Poprzedni temat «» Następny temat
Cleveland St
Autor Wiadomość
Massachusetts


Massachusetts

Wysłany: 2014-08-12, 11:08   Cleveland St


ulica
 
 
Maya C. McCann
[Usunięty]

Wysłany: 2015-11-01, 13:25   

/ kilka dni po tym jak Adam dostał papiery rozwodowe


Była gotowa zapaść się pod ziemię, była gotowa po prostu umrzeć. Bolało ją najbardziej to, że z ich życia umknął cały rok. Rok! Najważniejszy rok dla bliźniaków, kiedy nosiła ich pod serce, kiedy się urodzili. Nawet Adam nie był tym pierwszym który wziął ich na ręce. Chyba to tak bardzo ją bolało, to ją zawiodło, że Adam zawiódł własne dzieci. Już nie chodzi o nią, bo w jakiś sposób, przyzwyczaiła się do myśli, że Adam jej nie kocha. Bo chyba z czasem dla kobiet starcza miłość dzieci. Ale przykre było to, że dla swoich własnych pociech był...jak duch. Widać było to najbardziej po Jaxonie. W przedszkolu stał się bardziej agresywny. Maya była już wzywana trzy razy do szkoły. Pięciolatek rzucił się na kolegę, podobno bez przyczyny. Później dopiero wyjaśnił jej, że kolega powiedział mu, że jego ojciec i tak nie przyjdzie na przedstawienie bo gonie kocha. Jaxon stawał się jak ojciec. Myślał, że takim zachowaniem zwróci uwagę swojego taty. Walczył o to by Maya i Adam znów byli jak kiedyś. Tego dnia Maya odebrała Jaxona z przedszkola i obiecała mu, że pójdą razem na ciasto i kakao a wieczorem porozmawiają z tatą na temat przedstawienia. Kiedy wychodzili z cukierni Maya chwyciła mocno rączkę swojego synka i poprawiła jego czapkę.
- Mamo?
- Tak?
- Czy tata Cię kocha?
- dziewczyna stanęła w bezruchu i spojrzała na swojego pierworodnego. Co miała mu powiedzieć? Tak kocha ale się rozstajemy? Nie nie kocha mnie? Obie odpowiedzi załamią Jaxona, zniszczą jego dzieciŃstwo. A papiery rozwodowe które Adam dostał niecały tydzieŃ temu zapewne niedługo zostaną podpisane.
- Na pewno kocha Ciebie i Twoje rodzeŃstwo, nie wolno Ci wątpić w miłość Twojego taty.
- Ale tata mi kiedyś mówił, ze jeśli kobieta płacze, to znaczy że mężczyzna ją zranił. A Ty płaczesz mamusiu, tata Cię zranił?- Maya uśmiechnęła się w jego stronę. Dwie krople wody, dwie krople wody. Adam i Jaxon różnili się tylko oczami no i malec nie miał tatuaży. Chociaż niedłuugo halloween i powiedział że chce by mu namalowali takie tatuaże jak ma tata, bo chce być bohaterem. Czy Mayha była zdolna i gotowa zniszczyć tą wizję Jaxona, wizję że Adam jest nieskazitelnym bohaterem.
- Skarbie, ja i tata tak jak ty i twoi koledzy się czasami nie rozumiemy.
- Ale tata też płacze... wiedziałem wczoraj jak poszłaś z J i J do lekarza. Płakał bardzo mocno, Frances się przestraszyła, ale tata nas uspokoił i obiecał że nigdy nas nie opuścić nas i Ciebie że kocha nas całym sercem- Maya poczuła jakby ktoś wbił jej nuż w plecy, albo raczej jakby podciął pewność siebie. Podobno płaczący mężczyzna to szczery mężczyzna słowa które wypływają z ust takiego człowieka są najczystszą prawdą. A Adam...on bardzo bardzo rzadko płakał. Maya ruszyła powoli dalej, chcąc dotrzeć do domu jak najszybciej jakby bała się że jeśli szybko nie wróci będzie za późno.
- Tata bardzo nas kocha, czasami po prostu dorośli robią bardzo złe rzeczy i tego żałują skarbie.- Jaxon kiwnął głowa po czym ścisnął dłoŃ swojej mamy idąc tuż obok niej. Nagle zatrzymał się i szrpnął Mayę za dłoŃ.
- Mama patrz- wskazał na drugą stronę ulicy było ciemno a Maya musiała wysilić wzrok by dostrzec o co chodzi synowi. Do płotu przytulony i zmarznięty przytulał się mały pies, prawdopodobnie jamnik. Maya rozejrzała się do okoła i nie zauważyła zbyt wiele osób właściwie gdzieś dalej ktoś przechodził przez ulicę.
- Mamusiu on się boi?
- Chyba tak i jest mu zimno.
- Weźmy go ze sobą, proszę chociaż na jedną noc.
- Nie wiem synku, a co powie tata.
- Tata się zgodzi proszę.- Maya pokiwała głową i kazała zostać Jaxonowi na miejscu mówiąc że przyprowadzi psa. Wyszła na ulicę nawet się nie rozglądając dostrzegła samochud który w ostatniej chwili mocno zwolnił zastygła w bezruchu widzac jak jedzie powoli ruszya dalej zaraz jednak słysząc jak terenowa toyota przyśpiesza odwróciła głowę w stronę auta by poczuć mocne uderzenie. Zabrakło jej tchu w chwili kiedy poczuła mocne uderzenie w plecy. Po krótkiej chwili poczuła jak uderza o mokry i zimny asfalt. Chciała nnabrać powietrza z bólu ale poczuła jak powietrze nie chce się tam dostać. Jakby coś w jej płucach jakaś ciecz wypełniła je po brzegi. Usłyszała płacz syna który podbiegł do niej, ale nie była pewna czy to jest jej wyobraźnia czy fakt. Poczuła ciepłe dłonie synka na swoim policzku.
- Pomocy!- Jaxon krzyknął na cały głos ale później straciła całkowicie przytomność. Jedyne o czym myślała to o tym, że gdyby tylko była cierpliwa, gdyby tylko dała Adamowi szansę, byłby tu przy niej. Myślała o tym co będzie potem. On sam z czwórką dzieci, to jak będzie musiał wyjaśnić Jaxonowi i Frances że ich mama już nigdy nie wróci. Tak bardzo chciała by on tu był by mówił że sobie poradzą, że jej nie opuści.
[...]
Jaxon stał przytulając do siebie małego jamnika stał wpatrzony w leżącą na ziemi mamę i kilkoro przechodni. Wciąż w dłoni trzymał jej telefon którym zadzwonił na pogotowie i po tatę.
- Jaxon?!- gdy usłyszał głos taty rozpłakał się tak głośno że ratownicy zabierający Mayę obrócili się za siebie.
-Tata!- Jaxon razem z małym szczeniakiem wpadli w ramiona Adama - z...zadzwoniłem po karetkę tak jak mnie uczyłeś, mama nie odzywała si...się bo ktoś bo samochód on uderzył w mamę kiedy szła po..po pieska. Przepraszam tato...to moja wina- Jaxon płakał jakby koŃczył się mu świat. Widział jak jego matkę potrąca samochód, ktoś kto nawet się nie zatrzymał, nie pomógł zostawiając ją na pastwę losu. Jaxon wtulił się w swojego ojca płacząc głośno a mały jamnik zlizywał jego łzy z policzków
 
