Poprzedni temat «» Następny temat
Museum of Fine Arts
Autor Wiadomość
Massachusetts


Massachusetts

Wysłany: 2015-01-04, 15:05   Museum of Fine Arts


Museum Of Fine Arts

 
 
Mistrz Gry


Wysłany: 2015-02-13, 10:37   

Miła niespodzianka w pracy! Do muzeum zawitał kurier, który przyniósł Giselle Runcorn pudełko czekoladek oraz kartkę walentynkową.
 
 
Ronald Henderson
[Usunięty]

Wysłany: 2015-10-15, 11:47   

leci AŁTFIT!

Ronaldo po bardzo burzliwych telefonowych negocjacjach z Blue w koŃcu zgodził się wbic w coś w czym będzie bardziej pasował do wieku XXI niż do lat 50 wieku ubiegłego. Ze swej strony pragnę dodać że wyglądał nawet całkiem całkiem jak na Ronalda - podejrzewam, że Blue miała w tym jakiś cel by go ładnie ubrać - może będą wyrywać jakieś dupy na znajomość obrazów Fra Filippo Lippiego? Znaczy Ronald uważał, że to zwykła przyjacielska przysługa - Blue ratuje go od zginięcia w tłumie obcych i dziwnych ludzi. Nic niezwykłego! A bo to raz tak robiła? Znaczy robiła też w odwrotną stronę bo sama wyciągała go na różnorakie spotkania żeby się obył z tłumem co różnie się koŃczyło. Raz w jednym wieżowcu schował się w windzie i jeździł góra dól bo toalety akurat były zajęte. Także lepiej z nim uważać, bo jeszcze zapragnie udawać jakiś posąg! Swoją drogą, trochę go zdziwiło to zaproszenie. Przecież jasno powiedział szefowi, żeby na takie bankiety wysyłał tych co chcą chodzić a jemu dał święty spokój. No niestety, szefo stwierdził że jednak z chęcią weźmie udział w akcji "Uspołecznij Ronalda!" i przyprawi go o zawał serca. Oczywiście odmowy nie przyjmował, nawet groził potrąceniem z pensji więc Henderson czy chciał czy nie musiał to polecenie służbowe wypełnić.
Na miejscu stawił się jak zawsze przed czasem i czekał, aż Blue nadjedzie jedną z taksówek. Akurat padał deszcz, więc czekanie pod parasolem nieco mu się dłużyło, ale musiał jej to wybaczyć - bo w koŃcu ratuje mu jakby życie nie? Ronald sięgnął do kieszeni marynarki, sprawdzając czy aby na pewno zabrał oba bilety, po czym po raz kolejny zerknął na zegarek. Powinna tu być lada chwila. Więc zaczął usilniej wypatrywać blond czupryny wśród mijających go ludzi.
 
 
Mayonnaise Harlowe
[Usunięty]

Wysłany: 2015-10-25, 02:23   

Szczerze powiedziawszy, nie miała bladego pojęcia, dlaczego Blue postanowiła zaprosić ją właśnie do muzeum, ale wolała się nad tym jakoś bardzo głęboko nie zastanawiać. Prawda była taka, że na obecnym etapie łączącej je znajomości, Maya spodziewała się po swojej przyjaciółce naprawdę wszystkiego. Począwszy od tak szalonych misji jak zakopywanie zwłok jakichś frajerów, którzy nie sprawdzili się w roli współlokatorów w Hogwarcie, poprzez stalkowanie ewentualnych kandydatów na jej nowego "mężczyznę życia", a koŃcząc właśnie na czymś, co wydawałoby się zupełnie normalną formą rozrywki jak właśnie wypad do muzeum. Chociaż oczywiście dla Blue i Harlowe wypad do muzeum nie był jakąś wielką oczywistością czy normalnością. Częściej wychodziły na piwo niż do miejsc kultury, a w muzeum raczej alkoholu nie sprzedawali. Maya do tej pory nie sadziła również, żeby jej kumpela posiadała szczególny pociąg w kierunku sztuki, ale nie zamierzała protestować. Skoro Blue chciała pooglądać sobie obrazy czy rzeźby, to nie było problemu! Harlowe faktycznie była w stanie odłożyć o tych kilka dni obowiązek ratowania świata i wybrać się na małe zwiedzanie.
Pod muzeum przyjechała własnym samochodem. Nie wjechała nim pod same wejście ani do środka, bo aż tak szalona nie była, ale znalazła sobie miejsce w okolicy i poszła do środka. Stylówę miała na pewno odpowiednio dopasowaną do okoliczności. Elegancką, kolorową i z dekoltem... Cała Maya. Nie to żeby wzięła sobie do serca radę Blue o pokazaniu cycków. Sama mówiła serio - nie miała żadnych ciuchów, w których jej cycki nie wyglądałyby przynajmniej częściowo do świata. Nie uważała tego za problem. Nie uważała tego nawet za istotne, jeśli miałaby być szczera. Ciuch jak ciuch.
Tylko że deszczu nie przewidziała... Płaszcz miała, ale parasola już nie. Probowała naciągnąć go na głowę i pędem przebiec do wejścia, ale podczas swojego biegu wypatrzyła znajomą paszczę i postanowiła na moment skorzystać z unoszącego się nad głową owej paszczy parasola. - Cześć! Nie spodziewałam się ciebie tutaj! Nie spodziewałam się też deszczu i dlatego nie brałam parasola. W sumie głupio, bo mamy październik, więc deszcz jest dość normalny, ale wiesz... nie padał w moim samochodzie... - wyrzuciła z siebie zupełnie naturalnie i uśmiechnęła się szeroko, zaprzestając prób naciągnięcia materiału płaszcza na swoją głowę i następnie przygładzając nieco zamoczoną grzywkę.
 
