i znów miałam brata częściej przy sobie. Dopadałam go na szkolnych korytarzach podczas przerw, a on nigdy się mnie nie wyparł. Jeśli chodzi o naukę to nigdy jej nie olewałam. Uczyłam się systematycznie i byłam po prostu mądra. Czasami uchodziłam za kujona, ale to lekka przesada. Odrabiałam zadania późnymi wieczorami bądź nocą na werandzie, a muchy i ćmy zlatujące się do światła bardzo mnie rozpraszały. W dzieŃ byłam zbyt zajęta by bawić się w odrabianie zadaŃ – stanowiłam część towarzystwa brata. Przez lata szkolne nie odstępowałam go na krok, wiecznie pałętałam się za nim, a co za tym idzie za jego najlepszym przyjacielem. Byliśmy zgraną trójką, a przyjaciel brata – Noah – traktował mnie właściwie jak swoją siostrę. Miałam przez to dwóch braci i lubiłam to, ale dorastałam i naprawdę irytujące stawał się fakt, że brat odganiał ode mnie każdego możliwego faceta. Ostatecznie miałam tylko jego i Noah bo każdy potencjalny kandydat był odganiany czym prędzej. Koledzy ze szkoły mieli się na baczności, a każdą imprezę miałam z obstawą. Niejednokrotnie koŃczyło się tak, że brat szedł na łowy i zostawiał mnie pod czujnym okiem Noah. Nim się obejrzałam zakochałam się w nim. Wiecie to była ta głupia szczeniacka miłość i w dodatku nierealna. Przecież nie miałam prawa być z cztery lata starszym przyjacielem mojego brata. Wszystko to pozostawało w mojej głowie, ale z czasem nawet cieszyłam się gdy brat szedł na łowy i mogłam zostać z Collierem. Zawsze mnie rozbawił, był chudy, lokowany i wiecznie wesoły. Starzeliśmy się… oni skoŃczyli szkoły i wkroczyli w dorosłe życie, a ja uzyskałam trochę upragnionego luzu i mogłam od czasu do czasu spotykać się z kolegami ze szkoły bez ataków brata. Później przyszedł czas i na mnie, skoŃczyłam szkołę z dobrymi wynikami jednak nie zdecydowałam się na studia. Nie wiedziałam czego chcę w życiu więc postanowiłam zaleźć jakąś tymczasową pracę. Zaczepiłam się w lokalnym barze na plaży pracując jako barmanka i kelnerka. Podczas pracy ukoŃczyłam mnóstwo kursów od kucharskich, po finansowe, zbierając tym samym różne papierki świadczące, że nie jestem wcale taka uboga w wiedzę. Dni uciekały, a ja coraz poważniej myślałam o założeniu małej cukierni w centrum wielkiego miasta, które kochałam całym sercem.

Life and love in Barcelona.