 
Adam McCann
[Usunięty]

Wysłany: 2015-11-01, 18:31   

Przez ostatni czas Adam sobie wiele uświadomił. Szczególnie, gdy siedział tępo wpatrując się w ścianę. Wcale nie był dobrym ojcem, a jeszcze gorszym mężem i przestał się dziwić Mayi, że podjęła taką decyzję. Praca go pochłonęła całkowicie i niewiele czasu z nimi spędzał. W sumie to prawie w ogóle. Wcześniej tłumaczył sobie, że to tylko dlatego, że chciał im zapewnić wszystko, tylko...No właśnie. Wiedział, że jego żonie wcale nie zależy na pieniądzach, tylko na tym, żeby był przy nich. A swoje te pieniądze to pewnie by mógł sobie w dupę wsadzić. Tylko mimo wszystko bał się tego, że jednak było już za późno. Nawet jeśli starał się jakoś to naprawić, to miał pewność, że Maya mu tego nie wybaczy. A on nie umiał żyć ze świadomością, że właśnie w tym momencie ich historia się skoŃczyła. Że już nie będzie "ich", tylko będą oddzielnie. Maya i Adam. Żadnego nas. I mimo, że starał się, to nie mógł powstrzymać łez. Starał się jednak robić to tylko wtedy, gdy Mayi nie było w domu, albo po prostu wtedy, gdy wiedział, że nie będzie widziała. A miał ochotę krzyczeć, wrzeszczeć, ryczeć, a i tak tego nikt by nie usłyszał. A najbardziej bał się tego, że dzieci o wszystkim wiedzą, a one w tym momencie były przecież najważniejsze. Adam nie chciał ich ranić, nie chciał, żeby jego pociechy widziały jak się kłócą czy omijają bez słowa. Jak tatuś rani mamusię, a mama tatę, przez co oboje płaczą. Z drugiej strony odciągał podpisanie papierów w nieskoŃczoność. Nie zamierzał ich podpisać dopóki prosto w oczy nie powie mu, że go nie kocha. Chociaż i tak to, że straciła do niego zaufanie zabolało go do żywego. W koŃcu zawsze chciał, żeby wiedziała, że może na nim polegać, że jak ma jakiś problem, przyjdzie do niego i on pomoże jej go rozwiązać, że zawsze może z nim o wszystkim porozmawiać. A tak nie było. Zawiódł ją, zawiódł dzieciaki, a przede wszystkim zawiódł siebie.
Jednak starał się chociaż cieszyć tymi dniami, które mu zostały. Teraz kiedy mógł jeszcze mieć ich na co dzieŃ. I chyba nie spodziewał się, że właśnie tego dnia w ciągu kilku sekund zawali mu się cały świat. Właśnie leżał na kanapie, a zarówno jak bliźniaki, jak i Frances leżeli na nim, śpiąc po tym jak czytał im bajkę. Słysząc dźwięk dzwonka wyciągnął rękę na stolik starając się wykonywać jak najmniej gwałtowne ruchy, by nie obudzić żadnego z jego skarbów.
- Halo? - powiedział, ale zamiast głosu Mayi usłyszał tylko ciche pociąganie nosem. - Halo? Maya?
- T-tata? - słysząc głos Jaxona od razu poczuł, że robi mu się gorąco, a zarazem zimno. Przecież musiało się coś stać. W koŃcu by nie dzwonił z telefonu Mayi, ani by nie płakał. - B-bo m-mama...Mama leży i chyba coś jej się stało, bo samochód j-jechał i z-zadzwoniłem po karetkę, ale to moja wina... - i w tym momencie Adamowi złamało się serce. Przez myśl, że właśnie w tym momencie Mayi się coś stało i, że jego synek jest tam sam, całkowicie sam i przeżywa pewnie podobny horror, jaki on przeżywał, gdy był nastolatkiem.
- Gdzie jesteście? - starał się by jego głos brzmiał w miarę normalnie, a to było naprawdę ciężkie. Tak samo jak ciężko było mu wstać, żeby nie zrobić tego zbyt gwałtownie. - Zaraz tam będę, nie ruszaj się, okej Jaxon? Tatuś zaraz będzie. - nawet nie ubrał kurtki, tylko szybko założył buty i najpierw pobiegł do sąsiadki, by została z maluchami, a potem po prostu wsiadł w samochód i jak najszybciej starał się dostać pod cukiernie, o której mówił Jaxo.
Nawet nie pamiętał drogi, nie zliczył ile przepisów złamał. Zresztą w tym momencie jak najmniej to obchodziło. Czuł pustkę w głowie, jedyne do czego był zdolny to, do tego, żeby zadzwonić do ojca i do Cassie. Do Cassie by pojechała do ich domu i zajęła się Frances i chłopcami, do ojca, że będzie potrzebował go by zabrał Jaxona. Nie chciał, żeby chłopiec jeszcze bardziej cierpiał. Tym bardziej siedząc przez kilka godzin w szpitalu. Sama Adam wiedział, że pewnie prędko stamtąd nie wyjdzie.
- Jaxon! - szybko widząc chłopca podbiegł, żeby w jak najszybszym tempie zmniejszyć dystans między nimi. Światła karetki go oślepiały, a stojący i gapiący ludzie tylko podnosili mu ciśnienie. W głowie tylko krzyczały mu głosy, że wcale im nie pomogli. Nie zrobili nic, tylko Jaxon mimo tego, że był jeszcze dzieciaczkiem potrafił się zachować wyjątkowo dojrzale. Chwycił chłopca w ramiona mocno do siebie go przytulając. - Byłeś bardzo odważny i bardzo dobrze zrobiłeś. Jak bohater. I to nie jest Twoja wina, rozumiemy się? To nie przez Ciebie. - cmoknął chłopca w czoło chcąc go w jakiś sposób uspokoić, odwrócić uwagę od horroru, który właśnie się rozgrywał.
- Gdzie ją zabieracie? - zdążył jakimś cudem dopchać się do ratownika i przez sekundę mignęła mu blada twarz Mayi przed oczami. - Jestem jej mężem. - powiedział szybko widząc, że ratownik chce się o to spytać. Słysząc nazwę szpitala dłużej nawet nie czekał, szczególnie, że drzwi karetki się zamknęły i ruszyła w stronę szpitala, podbiegł do swojego samochodu, pakując Jaxona do fotelika i zapinając go.
- To Twój piesek? Jak go nazwiemy? - gdy tylko usiadł przed kierownicą odwrócił sie w stronę syna, starając się jakoś odwrócić jego uwagę. Chciał, żeby mały się zajął czymś innym. - Wiesz, jak byłem mały zawsze chciałem mieć pieska. - zaśmiał się nerwowo, a Jaxon tylko pociągnął nosem kiwając lekko głową.
- Czy mama umrze? - cichy szept chłopca wyrwał go z letargu w którym tkwił. Chciał jak najszybciej dojechać do szpitala. Trafić tam i dowiedzieć się, że z Mayą jest wszystko w porządku, że tak naprawdę to wszystko tylko tak groźnie wyglądało.
- Mama nie umrze, Jaxon. Za bardzo was kocha, żeby was zostawić. - odwrócił się na chwilę żeby posłać blondynkowi słaby uśmiech, a potem wyciągnął telefon by zadzwonić po swojego ojca i przekazać, gdzie zaraz będą.