 
Ronald Henderson
[Usunięty]

Wysłany: 2015-10-28, 22:47   

No niestety Ronald nie spodziewał się tak wyszukanej intrygi, którą przygotowała dla niego jego ukochana przyjaciółka. To miał być zwykły wieczór - Ron miał pokazać, że potrafi funkcjować w społeczeŃstwie większym od zespołu w laboratorium, a przy okazji pokontemplować sztukę z Blue. Na przykład takie piękne włosy łonowe u Jezuska, które po raz pierwszy namalował Rosso Fiorentino! (tak sprawdziłam, ten obraz jest akurat w MFA! Byłam przekonana, że jest też Początek świata Couberta, ale niestety ten znajduje się w Paryżu. A szkoda bo tematyka adekwatna do rozwarcia itd) Albo smakując dobrej herbatki ponabijać się z dziwacznych dziecięco-dorosłych twarzy jezusków z obrazów XV-wiecznych lub ze strojów dworu hiszpaŃskiego. Ogólnie rzecz ujmując wierzył w to, że Blue nie pozwoli mu się tu ani nudzić, ani w spokoju kontemplować sztuki, komentując kształt piersi Maryjki która na obrazie karmi Jezuska. Ron nie bardzo też wiedział, dlaczego tak jej zależało na tym, by akurat dziś się prezentował. Zawsze wychodzili razem i Blue co prawda pomarudziła że znów ubrał się jak z darów dla weteranów I-szej wojny światowej, ale nigdy nie wymagała takich kategorycznych zmian w jego ubiorze. A teraz proszę! Stał tu na deszczu i starał się kontrolować oddech, bo po prostu miał wrażenie, że mu te guziki zaraz odstrzelą gdzieś w przestrzeŃ. No ale był dobrym i grzecznym przyjacielem, więc doprowadził się do ładu i składu.
Nie spodziewał się tutaj nikogo innego, toteż w ogóle nie zwrócił uwagi na Mayę, dopóki ta nie zjawiła się pod jego parasolką! Na początku stał zdziwiony tym faktem, potem próbował zebrać myśli a i jeszcze koparę, która mu opadła bo Maya wyglądała naprawdę ładnie. Jakby to nie był Ronald to napisałbym że "ruchałby" no ale - jestem ograniczona do cenzuralnych i kulturalnych spostrzeżeŃ.
Oczywiście zanim cokolwiek z siebie wydukał, to poleciał cały potok słów, który wcale mu nie przeszkadzał! Dzięki temu, że to ona tyle mówiła Ron miał czas na uporządkowanie myśli i zebranie się w sobie do odpowiedzi.
-Cze-eść - wydukał w koŃcu z siebie. Nie mógł oderwać od niej wzroku - naprawdę wyglądała uroczo i pięknie. Nie powiem że seksownie, bo to nie ten typ człowieka. W koŃcu jednak stwierdził, że jednym słowem to tak głupio wypada i zebrał się w sobie by coś odpowiedzieć. -Po-ogoda faktycznie fa-atalna - brawo dla Ronalda, mistrza rozmowy! Sądzę, że dziś zarucha - każda na taki tekst poleci. Rudziele natomiast nerwowo przygryzł wargę. - Nie widzia-ałaś gdzieś cza-asem Blue? - zapytał w koŃcu, przesuwając parasol jeszcze bardziej nad Mayę. No co? Jego marynarka mogła zmoknąć, ale piękna Harlowe nie. A to spore poświęcenie z jego strony!
 