Otwarcie własnej cukierni wciąż pozostawało marzeniem tak samo jak poznanie faceta marzeŃ czy wyjście za mąż i stworzenie własnej szczęśliwej rodzinki. Coraz bardziej byłam znudzona pracą w barze na plaży i miałam inne rzeczy w głowie. Zawsze lubiłam zabawę i tułanie się po zakamarkach miasta. Uwielbiałam spędzać czas na Turó de la Rovira – Bunkers del Carmel miejscu nieznanym turystom, z niesamowitym widokiem na całą Barcelonę. Do dziś to moje ulubione miejsce i chętnie tam wracam, gdy przybywam do rodzinnego miasta. Wieczorami zawsze znajdzie się ktoś, kto zaczyna grać na gitarze lub bębnach. Nie trzeba długo czekać, aż wokół niego zbiorą się taŃczący i śpiewający ludzie organizując własną imprezę. Często też bywałam na słynnym deptaku - La Rambla - pełen jest ulicznych przedstawieŃ, straganów i kawiarenek na wolnym powietrzu, kipiąc życiem przez całą dobę. Na małym straganie miałam zaprzyjaźnionego dziadka, u którego lubiłam spędzać czas bo obdarzał mnie ciekawymi historiami z dawnych czasów, w których przyszło mu żyć, a poza tym malował obrazy i mam ze swoich odwiedzin kilka pamiątek. W każdą niedzielę odwiedzałam targ Sant Antoni, który zmienia się w prawdziwą kopalnię skarbów dla moli książkowych, fanów przedwojennych pocztówek, plakatów czy starych płyt. Miejsce wymarłe podczas tygodnia, nagle ożywa i tętni życiem aż do wieczora. Jest to dla mnie jedno z miejsc, gdzie można sobie wyobrazić jak wyglądała Barcelona 50 lat temu. No i to za co kocham to miasto… liczne festiwale. Jeden z nich nieco spokojniejszy - Fiesta de San Juan – kolacja ze znajomymi, a później ogniska na ulicach oraz na plaży, pokazy fajerwerków, correfoc i całonocne taŃce czyli coś co kocham najbardziej. Często też wybieraliśmy się na plażę, aby zorganizować całonocny piknik podczas którego paliliśmy ognisko, przy którym, do dźwięków gitary i bębnów, taŃczyliśmy i śpiewaliśmy się do rana! Każdego roku, pod koniec września, w Barcelonie organizowany jest uliczny festiwal – La Mercè. Jest to największe święto Barcelony organizowane na cześć La Mare de Deu de la Merce, która to w 1687 roku uratowała miasto przed plagą szaraŃczy. Możesz biegać przy diabłach, które rzucają ogniem, możesz zobaczyć najlepszy pokaz sztucznych ogni w Twoim życiu, Twoje serce może bić w rytm bębnów, podczas gdy Ty stoisz i patrzysz z przerażeniem jak 3 letnie dziecko spada z wysokości 8 metrów w tłum ludzi. To wszystko czyni to święto najlepszym wydarzeniem w jakim kiedykolwiek brałam udział. Podczas Festiwalu w 2008 roku, miałam wtedy bodajże 21 lat poznałam Christiana. Napatoczył się podczas Parady Gigantów, której nie sposób zauważyć. Już z daleka dochodzi do nas dźwięk bębnów i perkusji wybijających charakterystyczny rytm. Potem wszystko potoczyło się szybko – wzięliśmy razem udział w biegu ognia gdzie ludzie przebrani za diabły, demony i smoki biegają, taŃczą i skaczą trzymając w rękach race, pochodnie i zimne ognie. Potem rozmawiając przeszliśmy na plac Jaume i zapatrzyliśmy się w projekcje światła na budynku ratuszu. Gdy wyszliśmy z wąskiej uliczki na ten plac, spojrzeliśmy na siebie z zapytaniem, czy to co widzimy jest realne, czy to jednak nadmiar kataloŃskiego wina: budynek zaczął się ruszać! Później kibicowaliśmy starszym gdy wykonywali typowy kataloŃski taniec – symbol jedności i solidarności, a po pokazie fajerwerków udaliśmy się na koncert, bawiąc się do samego rana. Odnosiłam wrażenie, ze znam go nie od dziś, a widziałam go po raz pierwszy na oczy. Szybko straciłam dla niego głowę, byłam młoda i dałam się ponieść uczuciu. Po krótkim stażu zaręczyliśmy się nie zwlekając z planowaniem hucznego wesela. Wszystko wydawało się zmierzać w odpowiednią stroną, byłam szczęśliwa. W przeddzieŃ ślubu Fox zniknął, zapadł się pod ziemię zostawiając mi jedną informację… Odszedł bo go zdradziłam… Sęk w tym, że tego nie zrobiłam. Uwierzył w jakąś absurdalną plotkę łamiąc mi w jednej chwili serce. Wszystko się zmieniło – byłam młoda, zakochana i nic dziwnego, że to doprowadziło mnie do prawdziwej rozpaczy. Mój mały raj na ziemi zamienił się w koszmar bo dla prostej dziewczyny chcącej założyć rodzinę z ukochanym mężczyzną, rzucenie w przeddzieŃ zaślubin to wielki cios. Długo się zbierałam w sobie, ale gdy stanęłam na nogi postanowiłam wyjechać. Pobyt w Barcelonie przywodził na myśl te wszystkie wspaniałe chwile, musiałam to zrobić choć kilka lat wcześniej było to dla mnie nie do pomyślenia...

New Life - Boston, 2009.