zt.
 
 
Sofia de Lorenzo Lovegood


Wysłany: 2016-05-06, 14:55   

/ po Finie.

Nie mogła w to uwierzyć, ale chyba powoli zaczynała zadomawiać się w Bostonie. Trochę nie chciała, bo miała wrażenie, że to zdrada wobec męża i ich życia w Buenos Aires, ale z drugiej strony, nie wyobrażała sobie powrotu do Argentyny. To kraj, który stworzył ją taką, jaką jest, a co za tym idzie, zabrał jej męża. Kochała Argentynę i jednocześnie jej nienawidziła. Wobec siebie samej na przykład nie miała już takich mieszanych uczuć. Bardziej przechylały się one w kierunku nienawiści.
Ale nie dziś. Dziś był piękny dzieŃ, piękna pogoda, miała za sobą wstępne rozmowy odnośnie wynajęcia lokalu w Bostonie, w którym będzie mogła składować swoje obrazy, jak tylko przylecą z Buenos Aires. Kontaktowała się też już w tej sprawie z prawnikiem Jose, który poza tym, że właściwie już dla niego nie pracował (czy zmarły może mieć własnego prawnika?), to jednak nie zostawił Sofii w potrzebie (raz, że był też trochę przyjacielem rodziny, a dwa, że przecież wciąż mu płaciła) i wciąż mogła się z nim kontaktować, zlecając podlanie kwiatków, zorganizowanie transportu dla jej obrazów czy podrzucenie umowy najmu, aby w nią zerknął swoim fachowym okiem. Wystarczyło dograć ostatnie szczegóły i wszystko będzie w porządku. Napawało ją to mnóstwem radości i entuzjazmu, serio. Dlatego też nic nie stało na przeszkodzi, by zatrzymać się przy płocie odgradzającym ulicę od czyjegoś podwórka i przez chwilę rozkoszować się widokiem psa wylegującego się w wiosennych promieniach słoŃca na przystrzyżonym, zielonym i zadbanym trawniku. To widok, który bardzo przyjemnie łechtał jej poczucie estetyki. Może rzeczywiście powinna pomyśleć o własnym zwierzęciu? Brakowało jej kogoś (czegoś?), kto zechce podarować jej odrobinę ciepła wieczorami.
 
