Poprzedni temat «» Następny temat
Stoliki
Autor Wiadomość
Sofia de Lorenzo Lovegood


Wysłany: 2017-11-17, 12:44   

U Sofii pani burmistrz zawsze była mile widziana. Zapewne na początku, kiedy dopiero się poznawały, Argentynka nawet nie wiedziała, kim jest ta kobieta. Nie śledziła wiadomości z Bostonu, żyła własnym życiem, chyba aż za bardzo. Gdyby na drugim koŃcu miasta samolot wleciał w wieżowiec, nawet by o tym nie wiedziała, dopóki ktoś by jej o tym nie powiedział - brat, pracownica, przypadkowy przechodzieŃ z ulicy. Nie dotyczyło to tylko Bostonu, wcześniej, w Buenos Aires też tak miała. W jej rodzinnym miasteczku działało to trochę inaczej, bo chodziła do szkoły, rozmawiała na poważne tematy z przyjaciółmi, jako wchodzących w dorosłe życie ludzi interesowała ich polityka i gospodarka, myśl, że teraz oni będą za to odpowiedzialni, że muszą wiedzieć, aby zmieniać. Teraz to spadało na ich barki i musieli wziąć za to odpowiedzialność. Tak myśleli, ale rzeczywistość bardzo zweryfikowała ich plany. Część jej przyjaciół z dzieciŃstwa zostało w Ushuaia, łapiąc się pracy, często sezonowej, w turystyce. Część wyjechała, jak ona, w poszukiwaniu lepszego życia i gdzieś zagubiła się w tym świecie. Sofia w Buenos Aires się odnalazła, zakochała, wykształciła. Znalazła męża, pracę i przyjaciół. Nie trwało to tak długo, jak powinno, ale było wystarczające, by pogrążona we własnym świecie nie zwracała uwagi na rzeczy poza nim. Teraz było podobnie, choć wciąż pogrążona w smutku inaczej patrzyła na świat. Wciąż jednak żyła w tej swojej przestrzeni, zapełnionej sztuką, obrazami, malarstwem, któremu wciąż poświęcała się bez koŃca. Żyła w chaosie swoich uczuć i emocji, nad którymi nie mogła zapamiętać. Emocje przeplatały się ze sztuką, gdzieś pomiędzy było jej ciało, które czasami było narzędziem, czasami źródłem inspiracji, jeszcze kiedy indziej czyniła z niego produkt, który śmiało wykorzystywała przy pracy z płótnem. Ludzie patrzący na obraz tego nie widzieli, nikt normalny by na to nie wpadł, ale ona wiedziała, że gdzieś przyklejony jest kosmyk jej włosów, a gdzie indziej brunatnoczerwony słoŃ został namalowany krwią z jej przedramienia.Może to lepiej, że inni nie wiedzieli.
Propozycja wsparcia finansowego bardzo Sofię ucieszyła, bo zrozumiała, że robi coś, co jest dobre i co ma sens. Od początku utrzymywała galerię z własnych funduszy, czasami ledwo wychodząc na zero w miesiącu, ale nie szczędziła na niczym, dzięki czemu, jak i dzięki swoim znajomościom w półświatku artystów i kolekcjonerów, które zaczęła zdobywać jeszcze w Buenos, udawało jej się pozyskać klientów i sprzedawać coraz więcej dzieł, nie tylko swoich. Zresztą, teraz nie chodziło jej już o sprzedawanie swoich obrazów. Ona czuła się spełnioną, mogąc malować, nie potrzebowała też wiele zarabiać, bo wciąż miała na koncie sumę, której nawet nie potrafiła wymówić, podobało jej się jednak promowanie młodych artystów, często odrzucanych przez innych znawców dlatego, bo ich sztuka jest niezrozumiała bądź kontrowersyjna. Z każdej sprzedaży zbierała jakiś procent, była pośrednikiem i szło to na pokrycie kosztów choćby organizacji wernisażu, ale nigdy nie oszukiwała. Pozostały w niej jeszcze jakieś szczątki dobroci i człowieczeŃstwa, mimo wszystkiego, co w niej siedzi.