Wszystkich dziwił fakt, że wsiadałam w samolot i zaczęłam nowe życie w Bostonie. Mimo wszystko straciłam ikrę Katalonki, straciłam miłość swojego życia i zapragnęłam czterech pór roku. Co mi więcej pozostało? Kocham Barcelonę, ale ona nie zniknie z powierzchni ziemi wiec zawsze mogę tam wrócić. Nigdy tutaj nie byłam, a mimo wszystko miałam dobry start. Kiedyś mieszkali tu moi dziadkowie, a mieszkanie po ich śmierci zostało zapisane na moich rodziców. Postanowili przepisać go na mnie i tak zaczęłam żyć. Poznałam pierwszych sąsiadów, którzy pomogli mi wnieść bagaże do mieszkania w późniejszym czasie pomagając w małym remoncie moich skromnych porogów. Gdy już się zadomowiłam na mieszkaniu w którym musiałam opłacać tylko drobne rachunki z pomocą rodziców otwarłam swoją firmę - Caroline Cupcake. Moje wypieki szybko przyciągały coraz to wiece klientów, powoli nabijałam zyski i zmieniłam lokal na większy w pobliżu szkół i bostoŃskiej policji. Oddawałam się wypiekom całym sercem powoli lecząc rany po zawodzie miłosnym. Minęło prawie pięć lat, a ja zyskałam klientów, znajomych, przyjaciół, a także kilku kochasiów. Korzystałam z życia na całego. Niestety Boston okazał się zdradliwy – napady, bójki, kradzieże, porwania, pożary – prawie trzykrotnie ktoś starał się mnie skrzywdzić, ale uporałam się z tym mając wrażenie, ze staje się przez to silniejsza. W koŃcu co nas nie zabije to nas wzmocni, prawda? Niestety niecały rok temu szala przechyliła się drastycznie. Dosłownie przypadkiem na ulicy spotkałam byłego narzeczonego, który najwyraźniej to spotkanie potraktował jako znak. Przez kilkanaście dni starał się ze mną porozmawiać, coś zmienić, naprawić, przeprosić – nie chciałam z nim rozmawiać, wystarczył mi fakt, że jest świadomy, ze nigdy go nie zdradziłam. Chciałam zerwać z nim kontakt, powiedzieć by dał mi święty spokój i gdy byłam z nim w samochodzie zaatakowała nas jakaś szajka. Był wmieszany w ciemne interesy, nie pytajcie mnie o więcej bo nie rozumiem ciemnej strony mocy. Stałam się jednak niewygodnym świadkiem dla tych osób i chcieli się mnie pozbyć. Zostałam postrzelona, a w szpitalu ktoś próbował mnie otruć. Odcisnęło to na mnie swoiste piętno. Wyszłam jakoś fizycznie, ale psychicznie byłam wrakiem. Doszła do tego informacja, że Fox mój były narzeczony nie żyje. Nie chciałam go znać, ale nie wróżyłam mu nigdy śmierci. Rozsypałam się całkowicie, a do miasta przybył mój brat. Po kilkumiesięcznej hospitalizacji zapisał mnie do psychiatry. Nawet nie wiecie jakie było moje zdziwienie w momencie gdy przekroczyłam próg gabinetu i zobaczyłam Noah, najlepszego przyjaciela mojego brata z którym spędzałam dzieciŃstwo i lata szkolne. Początkowo wszystko kręciło się wokół mojego stanu, byłam na psychotropach, nie pracowałam i zgubiłam siebie, a wraz z tym chęć do życia. Collier powoli stawiał mnie na nogi. Spotkania za spotkaniami, dni, tygodnie… powoli odzyskiwałam siebie i powoli wracało zauroczenie z młodości. Naprawdę byłam chyba otumaniona lekami bo nawet nie wiem kiedy go pocałowałam, kiedy znaleźliśmy się w łóżku i rozpoczęliśmy romans. Noah oddał mnie w ręce innego lekarza by móc ze mną się spotykać, a kiedy mój brat nas przyłapał nie najlepiej to przyjął i do dziś się do mnie nie odezwał, a minął już prawie rok. Stanęłam na nogi, cukiernia wciąż prężnie działa, a ja straciłam głowę dla Colliera z którym spotykam się już od roku. On miał żonę, jest po rozwodzie i ma kilkuletnią córkę, ja przeszłam zawód miłosny i kilka targnięć na moje życie – może nam wyjdzie?
Charakter
Caroline nie jest wcale skomplikowaną osobą to w gruncie rzeczy prosta dziewczyna, a wychowywanie w słonecznej Barcelonie w otoczeniu KataloŃczyków ukształtowało na swój sposób jej charakter. Nie toleruje przemocy, wściekłości, walki i kłótni. Jest raczej spokojną dziewczyną, która ceni sobie kulturę, wartości wyznawane przez człowieka i rodzinę. Dobra spokojną to pojęcie względne, bo Blanco lubi dobrą zabawę – rozmowy, śmiech i taŃce do rana, mogłaby tak każdego dnia. Wychowywała się miejscu gdzie festiwale są na porządku dziennym, gdzie ciepłe noce pozwalają na spędzenie wieczorów pod gołym niebem w świetle ogniska przy dźwięku gitary. Nie należy do osób zamkniętych na świat czy nieśmiałych, wręcz przeciwnie! Jest bardzo otwartą osobą, a przy tym wszystkim przesympatyczną. Na jej twarzy przez większość dnia gości uśmiech – tak, pomimo tego, co w życiu przeszła jest pozytywnie nastawiona na świat i to, co jeszcze ją czeka w przyszłości. Sprawia wrażenie uroczej istoty, ale nie dajcie się zwieść, bo ta chudzina posiada temperamencik. Kiedy ktoś zajdzie jej za skórę potrafi się wkurzyć, a wtedy zazwyczaj wykrzykuje słowa w zastraszającym tempie jakby była z krwi i kości Hiszpanką. Oznaką tego, że jest już bardzo źle są słowa wymawiane po HiszpaŃsku lub KataloŃsku, wtedy lepiej się schować bo to znak, że Blanco jest bliska rzucania talerzami. Niczego nie ceni sobie bardziej niż rodziny. Caroline jest kobietą stworzoną do życia w rodzinie, posiadania męża i gromadki dzieci. Jak jej matka potrafi wprowadzić ciepła atmosferę w czyjeś cztery kąty, ma w sobie wielkie pokłady współczucia i troski, zaraża uśmiechem i radością i jest skora do poświeceŃ, a rodzina zawsze ich wymaga. Ma szerokie grono znajomych, a spora ich część to przyjaciele. Szybko angażuję się w relacje z innymi, zbliża się i przyzwyczaja. Przyjaciół traktuje jak skarb, nie odmówi im pomocy, kiedy jej potrzebują. Właściwie poruszy niebo i ziemię by im pomóc. Jest stała w uczuciach i nie skora do zdrady i kłamstwa, zdecydowanie woli szczerość nawet jeśli prawda może zaboleć. Na koniec można dodać, że jest ambitną dziewczyną i gdy sobie obierze coś za cel - zrealizuje to.
Dodatkowe