 
Theodor Emerson
[Usunięty]

Wysłany: 2016-05-20, 18:31   

/ po lepieniu garnków z Alice

Temperatura i niemalże bezchmurne niebo wyciągnęły Theodora z jego akademickiej jaskini. Leżał od dobrych dwóch godzin na łóżku, próbując dopisać do jednego z opowiadaŃ trochę tekstu. Czyżby powoli zbliżał się do koŃca? Sam jeszcze o tym nie wiedział. W planach miał napisanie siedmiu opowiadaŃ, a zatrzymał się na czwartym. Radioterapia raczej nie wywoływała u niego napadów weny. Ostatnio kręgosłup nieco bardziej dawał mu się we znaki, ale może to dobra oznaka? Założył na siebie koszulę, ubrał opadające odrobinę dżinsy i wcisnął na nogi Jordany. Wyglądał trochę jak ubogi raper, ale teraz mało go to obchodziło. Ostatnio ubierał się tak do klubów, gdy grywał na konsoli. Sporo by dał, żeby cofnąć się do tamtych chwili. Wtedy dopiero uwalniała się w nim prawdziwa radość z życia.
Wstąpił po drodze po mrożony napój po czym skręcił w ulicę obok lokalu. Siorbał powoli zawartość plastikowego kubka, rozglądając się uważni. W koŃcu jego wzrok przykuł wjeżdżający na ulicę samochód. Obiecał sobie w myślach, że gdy tylko odniesie w życiu sukces, od razu sobie takiego kupi. W koŃcu co mogło być lepsze od takiej fury? Może mieszkanie? Ale na to też przyjdzie z czasem pora. Był tak zapatrzony w przejeżdżającego obok bentleya, że nawet nie zauważył, jak portfel wypada mu z kieszeni. Pomyślał wtedy o swoim niepozornym bmw, które przypominało bardziej brykę sąsiada jego dziadka. Chłopak przeniósł po chwili wzrok na blondynkę podążającą ulicą, robiąc kilka kroków dalej, oddalając się tym samym od swoich pieniędzy, dokumentu tożsamości i zapewne wielu innych, przydatnych rzeczy. No bo przecież portfel to nic w porównaniu z atrakcyjną blondynką przemierzającą ulicę. Ktoś tu powinien go sprowadzić na ziemię, bo bujał tak w obłokach od pewnego czasu.
 
 
Sofia de Lorenzo Lovegood


Wysłany: 2016-05-20, 19:07   

Właśnie wzięła głęboki oddech, by z odrobiną smutku odsunąć się od płotu i ruszyć w dalszą drogę. Mniej więcej dokładnie w tej chwili mijał ją blondyn i właściwie Sofia w ogóle by się nim nie przejęła, gdyby nie fakt, że niemal u samych jej stóp wylądował jego portfel. Naprawdę potrzebowała chwili, aby dotarło do niej, co się właściwie stało. Wpatrywała się w ten kawałek materiału ze zdziwioną miną, nie chcąc go dotykać, bo wydało jej się, że przecież chłopak za chwilę zawróci i jeszcze uzna, że Sofia chciała go okraść. A przecież wcale nie chciała. Po co miałaby to robić? Przecież miała wystarczająco dużo pieniędzy, kchem, tak. Tyle tylko, ze młodziak nie wracał, a ona stała tak nad tym portfelem, a on odchodził coraz dalej... No i w koŃcu dotarło do niej, że raczej po niego nie wróci. Może nie zauważył? Dlatego noszeni portfela w zewnętrznej kieszeni jest do bani pomysłem, zwłaszcza w wielkim mieście, przecież tak łatwo go ukraść. Z torebki niby też, ale zawsze się znajdzie jakiś dobry sposób. Sofia przykucnęła, by podnieść przedmiot z chodnika, a zaraz potem rzuciła się biegiem (no, truchtem, w koŃcu ograniczały ją trochę buty) za oddalającym się chłopcem.
- Przepraszam? Przepraszam! - Zawołała za nim, choć pewnie było to raczej "I'm sorry" zamiast "Excuse me", aż w koŃcu udało jej się go dopaść i wyprzedzić - stanęła więc przed nim, próbując opanować swój odrobinę przyspieszony oddech. I... I właściwie może powinna mu ten portfel oddać i sobie po prostu pójść, ale dotarło do niej, że przecież bardzo łatwo mogła się pomylić i że to wcale nie musi być jego portfel. Trochę impas. Zmarszczyła więc brwi, usilnie próbując wpaść na to, jak sprawę rozwiązać, aż w koŃcu znów skupiła na nim swój wzrok. - Jak masz na imię? - spytała po prostu, bo tak, zamierzała pogrzebać w jego portfelu nim mu go odda, ale hej, lepsze to, niż gdyby miała mu go w ogóle nie oddać, prawda?
 