 
Mayonnaise Harlowe
[Usunięty]

Wysłany: 2015-11-13, 01:02   

Nawet nie będę udawać, że mam blade pojęcie, o czym mówisz i że znam się na sztuce, bo się nie znam. Fizyka była bardziej moją bajką, kurczę... A tu teraz muzeum. Ale trzeba z tym handlować! Szczególnie że Maya była całkiem zadowolona z tego, że mogła wpaść prosto pod parasol Rona. Po pierwsze, parasol faktycznie był dość przydatnym gadżetem przy takiej pogodzie. JesieŃ powoli wkradała się do Bostonu, deszcz nie był już tym przyjemnym, całkiem ciepłym zjawiskiem pogodowym, w którym miło było czasem pospacerować z pełną beztroską i w kaloszach na nogach, a stawał się całkiem upierdliwym. W koŃcu nikt nie chciałby przemoknąć do ostatniej suchej nitki przy stosunkowo niskiej temperaturze połączonej z silnymi powiewami wiatru, prawda? A szczególnie ktoś taki jak Maya, kto oczywiście nie przejmował się ani trochę tym, by zapiąć swój płaszcz (zapiętego nie mogłaby przecież zarzucić na durny łeb!) i najwidoczniej nie uznawał istnienia takich bezsensownych wymysłów jak szaliki. Oj tam, oj tam!
Po drugie natomiast, Ron znał Blue. Oznaczało to, że mógł wiedzieć, ile Maya będzie musiała jeszcze oczekiwać na swoją kumpelę, a przy okazji był miłym towarzystwem i spędzenie w jego obecności ewentualnego czasu oczekiwania wydawało się być naprawdę przyjemną opcją. Dlatego właśnie tuż po wpadnięciu pod jego parasol, narzuciła płaszcz z powrotem na swoje ramiona i otrzepała go kilkoma ruchami z kropel deszczu, jakby faktycznie sądziła, że w jakikolwiek sposób pomoże mu to na powoli ogarniającą go wilgoć. Myliła się. Ale oczywiście to była jedna z tych rzeczy, z których wcale nie zdawała sobie sprawy.
Nie miała za to najmniejszych problemów z rozmowami o pogodzie. Temat tak naprawdę jak każdy inny. Prawdopodobnie cieszył się całą tą złą sławą tylko i wyłącznie dlatego, że był tak łatwy do podjęcia. Maya machnęła ręką i uśmiechnęła się beztrosko. - Oj tam, podobno w Indiach przez pół roku jest właśnie tak! Albo nawet jeszcze bardziej deszczowo. To-to jest zaledwie takie tam kropienie - uśmiechnęła się bardzo pogodnie, na moment wystawiając dłoŃ za parasol, żeby wskazać na deszcz. Oczywiście średnio jej to wskazywanie wyszło, bo deszcz był wszędzie wokół i uparcie nie chciał skoncentrować swojej obecności tuż przed jej palcem, ale Maya nie zamierzała się tym przejmować. - Blue? - powtórzyła za Ronem po chwili, skupiając już na nim całą swoją uwagę. - Widziałam. Kiedyś. Czasem - potwierdziła z poważną miną, kiwając głową. - Ale nie ostatnio. A szkoda, bo miałam się z nią spotkać... W sumie teraz... W sumie tutaj... - uzupełniła swoją wypowiedź, każde kolejne spostrzeżenie wypowiadając coraz wolniej, marszcząc swoje brwi i nos coraz bardziej, co wskazywało na to, że coś powoli zaczynało chodzić po jej głowie. Coś. Powoli. Baaardzooo pooowooolliiiii....
 
 
Ronald Henderson
[Usunięty]