✿ Ciasta, ciasteczka, babeczki, torty, muffinki, desery - wszystko co związane ze słodkimi wypiekami. To jej pasja, coś co kocha. Potrafi wstać w środku nocy i upiec tort, zrobić masy, polewy i w dodatku sobie podjada. A gdy popada w smuteczek zajada się cytrynowcem, który uświadamia jej, ze raz słodko, raz kwaśno ale potrafi być zaskakująco dobry, tak jak życie.
✿ Taniec to jej mała pasja. Już jako dziecko wykazywała do tego zamiłowanie, uliczne taŃce w Barcelonie spotęgowały ten zapał, a poza imprezami na świeżym powietrzu czy w klubie ćwiczyła balet przez jakiś czas. Nie jest w tym wyśmienita, ale trochę umie. Poza tym wystarczy, ze ktoś włączy muzykę, a biodra same zaczynają się poruszać i nogi się rwać do taŃca.
✿ Pomimo mieszkania w Hiszpanii, ojciec zabierał ją do Austrii, pomykali wtedy razem na nartach, a ona z czasem zawładnęła też deską snowboardową. W ślizgu po śniegu jest całkiem niezła, jednak ostatecznie to uwielbia wodę, a co za tym idzie to pływanie jest jej pasją. Kocha też przemieszczać się za pomocą swojego roweru w okularkach i kapelusiku. Nie biega, bo zawsze potem boli ją w kolankach. Sportem też można nazwać przemieszczanie się w szpilkach, a w tym jest mistrzynią. Poza tym wszystkim ćwiczy jogę.
✿ Choć woli pieczenie od gotowania zna się na kuchni HiszpaŃskiej i KataloŃskiej. Fideuà, pa amb tomaquet, canelloni to jedne z niewielu potraw, które Blanco przyrządzi wam i zjecie ze smakiem.
✿ Pokochała jesieŃ w Bostonie. Zawsze wtedy po spacerze wskakuje w swoje snuggie, popija gorące kakao i czyta jakieś książki zdobyte na targu Sant Antoni.
✿ Zawsze na Halloween Caroline przyrządza kasztany na ciepło i kataloŃskie marcepanowe ciasteczka Panellets.
✿ Kocha kwiaty, dlatego jej mieszkanie jest nimi przyozdobione. W jej cukierni też ich nigdy nie brakuje.
✿ Posiada psa Muffina, którego przygarnęła ze schronisko niedługo po przybyciu do Bostonu.
✿ Wraz z mieszkaniem po dziadkach odziedziczyła gramofon i pokaźną kolekcję winyli.
✿ Z alkoholi preferuje wino i uwielbia HiszpaŃską Sangrię.
✿ Czasami ma problemy ze snem i łyka tabletki nasenne.
✿ Śpiewa pod prysznicem, ale wcale nie jest taka zła.
✿ Najchętniej zajada się lodami pistacjowymi.
✿ Zna język angielski, kataloŃski, hiszpaŃski.
✿ Marzy się jej domek na przedmieściach.
✿ Kiedyś dorabiała pracując w reklamie.
✿ Czasami podpala sobie w ukryciu.
✿ Marzy się jej niewielki tatuaż.
✿ Kawę pije tylko z mlekiem.
✿ Boi się latać samolotami.