 
Theodor Emerson
[Usunięty]

Wysłany: 2016-05-21, 00:40   

Odwrócił się dopiero za drugim razem, kiedy już obczaił, że te „Przepraszam” jest do niego. Uniósł nieznacznie brew, widząc przed sobą starszą kobietę. No, może niekoniecznie starszą, bo wyglądała całkiem ładnie, a on miał dobre oko do płci pięknej, bez żadnych wątpliwości. Tym bardziej, że już kilka razy wpadły mu w oko starsze kobiety, no, ale młodszymi też nie gardził. Mimo, że nadal nie miał dziewczyny, eh. Może te całe związki nie były dla niego? A przecież taki fajny był! Życie było niesprawiedliwe.
Nawet się nie zorientował, że kieszenie przy jego spodniach zrobiły się jakby lżejsze już jakiś czas temu.
Zupełnie nie spodziewał się pytania, ale raczej nie przepuściłby zapoznania się z kimś nowym na ulicy. Tak, Theo był z tych ludzi, co to nawet przechodniów zagadywali bez większego powodu. Nie czuł się więc w żaden sposób nie na miejscu.
- Theo-dor? - powiedział niepewnie, ale zaraz się zreflektował, brzmiąc już nieco poważniej - Theodor
Myślał sobie po co tak właściwie brunetce jego imię, ale skoro ona poznała te, należące do niego, to czemu on nie miałby poznać jej? Skoro już tak wymieniali uprzejmości…
- A pani? - zapytał po chwili, uśmiechając się zachęcająco. Cały Theo, istny promyczek słoŃca nawet jeśli bez portfela. Gdyby wreszcie przejrzał na oczy, że czegoś brakuje być może nie uśmiechałby się tak bardzo na lewo i prawo. Z takim podejściem serio jeszcze go ktoś okradnie, a on nie będzie nawet wiedział co i jak. Na szczęście na jego drodze pojawiła się uczciwa nieznajoma, która znalazła theodorową zgubę.
 
 
Sofia de Lorenzo Lovegood


Wysłany: 2016-05-27, 18:32   

Starsze kobiety też mogą być ładne, okej? Jedno drugiego wcale nie dyskwalifikuje. Co prawda Sofia siebie za jakąś starszą nie uważała, w koŃcu nawet pół życia za sobą nie miała, a pełno aktorek potrafi być eleganckich, szarym kobietom po prostu się nie chce. Sofii nawet niekoniecznie się chciało - takie miała nawyki... No i predyspozycje, wiadomo. Nie musiała używać mnóstwa specyfików na twarz czy włosy, bo bez tego jej cera wyglądała na dość zdrową, a włosy były puszyste i ładnie się układały, przynajmniej zazwyczaj. Szczęściara. Nie wiem co prawda, czy nadawałaby się na dziewczynę dla Theo, chyba że gustował w milfach... Niektórych romans ze starszą kobietą rajcuje, tak. Ale takiego już mieliśmy na forum, skoŃczył w psychiatryku, Theo nie musi, okay?
Skinęła głową, słysząc jego imię, ale na chwilę się zawiesiła, gdy odbił pytanie. To znaczy, sprawa przecież miała być prosta - pyta o dane, sprawdza, oddaje portfel, od chodzi. A jemu po co jej imię? Halo, wszystko komplikuje! Zaraz zacznie pocić jakieś monologii, a biedna Sofia nic nie zrozumie i się zestresuje tylko.
- Sofia - rzuciła w koŃcu, wypuszczając powietrze. Potrząsnęła głową i otworzyła jego portfel, chcąc zerknąć na jakieś dokumenty. W sumie mogła to zrobić wcześniej, szkoda byłoby, gdyby teraz się okazało, że nic tam nie ma. Ale było! Na pewno złapała jakąś legitymację studencką i wyjęła ją, zasłaniając portfelem tak, aby Theo nie mógł zauważyć szczegółów. - Theodor Emerson, tak? Możesz dać mi twoją datę urodzenia? - spytała, zerkając na niego i próbując porównać ze zdjęciem. Niby ten sam typek, może tylko kilka lat starszy, ale ostrożności nigdy za wiele, prawda? Chciałam rzucić, że to mógł być brat bliźniak chcący zrobić psikus drugiemu, ale przecież urodziliby się tego samego dnia, tak.
 
 
Theodor Emerson
[Usunięty]

Wysłany: 2016-05-28, 22:26   

Jasne, że mogły, Theo doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Jego gust niekoniecznie ograniczał się do młodszych dziewczyn, w tych starszych też widział wiele uroku. Raczej nie garnąłby się do romansów z milfami, ale potrafił docenić urodę!
- Ładne imię, takie egzotyczne - stwierdził, kierując się w zupełności swoim subiektywnym odczuciem. Żaden był z niego podrywacz, sam by się nawet nie zorientował, że jakaś dziewczyna do niego podbija. Przecież nie był popularnym chłopakiem z uczelni, z mnóstwem kasy, własnym mieszkaniem i toną ciuchów. Pewnie dlatego zbyt wysoko nie mierzył i pocieszał się, że na niektóre może przynajmniej popatrzeć z daleka. No, ale jakby się jakaś znalazła, ani trochę by jej nie zaniedbywał. W koŃcu był takim pociesznym kłębkiem pozytywnej energii.
- Osiemnasty maja - odpowiedział po krótkiej przerwie, bo wypił trochę tego mrożonego soku, który trzymał w dłoni. Nie tak dawno miał urodziny, no proszę jak się złożyło.
- Dziewięćdziesiąty czwarty rocznik - dodał po chwili. - Ale czasami wolę udawać starszego.
Uśmiechnął się beztrosko, zupełnie nie zdając sobie sprawy jak bardzo wymownie mogłoby to zabrzmieć. Tak, czasami dopiero po pewnym czasie zdawał sobie sprawę, że mógł powiedzieć coś dwuznacznego. Szczególnie w odniesieniu do koleżanek, bo raczej z kolegami takim wpadek nie miał. Z tego, co mi wiadomo, to miał dosyć sporo znajomych płci pięknej, chyba nawet więcej niż tej męskiej. No tak, może wreszcie zacznie się za którąś oglądać. I tak już długo czekał na cud, łażąc z głową w chmurach, chyba czas powoli schodzić na ziemię.
 