Wysłany: 2015-11-13, 22:50   

Mądrzę się teraz bo potem przyjdzie czas na uruchomienie gadki Ronaldowej i będę musiała nieźle improwizować przy tych jego kwasach i innych zasadach, więc wolę sobie punktów nabić od razu. Ronaldowi w sumie to tam obojętne było - lubił popatrzeć na coś ładnego, bo przecież każdy człowiek musi zaspokoić w sobie potrzebę piękna. Ale i tak wszyscy doskonale wiemy, że Ronaldo wolałby w tej chwili być w swej pracowni i opracowywać nowe tajniki związków chemicznych, ale cóż - też się pokazać trzeba. W zasadzie to całe przyjęcie było mu trochę obojętne - za padający deszcz niezbyt zachęcał w ogóle do wyjścia z domu. Ronald rzadko kiedy mówił, że pogoda mu odpowiada - bo albo było za zimno, albo zbyt gorąco. To znów padał deszcz albo śnieg, a to znów wiał zbyt silny wiatr. Był potwornym maruderem pogodowym i do tego nigdy nie wiedział jak się ubrać. Chociaż był jeden okres który bardzo lubił - u nas nazywane babim latem, a czy w Bostonie mają tego swój odpowiednik? Tak czy inaczej, okres pomiędzy latem a jesienią kiedy całkiem mu się na tym świecie podobało i ten czas mógłby trwać dla niego wiecznie. Pocieszał się teraz tylko tym, że niedługo powinien spaść śnieg i że przyjdą święta. Tak, Ron lubił święta mimo tego że był zdeklarowanym ateistą to ze wzgląd na rodziców je obchodził. Ten cały kicz świąteczny zawsze go rozczulał i zawsze w okresie świątecznym dużo marzył - między innymi o tym, że kiedy i on spotka miłość swego życia.
Ale dosyć tego bujania w obłokach! Schodzimy z Ronaldem na ziemię i skupiamy się na tym, jak uroczo Maya teraz wyglądała. To że Harlowe wpadła w oko Hendersonowi już ustaliliśmy - teraz zaczynał on jednak dostrzegać poszczególne elementy tego wrażenia który na nim wywarła - zauważył, że w tym deszczu pięknie błyszczą jej oczy, a roztrzepane i zmoczone włosy dodają jej osobie niebywałego uroku. Chciał coś powiedzieć, chciał ją skomplementować ale oczywiście klasycznie zapomniał języka w gębie. Musieli więc zostać przy pogodzie.
-Tak by-wa w lasach tro-opikalnych. To chyba fajne prze-eżycie obserwować taką ścianę de-eszczu - odparł z lekkim uśmiechem na ustach. Ronald w życiu nie wyjechał poza granice Bostonu więc świat niezwykle go ciekawił, chociaż sam nie miał w sobie tyle odwagi by go poznawać - bo przecież fundusze posiadał. Nawet z ważnych konferencji się wykręcał, bo przerażała go możliwośc przebywania w innym mieście niż Boston. No cóż, jego życie jak widać zbyt kolorowe nie było.
Ronald spojrzał z uwagą na Mayę. To Blue zaprosiła jeszcze ją? Ale jak to? Przecież on miał tylko dwa bilety! No chyba że Maya miała swój i się okazało, ze oboje zaprosili Blue na to samo przyjęcie - no to by było zabawne. Tak tak, Ronald nie domyślał się ani krzty intrygi.
-Też szef ka-azał Ci przyjść na to p-przyjęcie? - zapytał, uśmiechając się przy tym i wyciągając zza marynarki dwa bilety by pokazać je Mayi. -Szef p-powiedział że mnie zwo-olni, jak nie przyjdę. Więc za-aprosiłem Blue i jestem. Ale je-ej nie ma. Może do niej za-adzwonisz? Ode mnie nie odbie-era - odparł, robiąc przy tym wielce zatroskaną minę. No bo skoro Blue umowiła się tu z nim i z Mayą, a do tego nie odbiera telefonów no to na pewno stało się jej coś złego! Gdzie tam jakaś intryga, przecież po co niby miałaby to robić? Ron nie bardzo ogarniał kobiece gierki jak widać.
 
 
Mayonnaise Harlowe
[Usunięty]