- DzieŃ dobry - podniosła się z siedzenia, czule witając Cassandrę. Obdarzyła ją także drobnym uśmiechem, który ograniczał się jedynie do ust. W oczach Sofii od długiego czasu czaił się smutek i zdawało się, że niemożliwym jest go stamtąd wyplenić. Odkąd zginął jej mąż, była trochę innym człowiekiem. - Nie chciałam, żebyś musiała na mnie czekać - wyjaśniła zgodnie z prawdą. Nie oznaczało to, że na każde kolejne ich spotkanie Sofia zbierze się równie wcześnie. Czasami zupełnie nie czuła upływu czasu, orientując się już po fakcie, że jest spóźniona. Albo że może powinna iść już spać, bo znów spędziła całą noc nad płótnem, w pracowni wygospodarowanej w jednym z pomieszczeŃ galerii, nie czując nawet zmęczenia, przynajmniej dopóki nie spojrzała na zegarek. Nie miała w pracowni zegara, prawie tak, jak w kasynie. Niepotrzebnie by ją rozpraszał, nie było jej to potrzebne, kiedy wpadała w trans tworzenia. - Ostatni wernisaż bardzo się udał. Ta dziewczyna jest niezwykle uzdolniona. Nie widziałam cię, byłaś? - pytała z ciekawości, nie dlatego, bo Cassandra powinna tam być. Mogła nie mieć czasu, a równie dobrze mogła zgubić się w tłumie, który był dość spory, chyba największy od początków istnienia galerii. - Chciałam malować, ale wciąż nie mogę. Chyba znów mam... och, jak to się mówiło po angielsku? Mam blok. Nie mogę malować - próbowała wyjaśnić, dość żywiołowa gestykulując, ale w koŃcu i tak nie przypomniała sobie tych słów, o które jej chodziło, więc tylko przytknęła opuszki palców do skroni i pokręciła głową, jakby ze zirytowaniem. Wciąż myślała po hiszpaŃsku, nawet po dwóch latach pobytu w Bostonie nie mogła się przestawić na drugi język. Zresztą, najwięcej mówiła i tak do samej siebie, a to zawsze robiła po hiszpaŃsku. - Dostałam kartkę z Los Angeles, spójrz - pogrzebała chwilę w torebce, ale w koŃcu udało jej się wysunąć po stoliku, w kierunku Cassandry pocztówkę. Najzwyklejszą, z ładnym zdjęciem Wzgórza Hollywood. Na odwrocie napisane były zdawkowe pozdrowienia podpisane nazwiskiem Boyda Vernera. - To bardzo miłe, prawda? - ale Sofia chyba za nim tęskniła. Był jedną z pierwszych osób, jakie poznała po przyjeździe w Bostonie, ba, był chyba jej najbliższym przyjacielem tutaj, kimś, komu mogła zwierzyć się ze swoich przykrych wspomnieŃ, z poczucia winy, a jednocześnie w towarzystwie kogo mogła o tym wszystkim zapomnieć choć na chwilę, dobrze się bawić - na wernisażu, w operze, czy nawet w klubie na sylwestrowym party, gdzie z własnej woli nigdy by przecież się nie udała. Kilka miesięcy temu Boyd Verner wyjechał do Kalifornii, gdzie pracuje nad nową płytą zespołu, nad którym przejął pieczę. Czasami dzwonił, czasami pisał, ale to nie było to samo, Sofia właściwie miała wrażenie, jakby kolejna osoba zniknęła z jej życia. A mimo to, próbowała wbić sobie do głowy, że przysłana kartka jest bardzo miłym upominkiem. Bo przecież była. Mimo tego, że Boyda Vernera już praktycznie nie znała.
 