 
Sofia de Lorenzo Lovegood


Wysłany: 2016-06-02, 11:36   

No z Sofią raczej nic mu nie wyjdzie, ale może to i dobrze? Ostatecznie jeśli ich znajomość zakoŃczy się na "masz" - "dzięki", to chyba żadne z nich nie będzie specjalnie ubolewać. Sofia nigdy nie przepadała za ludźmi, chociaż będąc w Bostonie, powoli uczyła się z nimi obcować. Zwłaszcza kiedy błądziła i musiała pytać o drogę. A wielu ludzi okazywało się na tyle miłych, że rozmowa sama się dalej ciągnęła, po czym spotykali się ponownie na kawie czy innych lodach. Zupełnie jakby to nie Ameryka była - zła, zdegenerowana, z szerzącą się wszędzie degrengoladą społeczną, upadkiem empatii, egoizmem i skąpstwem. Może to dlatego Felix tu został i może ona też powinna?
- Tak, dziękuję - skinęła mu głową, wcale tego za żadne podrywy nie biorąc, bo jakby ją podryw w dupę kopnął, to całkiem możliwe, że też by nie zauważyła. Jose potrzebował wiele kolacji, wspólnych wieczorów i obdarowywania jej wszystkim, czego tylko potrzebowała, aby Sofia zrozumiała, że coś jest na rzeczy, ale przynajmniej nie była jedną z tych lasek, które wszędzie widziały problemy i dylematy, bez słowa zająknięcia za niego wyszła i gdyby nie jej choroba, tworzyliby całkiem szczęśliwe i kochające się małżeŃstwo. Może nawet do dzisiaj, kto wie? Zerknęła na dokument, który trzymała w ręku, sprawdzając, czy data urodzenia się zgadza. Musiałam chwilę rozkminić, dlaczego w profilu ma dwadzieścia dwa, skoro jest rok młodszy ode mnie, ale w koŃcu ogarnęłam, ze jest rok starszy i że rzeczywiście mam już dwadzieścia jeden, to przykre bardzo mocno. Skinęła głową i schowała legitymację z powrotem do portfela, po czym go zamknęła i wyciągnęła rękę, wręczając go chłopakowi. - To chyba twoje - miała przynajmniej taką nadzieje, bo stuprocentowej pewności nigdy mieć nie można, tak. Theo wcale nie musiał schodzić na ziemię, w chmurach jest całkiem przyjemnie, Sofia mogłaby mu wiele o tym powiedzieć!
 
 
Theodor Emerson
[Usunięty]

Wysłany: 2016-06-02, 23:55   

Mieli w takim razie zupełnie inne podejście do kontaktów z ludźmi. Jasne, pewnie Theo by się nie obraził, gdyby ich pierwsze spotkanie było ostatnim. W koŃcu codziennie miał okazję zamienić kilka słów z zupełnie obcymi osobami, których po kilku dniach nie potrafił skojarzyć. A później się ludzie zastanawiają skąd w ich snach pojawiają się postaci, których wcześniej na oczy nie widzieli. Musieli je spotkać, pewien obraz utrwalił się gdzieś w odmętach podświadomości, zasnuwając czymś w rodzaju mgły.
Mimo wszystko garnął się do ludzi, nie ważne, czy starszych, czy młodszych, może po prostu zachował z dzieciŃstwa tę wyjątkową ciekawość świata? Na pewno coś w tym stylu, bo przecież w dzisiejszych czasach wszyscy się gdzieś spieszyli, a taki Dorek potrafił przystanąć kilka razy w miejscu, żeby obejrzeć jakiś ładny kwiatek, albo ćwierkające ptaszki. No normalnie fenomen.
Tak, Theodor pewnie też by potrzebował dużo czasu, wspólnych wypadów, kolacji i takich tam. Coś na zasadzie jednorazowych przygód, czy wolnych związków zupełnie do niego nie pasowało. Od razu miałby wyrzuty sumienia, że jednak coś tu jest nie tak. Chciał wierzyć w to, że w każdym z ludzi jest dobro, ale niestety, ta piękna wizja mogła zostać bardzo łatwo obalona. Między innymi tym, że dostał od losu poważną chorobę, problematycznego ojca i… kto wie, co jeszcze. Pewnie byłby dobry w coachingu, o ile już osiągnie poważniejszy sukces i zaczną go zapraszać na takie motywacyjne przemówienia.
Ja z kolei nadal mam wrażenie, że niedawno miałam osiemnastkę, chociaż minął już spory kawałek czasu. Za szybko to wszystko leci.
Zerknął na portfel trzymany przez Sofie, od razu wędrując dłoŃmi po kieszeniach w swoich spodniach. Wypadł mu! Zdarzyło mu się w życiu zgubić sporo rzeczy, ale były to głównie mało wartościowe przedmioty. Jakaś czapka z daszkiem, kieszonkowe radio, okulary przeciwsłoneczne zostawione gdzieś na imprezie. Z takim portfelem miałby o wiele większe problemy.
- Dziękuję! - uśmiechnął się do kobiety, przejmując od niej swoją zgubę. - Musiałem się zagapić, idiota ze mnie.
Schował portfel do przedniej kieszeni. Będzie go teraz pilnował jak oka w głowie! Zbyt wiele pieniędzy w nim nie nosił, ale z dokumentami to co innego.
- Mogę się pani jakoś odwdzięczyć? Kawą, herbatą? - zapytał, bo tak właściwie to miał czas wolny, no i czuł wewnętrzną potrzebę wynagrodzenia uczciwości Sofii. Mogliby nawet pogadać o tych chmurach, gdyby zeszli na taki temat. Pytanie tylko, czy brunetka przystanie na propozycję, czy raczej postanowi iść w swoją stronę.
 