Wysłany: 2015-12-01, 21:47   

W sumie to chyba całkiem zabawny był kontrast pomiędzy tym, co Ronald myślał o Mayi a tym, co było jej własną, subiektywną opinią o samej sobie lub nawet obiektywną prawdą i faktami. Przede wszystkim, szczerze wątpiła w to, że wyglądała w jakimkolwiek stopniu uroczo. Tyczyło się to tego, jak wyglądała generalnie (lata bycia małym pączkiem w liceum i dostawania przez to niezbyt przyjemnych komentarzy od dzieciaków, które były okrutne, wyrobiły w niej spory dystans do siebie i jednocześnie skromność pomieszaną z brakiem wiary w to, że wyglądała dobrze), ale też tego, jak wyglądała w tamtym konkretnym momencie, z deszczem i wiatrem we włosach, a na dodatek lekko zmarznięta. Była przekonana, że bliżej jej do zmokłej kury niż do jakiegokolwiek zjawiska mogącego wywoływać pozytywne wrażenie na mężczyznach. No bo halo, ona? Bywała zabawna, potrafiła gotować, zdarzało jej się nawet przejawiać pewne oznaki inteligencji, kiedy nie zapędzała się za bardzo w najbardziej abstrakcyjne rozmyślania, ale żeby tak wrażenie robić? Naah, bez sensu! Poza tym... Wcale nie była taka światowa i obeznana ze wszystkim. Urodzona w Ameryce, znająca tradycje rodziny ze strony mamy, jednak nie do koŃca przywiązująca się do całej tej wiary, na dodatek cholerna pracoholiczka oddana rysowaniu i grafice i zajmująca się nimi dniami i nocami... Tak naprawdę nie miała wielu okazji do podróży. A w Indiach w gruncie rzeczy nigdy nie była.
- O, pewnie tak! - przyznała mimo to, kiwając głową z pełnym entuzjazmem, po czym odchyliła się nieznacznie poza zasięg parasola, pozwalając, żeby spadło na nią parę kropel, a po chwili powróciła znów bliżej Rona i przeczesała palcami swoją grzywkę, próbując w ten sposób otrzepać ją z wody. - Wiesz, kiedyś całkiem lubiłam łazić w deszczu. Taka byłam... nie wiem, romantyczna? Długie spacery w kroplach wody, skakanie w kroplach deszczu... Zawsze dostawałam po głowie od mamy, że miałam ciągle rozklejone buty, ale kto by się tym przejmował, prawda? - uśmiechnęła się szeroko, racząc go kolejną historią ze swojego życia. - Gdyby nie to, że obiecałam Blue, że będę wyglądać jak człowiek, zrobiłabym to teraz - zmarszczyła brwi, zerkając w dół i przygładzając bok swojego płaszcza jedną ręką.
No właśnie... Blue... Maya wciąż nie podejrzewała istnienia tej skomplikowanej intrygi, jaką w swojej głowie obmyśliła jej przyjaciółka. Nie była nawet bliska tego, żeby czegokolwiek się domyślać, także chyba wszystko wskazywało na to, że jeszcze trochę sobie z Ronem tam postoją, czekając na kogoś, kto miał się nie pojawić... - Serio? - zmarszczyła brwi. - Bo Blue zaprosiła mnie... - przez moment wyglądała, jakby coś powoli zaczynało odpowiednio stykać w jej głowie, ale zaraz machnęła na to ręką, wyszczerzyła ząbki jak gdyby nigdy nic i wyciągnęła swój telefon, żeby zadzwonić do Blue. Cała rozmowa nie trwała długo, a ze strony Mayi brzmiała mniej więcej jak kilka "aha" przeplatających się z "ok, ok". - Yellow ma sraczkę - poinformowała bez ogródek, gdy się rozłączyła, cytując słowa Butler, które usłyszała przed chwilą. - Taaakżee... - zaczęła powoli, nie do koŃca wiedząc, co dalej. W sumie Ron zapraszał Blue, Blue zapraszała Mayę... i nie przyszła. Trochę głupia sytuacja, skoro w sumie to nie Harlowe miała tutaj być w roli towarzystwa.
 
 
Ronald Henderson
[Usunięty]

Wysłany: 2015-12-05, 23:13   

Oboje jak widać mieli problem z docenianiem siebie. Jednak u Ronalda zdawał się on być całkiem realny - jedyna kobieta która go ewentualnie doceniła, spierniczyła z jego życia, bo bała się że Ron nie udźwignie ciężaru jej choroby. No tak, po raz kolejny ktoś traktował go jak dziecko. Ale czy on dużym dzieckiem czasem nie był? Niektóre jego zachowania czy wypowiedzi spokojnie można by przypisać przeciętnemu 10-latkowi. No chociaż taki 10-latek nie ogarnia tych wszytskich polimeryzacji, jonizacji i innych dziwnych pierwiastków. To niezwykle fascynujące jak choroba kreowała jego życie - z jednej strony wybitnego naukowca, a z drugiej emocjonalnego dziwaka, który nie potrafi powiedzieć "dzieŃ dobry" sąsiadce, z którą się widuje codziennie. Jednak i tak przeszedł dużą zmianę, a sporą rolę w jego życiu odegrała właśnie Blue, która zaczęła go zmuszać do różnej aktywności. To szli do parku, to na mecz, to jakiś festiwal gdzieś z boku podziwali - ale jednak Ronald wychodził do ludzi i starał się asymilować. Jego przyjaciółka miewała różne dziwne pomysły, ale by go swatać i to jeszcze w taki pokrętny sposób? Ronaldo nawet nie przypuszczał, że Maya jest tym typem kobiety, który może się zainteresować kimś takim jak on. Było mu miło, że z nim rozmawia, że się spotykają od czasu do czasu - ale zdawała sobie sprawę, że nie może liczyć na nic więcej. Może ją tylko podziwiać i starać się nie dać porwać uczuciu, które dawało o sobie znać. Po prostu jakoś od razu po poznaniu panienki Harlowe Ronald poczuł, że ona coś zmieni w jego życiu. No i jakoś mu się cieplej na sercu robiło jak o niej myślał. Czy to miłość od pierwszego wejrzenia? A może tylko zakochanie? Ewentualnie tymczasowe zauroczenie lub fascynacja? Czas pokaże.
Ronald wysłuchiwał kolejnych opowieści dziewczyny z uśmiechem, co jakiś czas przytakując jej głową. To dziwne, że sama jej osoba powodowała u niego lekki uśmiech. W sumie to stwierdził, że do tej pory nie wiedział, że od tej czynności może rozboleć twarz! No cóż, mięśnie nieużywane dają o sobie znać gdy się ich zaczyna nadużywać. (a masło jest maślane).
Kiedy Maya powiedziała, że Blue zaprosiła ją Ronald zmarszczył brwi. Dlaczego tak? Nie chciała iść z Ronaldem? Miał tu przyjść po to by przynieśc bilety? No chyba że Blue miała skądś trzeci. Oczywiście Ronaldo kombinował, obchodził sprawę na około ale nie potrafił dostrzeć najprostszego rozwiązania. Kiedy dowiedział się, że Blue wcale nie przybędzie to się zmartwił. -Bie-edna Yellow - skomentował, wyraźnie przejęty stanem małej Butler. I dużej też, bo to chyba też niezbyt przyjemna chwila dla samej Blue. Ronald poczuł się zgubiony. Miał bilety, a Blue nie przyszła. Ale za to jest Maya.... No właśnie!
-To mo-oże Ty mnie uratu-ujesz od wylania z pra-acy? Nie ma se-ensu tu już dłużej moknąć - brawo Ronald! Kółeczka zatrybiły, by zaprosić Mayę zamiast wracać się do domu bo Blue nie przyszła.
 