 
Leonard Reeves
[Usunięty]

Wysłany: 2017-11-29, 01:01   

/kilka dni po nocnym dyżurze z Chole (hyhy króliś)/

Wejście do kawiarni po długim spacerze pośród jesiennego wiatru i chłodu było niemal szokiem, choć z kategorii tych przyjemniejszych. Leo pozostawił swój płaszcz i wełniany szalik na wieszaku przy wejściu i zajął jeden z wolnych (o tej porze, a było to późne popołudnie – było ich do wyboru całkiem sporo) stolików, zaglądając od razu do ułożonej pośrodku karty menu. Kawałek zalaminowanego pomaraŃczowego papieru kusił go wieloma pozycjami, od świeżo mielonej kawy i czarnej herbaty, poprzez kakao i słodką czekoladę z bitą śmietaną, aż na wyciskanych na miejscu sokach owocowych koŃcząc. Kusił, ale i tak trudno było zdecydować się na jeden specjał. Może dlatego, że napicie się czegoś ciepłego, albo zjedzenie kawałka owocowego placka z kruszoną było sprawą drugorzędną, natomiast tym, co liczyło się wówczas dla Reevesa najbardziej, było umówione spotkanie z niejaką @Pixels – dziewczyną, której konto na Instagramie kontrolował nawet częściej, niż swoje własne, a kilka zdjęć zdecydował się pozostawić sobie gdzieś na dysku na stałe. Przynajmniej, dopóki nie uda mu się uzupełnić kolekcji o kilka własnych prac. Coraz częściej łapał się na tym, że fotografia nie jest jedynie jego pasją, a dziwacznym sposobem na życie, którym to nie dość, że karmi swój własny zmysł estetyki i bardzo subiektywne poczucie piękna, to jeszcze próbuje nim zarazić ludzi w swoim otoczeniu. Swoim punktem widzenia, swoimi kategoriami urody, albo postrzeganiem dzikich terenów niezagospodarowanych przez człowieka, które napawały go niezmiennie zachwytem i swego rodzaju nostalgią. Tęsknotą za lesistymi wzgórzami i rozległymi trawiastymi łąkami Alaski, gdzie jak nigdzie indziej na świecie można było poczuć jedność z naturą. Zdarzały się wieczory, kiedy spoglądając przez okna swojego mieszkania na tętniące życiem ulice Bostonu, Leo nabierał przekonania, że znalazł się w najbardziej niewłaściwym dla siebie miejscu, a przed ucieczką z betonowego labiryntu powstrzymywało go jedynie poczucie obowiązku względem szpitala i życia uporządkowanego zgodnie ze schematem akurat tego miejsca. A więc tkwił tu, choć nie było to tkwienie bezowocne i bezmyślne, o czym po raz kolejny miał przekonać się już za kilka chwil.
Zauważył znajomą (sic!) twarz pojawiającą się w wejściu do lokalu i od razu, by zwrócić na siebie uwagę, pomachał do kobiety energicznie i gestem dłoni przywołał ją do siebie. Nie spóźniła się. To on przybył do kawiarni o kilka minut za wcześnie, szczęśliwym zrządzeniem losu mijając skrzyżowania za każdym razem na zielonym świetle. A gdy już znajoma nieznajoma podeszła do stolika, usadził na jego środku niedużego pluszowego królika o nieco wilgotnych, zroszonych deszczem uszach. Miał na sobie niebieski sweterek z miłego w dotyku, przypominającego wełnę materiału.
— Kupiłem go od starszego pana bliżej centrum. Podobno zbierał pieniądze na jakiś szczytny cel. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale królik po prostu musiał być twój — uśmiechnął się, wyjaśniając skrótowo pochodzenie zagadkowej zabawki o czerwonawych w tym świetle oczach — Na co masz ochotę? Podobno mają tu obłędne creme brulee.
 