 
Sofia de Lorenzo Lovegood


Wysłany: 2016-06-05, 12:20   

Może i podejście do ludzi mieli różne, ale trochę też ich chyba łączyło. Sofia nigdzie się nie spieszyła. Nie miała ku temu powodów. Była artystką, dostrzegała wiele szczegółów otaczającego ją świata niedostępnych dla oczu zwykłego, szarego, wiecznie się spieszącego obywatela. Przecież choćby przed chwilą zachwycała się psem na zielonym trawniku, który wygrzewał się w promieniach słoŃca. Uwielbiała usiąść w ciszy i samotności i kontemplować nad pięknem otaczającej jej przyrody. Szum wiatru, śpiew ptaków czy nawet, właśnie, ładne kwiatki. I tak tematem jej obrazów były głównie słonie, których na żywo nigdy nie widziała, no ale co z tego. Inne rzeczy też jej się zdarzało malować, tak.
Czapka z daszkiem to wcale nie taka mało wartościowa rzecz! No, chyba że mówimy o zwykłej wpierdolce z bazaru, to zwracam honor, ale generalnie porządne czapki nie są wcale takie tanie, nie mówiąc już o tym, że prawdziwy fascynat szanuje je bardziej niż swoje życie.
- No, wcale nie - zmarszczyła brwi i pokręciła głową. Właściwie może i nie jej było osądzać, bo przecież go nie znała, ale sam fakt, że zgubił portfel nie czynił go wcale idiotą. Przecież każdemu się mogło zdarzyć. Inna sprawa, że trzymał go w tylnej kieszeni spodni, to stawiało go w gorszym świetle, ale Sofia akurat o tym nie wiedziała. Choć mogła się domyślać, tak. - Oczywiście, że możesz - skinęła głową, bo według niej takie rzeczy były oczywiste. Jeszcze trochę nie ogarniała tych zawiłości językowych. Inna sprawa, że nie musiał i że Sofii jakoś bardzo na tym nie zależało - ale przecież nie o to pytał. Nie czuła się jakimś bohaterem, odruch zwrócenia portfela jego właścicielowi był dla niej naturalny. Jose by tak zrobił, a to dla niej był chyba najważniejszy wyznacznik tego, jak powinna postępować, zwłaszcza, że jego już nie ma obok niej.
 
 
Theodor Emerson
[Usunięty]

Wysłany: 2016-06-05, 21:35   

Tak, zachwycanie się psem na trawniku również nie byłoby niczym dziwnym w przypadku Theodora. W koŃcu miał kameleona, który do szczególnie żywiołowych nie należał, a potrafił się w niego wpatrywać kawałek czasu. Na pewno nie godziny, bo Stefan nie był miłością jego życia, a jedynie kompanem, niczym Szarik dla załogi Rudego, czy Osioł dla Shreka. Chociaż przy tym drugim przykładzie można by się zastanowić.
Nah, wpierdolek Theosiek raczej nie zakładał, prędzej szpanerski snapback z logiem Boston Red Sox, polecam. Pewnie trochę ich trzymał u siebie i raczej dało radę nabyć je w miarę tanio, a porównaniu do polskich realiów. Takie thrift shopy były prawdziwą kopalnią dobrych czapek i jego ukochanych jordanów. Kolekcjonerek to już w ogóle się wystrzegał, chociaż jako zapalony fan baseballu nie raz się za takimi oglądał.
- Nadal byłoby trochę kiepsko, gdybym zgubił klucz od pokoju, albo kartę kredytową - podrapał się po podbródku.
Uśmiechnął się lekko, pokrzepiony słowami Sofii, że jednak nie do koŃca wyszedł na takiego idiotę. No tak, jego ojciec wyszedłby z zupełnie innego założenia. Na szczęście, nie miał nic do gadania, bo nie było go na tej ulicy, ani nawet w tym mieście.
- Znasz jakiś dobry lokal, czy wolisz się zdać na mój gust? - zapytał po chwili, wrzucając pusty już kubek po swoim soku do stojącego obok śmietnika. Znał kilka fajnych kawiarni, tych bardziej hipsterskich głównie, bo starbucksy i inne costa coffee wręcz pożerały jego studenckie oszczędności. Już wolał zamiast tego zainwestować w jakieś super rzadkie wegaŃskie żarcie i szejka z mango. Tak, taki był z niego fit studenciak.
 
 
Sofia de Lorenzo Lovegood


Wysłany: 2016-06-07, 01:10   

Kameleony są świetne, Ly ma jednego. Sofia akurat z nimi nie miała zbyt wiele wspólnego, wciąż zastanawiała się nad kotem, ale głupio jej było sprowadzać zwierzę do domu brata. Za to widziałam, ze Boyd ma trzy, już widzę, jak się do nich wprowadza.
No cóż, ja o swojego snapa tak dbałam, że wylądował na mojej głowie raz, a już go trzy lata mam. Może powinnam go sprzedać xd W sumie nie wiem, jak jest w Stanach, tam inne realia życia przecież, ech.
- Tak, na pewno - pokiwała głową, uśmiechając się nieznacznie, i trochę niezręcznie. Jeśli chodzi o kiepskich ojców, to też mogliby się dogadać. Sofii tato co prawda nie żył od długiego czasu, ale trochę wspomnieŃ z nim związanych miała. I ostatnie, czego chciała, to być jak on. Jasne, osądzała ludzi, ale na pewno nie uznawała ich za najgorszych za takie właśnie sytuacje. - Nie znam. Nie jestem stąd. Przyjechałam niedawno - pokręciła głową. Właściwie to ona już prawie pół roku tu siedzi, no ale jeszcze nie poznała miasta najlepiej. A już na pewno nie znała miejsca, do którego mogłaby iść z tym młodym człowiekiem, a zwłaszcza gdzieś w pobliżu. Skoro jednak proponował, że sam coś wymyśli, to zamierzała mu na to pozwolić. Dlatego też tutaj koŃczę, a Ty, jeśli chcesz, możesz ich gdzieś przenieść. Chyba że nie chcesz, to możemy zostawić ich samych, tak.