 
Mayonnaise Harlowe
[Usunięty]

Wysłany: 2015-12-28, 22:23   

Nie miała bladego pojęcia, że jest obiektem czyjegoś podziwu. Niby co tu było do podziwiania? Zupełnie nie myślała o sobie w kategoriach kobiety atrakcyjnej czy mogącej wzbudzać męskie zainteresowanie inne niż to wiążące się ewentualnie z delikatnym pobłażaniem. Była chodzącym ucieleśnieniem chaosu, chodziła w dwóch różnych butach, z rozwianą grzywką i lubiła robić tysiąc rzeczy na raz, bo skupienie sie na jednej stanowiło dla niej zbyt duże wyzwanie. Paradoksalnie? Możliwe. Może cała była jednym wielkim dziwacznym paradoksem albo innego rodzaju abstrakcyjnym, nierealnym zjawiskiem. W koŃcu już parę razy słyszała o tym, że prawdopodobnie przyleciała z jakiejś odległej planety i właściwie wcale nie uznawała tego za cokolwiek obraźliwego. Gadała za dużo, miała specyficzne spojrzenie na świat... A w tym wszystkim nie zaprzątała sobie w gruncie rzeczy głowy tym, jak ktoś może ją odbierać. Już dawno uznała, że nieustanne przejmowanie się czyjąś opinią jest zupełnie bezsensowne i prowadzi tylko i wyłącznie do niepotrzebnego stresu. Miało to swoje całkiem oczywiste pozytywne strony, ale także te negatywne - nie potrafiłaby stwierdzić, że budzi czyjeś cieplejsze uczucia, dopóki ów ktoś nie przywaliłby jej nimi prosto w nos... Nie dosłownie oczywiście. W koŃcu nie chciałaby oberwać tak po prostu pomiędzy oczy, nawet jeśli miałoby to być znakiem czyichś cieplejszych uczuć.
Musiała przyznać, że Yellow faktycznie była w tym wszystkim biedna... i że ta sytuacja była trochę dziwna, bo przecież skąd Blue mogła wiedzieć wcześniej, że Yellow tej sraczki dostanie i że nie będzie mogła przyjść? Bo chyba wiedziała, prawda? W przeciwnym wypadku nie zapraszałaby na swoje miejsce Mayi? Trybiki pod jej czaszką również przesuwały się zaskakująco wolno, ale... Ale ostatecznie teraz to chyba nie było już istotne, skoro Ron potrzebował ratunku! Kto by pomyślał, że Maya będzie kogokolwiek ratowała z opresji? - No, może o tym nie wiesz, ale generalnie jestem trochę jak profesjonalna superbohaterka, także nie ma obaw! - zapewniła, uśmiechając się do niego szeroko i wykonując kilka młynków dłonią w powietrzu. Najwidoczniej wcale nie przejmowała się tym, że wśród superbohaterów obecnych w amerykaŃskiej kulturze rzadko zdarzali się Hindusi, khem... - Tylko właściwie dlaczego mieliby cię wylać? - zainteresowała się, zerkając na Rona z zaciekawieniem. - Twoja praca chyba nie ma nic wspólnego ze sztuką... Chyba że... - dodała zaraz i rozejrzała się niepewnie na boki, po czym podniosła się nieco na palcach z miną zdradzającą największy stopieŃ tajemniczości i konspiracji. - Czy tak naprawdę nie jesteś wcale chemikiem i masz tu do wykonania jakąś tajną misję dla tajnej rządowej organizacji? Możesz mi powiedzieć, nic nikomu nie powiem! - zapewniła, podnosząc do góry obie dłonie, w tym jedną imitując gest zamykania swoich ust kluczykiem. Oczywiście, że Maya była mistrzynią w utrzymywaniu jakichkolwiek rzeczy w tajemnicy...
 