 
Pixie McGee
[Usunięty]

Wysłany: 2017-11-29, 14:36   

#3

Pixie lubiła social media. Lubiła przeglądać zdjęcia, wrzucać swoje, pisać z ludźmi i tak dalej. Oczywiście, ze względu na to, jakie zdjęcia wrzucała odzywało się do niej sporo obleśnych typów, dostawała także trochę hejtu, więc fakt, że nie skasowała z miejsca wiadomości Leonarda to było coś. Musiał wiedzieć jak zagadać, źle mu z oczu nie patrzyło na jego avatarze... Zaczęli rozmawiać. Było całkiem sympatycznie, choć to naprawdę nic wielkiego. Powiedział że robi zdjęcia, pokazał... nie były zły. Lubiła dreszczyk emocji, więc zgodziła się na spotkanie. Z facetami to przecież nigdy nic nie wiadomo, może zgrywać księcia z bajki a być zwykłym czarnym charakterem. Jednak spotkanie w miejscu publicznym to coś innego. Gdyby Leonard zaprosił ją do własnego mieszkania, to niemal na pewno by się nie zgodziła.
Blondynka rozejrzała się po wnętrzu i uśmiechnęła się do mężczyzny. Okej, wielki plus dla niego, że to faktycznie on był tą osobą, która do niej pisała. W internecie przecież różne rzeczy się zdarzają. Nie jeden raz zdarzało się, że ktoś podszywał się pod kogoś kim nie był, używał cudzego wizerunku dla własnej korzyści. Na całe szczęście w tym przypadku nic takiego nie miało miejsca. Dzięki bogu.
-Hej, jestem Pixie-przedstawiła się, choć mężczyzna z miejsca ją rozpoznał. Wcześniej jednak zwracali się do siebie raczej za pomocą swoich loginów z instagrama, a przedstawienie się wydawało się być dobrym początkiem realnej znajomości. -Słodki jest, dzięki wielkie-rzuciła swoją sportową torbę, zdjęła kurtkę i usiadła przy stoliku.-Skoro tak, to poproszę. I herbatę, najlepiej zieloną-powiedziała sięgając po portfel. Była dużą dziewczynką, potrafiła się sama sobą zaopiekować i nie oczekiwała że faceci będą jej cokolwiek kupować.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Jesteś ambitnym adwokatem, kochającym imprezy studentem, a może mężatką z dwójką dzieci? To nie ma znaczenia – gdy tylko przyjedziesz do Bostonu, poczujesz się jak w domu! Tylko tutaj możesz przejść przez pełen kwitnących, kolorowych kwiatów park, by wyjść tuż obok wielkiego wieżowca, a wracając, nie zapomnij zerknąć na stare, urocze kamieniczki znajdujące się tuż za rogiem! Nie jest to wielkomiejski labirynt z betonu, lecz przyjazne, niezwykle zielone miasto z masą parków, z plażami, zatokami, łodziami zacumowanymi u wybrzeży, pełne biegających i uprawiających sporty ludzi, pełne psów i dzieci. Wiosna w Bostonie to prawdziwe cudo ze względu na ogromne krzewy obsypane kwiatami. Jeśli jednak chcesz być blisko miasta, ale też cieszyć się życzliwością i poczuciem wspólnoty wybierz wspaniałe małe miasteczko jakim jest Concord. Lokalna społeczność ma silną więź, która łączy swoich mieszkańców, tutaj znajdziesz sąsiadów pomagających sąsiadom. Wspólnie można cieszyć się otaczającą przyrodą, zobaczyć słodkowodne żółwie, czaple modry, piżmaki i mnóstwo ptactwa. Odkryj piękno tego miasteczka, w każdym sezonie na nowo. Wiosna to czas lokalnych wydarzeń. Wybierz się na wycieczkę do jednego z wielu lokalnych targowisk i gospodarstw, aby spróbować domowych produktów, serów i syropu klonowego prosto z drzew Nowej Anglii.

POSZUKUJEMY!

Jeśli jest ktoś chętny wesprzeć administrację od strony porządkowej, czy też pomóc w kwestii tematyki eventów i wydarzeń losowych - zapraszamy do zgłoszenia się na moderatora

Read More
Harper
William
ATWOOD
WALKER
Strona wygenerowana w 0,11 sekundy. Zapytań do SQL: 7