/zt.
 
 
Blue Butler


Wysłany: 2016-07-07, 21:44   

/po Mayi, Danusi i Tealu

Już wczoraj, nalewając pierwszy kieliszek tequili, wiedziała, że nie powinna tego robić, bo przecież nie może umierać na kaca podczas spotkania. Mimo to wypiła, wmawiając sobie (i w tej jednej chwili bardzo wierząc w zapewnienia znajomych alkoholików...), że wszystko skoŃczy się dobrze. Była już dużą, rozsądną dziewczynką. Miała dziecko, dom i pracę, a choć starała się o tym nie myśleć, bliżej było jej już do trzydziestki niż do dwudziestki. Litości, przecież potrafi się nie schlać, nie róbmy z niej chlora!
Kiedy obudziła się następnego ranka, spóźniona jak jasna cholera, okazało się, że jednak wciąż jest chlorem. Jak widać niewiele zmieniło się od czasów studiów, gdy Blue potrafiła przyjść na zajęcia o trzynastej mocno wczorajsza, dostarczając sporo rozrywki znajomym... może oprócz tych, obok których siedziała, beztrosko ziejąc im alkoholowymi oparami prosto w twarz.
Wyskoczyła z łóżka z prędkością światła, dopiero w połowie schodów zdając sobie sprawę z tego, że przecież chlała do czwartej nad ranem, głowa zaraz pęknie jej na pół, żołądek może odmówić posłuszeŃstwa w każdej chwili, w gardle ma Saharę, a znajomi dalej śpią w jej salonie. Co miała zrobić? Nie miała czasu na rzyganie, musiała wpakować się pod prysznic i wyszorować zęby.
Kiedy już nałożyła szpachlę z prędkością światła, postanowiła, że włosy wyschną jej po drodze, machnęła ręką na pogniecioną sukienkę i była dumna z siebie, że wciąż nie wyszła z wprawy, jeśli chodzi o turboprzyspieszenie przy porannym, skacowanym ogarnianiu się... przypomniała sobie, że przecież jej samochód od kilku dni jest u mechanika. Każdy rozsądny człowiek wezwałby taksówkę, ale czy ja kiedykolwiek mówiłam, że Blue jest rozsądna?
W rezultacie Blue Butler biegła w sukience, szpilkach i z mokrymi włosami, przeklinając w myślach wszystko, na czym świat stoi. Miała całkiem niezłe tempo, biorąc pod uwagę wysokość jej obcasów, aż wreszcie wyrżnęła się na środku chodnika, prosto przed czyimiś bardzo drogimi butami. Ułamek sekundy później cała okolica mogła usłyszeć jakże wdzięczne: - No kurwa, ja pierdolę! - z poziomu chodnika.
_________________

Blue Butler
"I spoil it all by saying something stupid like I love you. I see in your eyes - you despise the same old lines you heard the night before"

 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Jesteś ambitnym adwokatem, kochającym imprezy studentem, a może mężatką z dwójką dzieci? To nie ma znaczenia – gdy tylko przyjedziesz do Bostonu, poczujesz się jak w domu! Tylko tutaj możesz przejść przez pełen kwitnących, kolorowych kwiatów park, by wyjść tuż obok wielkiego wieżowca, a wracając, nie zapomnij zerknąć na stare, urocze kamieniczki znajdujące się tuż za rogiem! Nie jest to wielkomiejski labirynt z betonu, lecz przyjazne, niezwykle zielone miasto z masą parków, z plażami, zatokami, łodziami zacumowanymi u wybrzeży, pełne biegających i uprawiających sporty ludzi, pełne psów i dzieci. Wiosna w Bostonie to prawdziwe cudo ze względu na ogromne krzewy obsypane kwiatami. Jeśli jednak chcesz być blisko miasta, ale też cieszyć się życzliwością i poczuciem wspólnoty wybierz wspaniałe małe miasteczko jakim jest Concord. Lokalna społeczność ma silną więź, która łączy swoich mieszkańców, tutaj znajdziesz sąsiadów pomagających sąsiadom. Wspólnie można cieszyć się otaczającą przyrodą, zobaczyć słodkowodne żółwie, czaple modry, piżmaki i mnóstwo ptactwa. Odkryj piękno tego miasteczka, w każdym sezonie na nowo. Wiosna to czas lokalnych wydarzeń. Wybierz się na wycieczkę do jednego z wielu lokalnych targowisk i gospodarstw, aby spróbować domowych produktów, serów i syropu klonowego prosto z drzew Nowej Anglii.

Nominacje!

Rozpoczęły się marcowe nominacje na postać miesiąca. Czekamy na Waszych ulubieńców.

Read More
Bianka
Jeremy
WALTERS
ASHBORNE
Strona wygenerowana w 0,18 sekundy. Zapytań do SQL: 7