 
Ronald Henderson
[Usunięty]

Wysłany: 2016-01-01, 23:05   

/jaka cudowna Maya *.*

A może właśnie w tym ucieleśnieniu chaosu Ronald dopatrywał się czegoś niezwykłego? Było w niej coś, co go zauroczyło - wiadomo, że kobieta może być ideałem kobiecości a mimo wszystko nie zaskoczy z konkretnym facetem. To jest bowiem to owiane tajemnicą "coś" czego nawet taki specjalista od miłości jak Tom Lovell nie był w stanie zinterpretować i nazwać, a co dopiero biedny Ronaldo. Spojrzysz w oczy kobiecie i już - Twoje serce zaczyna szaleć. Gorzej, jak takie zauroczenie nie było odwzajemnione, albo jak nie wiedziało się jak go w ogóle pokazać. Powiedzieć komplement, kupić kwiatka, a może (o zgrozo) ująć za dłoŃ? Tego było zbyt wiele! Powinien się poradzić Blue, co trzeba zrobić żeby pokazać kobiecie, że wpadła nam w oko! A najlepiej zrobić sobie listę i nosić ze sobą - gorzej jak Blue wpadnie na pomysł wkręcenia Ronalda w to, że najlepszym sposobem na podryw jest skakanie na jednej nodze wokół partnerki....Ale Maya może zrozumie.
No muszę przyznać, że Ronald sam mnie zaskoczył tym, jak szybko pojął że to Maya może dzielnie zastępować Blue. Nadal nie wiedział dlaczego stało się tak a nie inaczej, jedyne co to ubolewał nad przypadłości biednej Yellow. Jednak po słowach Mayi o superbohaterce uśmiechnął się nawet trochę szerzej niż miął to czynić w zwyczaju, bowiem wyobraził sobie Mayę w stroju (no kogóż by innego) Wonder Woman i musiał przyznać że nawet by mu taka pomoc odpowiadała. -To ma-am szczęście, że je-esteś akurat tutaj - odparł, po czym wskazał ręką na wejście. No przecież skoro ustalili że Maya uratuje mu tyłek, to trzeba z tego korzystać a nie moknąć na deszczu. Weszli więc, okazali swe zaproszenia i pozbyli się płaszczy i parasoli.
-Ze sztu-uką nie, z tajną o-organizacją jak na-arazie też nie. Mój sze-ef stwierdził, że mu-usi mnie uspo-ołecznić, bo planuje mnie wy-ysłać na jakąś ko-onferencję dotyczącą chemii jądrowej. A to spo-otkanie ma mi rze-ekomo pomóc odna-aleźć się w tłu-umie ludzi - wyjaśnił na tyle szybko i dokładnie na ile pozwalało mu jego jąkanie. Niestety, weszli wśród tłum obcych Ronaldowi ludzi, więc od razu widac było po nim jak bardzo się zmienił - miał wystraszony wzrok i można było odnieść wrażenie że ten wyrośnięty patyczak bardzo się skurczył. Nie bardzo wiedział też co ma ze sobą i z biedną Mayą pozostawioną na jego ogarnięcie lub nie, zrobić. W koŃcu dopatrzył się swego szefa, po czym rzucił krótkie "chodźmy" i delikatnie dotykając ramienia Mayi wskazał jej kierunek. Jednak nie trzymał jej ramienia cały czas, nie był takim szaleŃcem-samobójcą. Sam chwilowy dotyk wystarczył, że serce o mały włos mu z klatki piersiowej nie wyskoczyło!
Kiedy podeszli, Ronald przedstawił Mayę szefowi i swym współpracownikom. -Pa-anie Stevenson, jak wida-ać uspo-ołeczniam się na pa-ana prośbę - wyjąkał, spuszczając nieco wzrok gdyż strasznie przeżywał fakt bycia w nowym miejscu wśród tylu osób i jeszcze w dodatku w towarzystwie takiej pięknej kobiety.
 