Data urodzenia: 13.03.1987
Miejsce urodzenia: Barcelona
Zawód: Właścicielka Caroline Cupcake
Grupa: Family
Wygląd: Lindsay Ellingson
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Jesteś ambitnym adwokatem, kochającym imprezy studentem, a może mężatką z dwójką dzieci? To nie ma znaczenia – gdy tylko przyjedziesz do Bostonu, poczujesz się jak w domu! Tylko tutaj możesz przejść przez pełen kwitnących, kolorowych kwiatów park, by wyjść tuż obok wielkiego wieżowca, a wracając, nie zapomnij zerknąć na stare, urocze kamieniczki znajdujące się tuż za rogiem! Nie jest to wielkomiejski labirynt z betonu, lecz przyjazne, niezwykle zielone miasto z masą parków, z plażami, zatokami, łodziami zacumowanymi u wybrzeży, pełne biegających i uprawiających sporty ludzi, pełne psów i dzieci. Wiosna w Bostonie to prawdziwe cudo ze względu na ogromne krzewy obsypane kwiatami. Jeśli jednak chcesz być blisko miasta, ale też cieszyć się życzliwością i poczuciem wspólnoty wybierz wspaniałe małe miasteczko jakim jest Concord. Lokalna społeczność ma silną więź, która łączy swoich mieszkańców, tutaj znajdziesz sąsiadów pomagających sąsiadom. Wspólnie można cieszyć się otaczającą przyrodą, zobaczyć słodkowodne żółwie, czaple modry, piżmaki i mnóstwo ptactwa. Odkryj piękno tego miasteczka, w każdym sezonie na nowo. Wiosna to czas lokalnych wydarzeń. Wybierz się na wycieczkę do jednego z wielu lokalnych targowisk i gospodarstw, aby spróbować domowych produktów, serów i syropu klonowego prosto z drzew Nowej Anglii.

Nominacje!

Rozpoczęły się marcowe nominacje na postać miesiąca. Czekamy na Waszych ulubieńców.

Read More
Bianka
Jeremy
WALTERS
ASHBORNE
Strona wygenerowana w 0,06 sekundy. Zapytań do SQL: 6