 
Boyd Verner
[Usunięty]

Wysłany: 2016-06-06, 20:57   

Wyjątkowo ładne, czekoladowe ciasteczko zniknęło w rękach Boyda, z tacy ustawionej na stole. Wgryzł się w nie, pochłaniając prawie całe, po czym popił szampana z jednego z gustownych kieliszków. Facet lubił się pojawiać na wernisażach, szczególnie kiedy podawali całkiem niezłe przekąski. Czasami dostawał nawet zaproszenia listowne. Zaczął na nie uczęszczać nieco częściej, od czasów gdy jego mentor z Las Vegas pożegnał się z tym światem. W koŃcu sztuka wyzwalała emocje! Nie tylko muzyka, z którą miał do czynienia prawie na co dzieŃ, ale również i ta manualna strona owej dziedziny.
Upewnił się, że zostawił kociakom żarcie, wodę, zamknął szczelnie drzwi na tyły do domu, po czym ubrał się w marynarkę, dopasowane spodnie i ruszył w miasto. Pod muzeum przetransportował się oczywiście motorem, bo tak naprawdę, dlaczego nie? Nie przejmował się tym, że jego kreacja może się ubrudzić i tak dalej, kto by się tym przejmował? Założył co prawda skórę, żeby nie było, a gdy dotarł na miejsce oddał ją szatniarce. Przez pewien czas kręcił się po salach, z dłoŃmi schowanymi w kieszeniach, aż wreszcie odnalazł pomieszczenie, w którym prezentowano nową wystawę. Zauważył w tłumie kilka znajomych twarzy, zamienił z nimi kilka słów dotyczących pogody, sytuacji na rynku i innych pierdół. Typowa gadka, w którą i tak się wplątywał, nawet jeśli miał zamiar po prostu skorzystać z dobrodziejstw żarcia, przy artystycznej oprawie.
Po chwili kolejne ciastko zniknęło w jego buzi. Przeszedł się ze swoim szampanem wzdłuż galerii, zatrzymując się przy malowidle nagiej kobiety, przystawiającej sobie nóż do nadgarstka. Właściwie, to bardziej urzekła go kreska, bardzo podobna do barokowych dzieł. Ciekawe, czy artysta znajdował się gdzieś w pobliżu, aby mógł mu pogratulować. Nieliczni twórcy pojawiali się na takich eventach, zwłaszcza, gdy byli zabiegani, brali udział w poważnym spotkaniu, albo po prostu byli nieśmiali. Boyd rozumiał, artyści mieli do tego prawo.
 
 
Sofia de Lorenzo Lovegood


Wysłany: 2016-06-07, 01:57   

/ po Theo.

Odkąd pojawiła się w Bostonie, jej życie artystyczne zamarło. Od śmierci męża nie malowała. Trochę nie miała gdzie, więc co najwyżej zdarzało jej się czynić jakieś mniejsze czy większe szkice, ale wszystkie wyrzucała do śmieci, bo zwyczajnie brakowało jej farb i sztalugi. Jakiś czas temu znalazła lokal do wynajęcia (nie zwlekała zbyt długo), więc za pośrednictwem swojego prawnika w Argentynie i przy udziale byłej pracodawczyni, przetransportowała całą swoją dotychczasową kolekcję do Bostonu. Na razie je w tym lokalu jedynie trzymała, jeszcze nie malowała, nie chodziła też na żadne wystawy czy wernisaże. Ten był pierwszy. I właściwie nie spodziewała się, że pobyt tu będzie dla niej tak trudny.
Właścicielka galerii, w której poprzednio pracowała pociągnęła za kilka sznurków i Sofia dostała nie tylko zaproszenie, ale i propozycję napisania krótkiego reportażu czy recenzji, która zostanie umieszczona gdzieś na koŃcu czasopisma, którego i tak mało kto czyta, małym druczkiem, co by tylko zapełnić wolne miejsce. Z początku nie była wcale chętna, bo przecież nie potrzebowała pieniędzy, ale ostatecznie doszła do wniosku, że przecież nic jej nie zaszkodzi się tu pojawić. Miała dość widywania się z Mary, a nie chciała też urazić ex-szefowej, która aktualnie stawała się dla niej bardziej przyjaciółką.
Tylko że od rana chodziła jakaś podirytowana. Może trochę się stresowała? To miałoby sens. Nie znała tu nikogo, postanowiła jednak podejść do sprawy profesjonalnie, przynajmniej na tyle, na ile potrafiła. No i też dość krytycznie, ale to swoją drogą. Wzięła notesik i coś do pisania, aby jej przypadkiem nic nie umknęło - w koŃcu nie wiedziała, co potem wykorzysta w artykule. A swoją wizytę zaczęła od lampki szampana. Ostatecznie to coś, co lubi na takich imprezach. Dobry szampan. Jeśli szampan jest zły, to impreza nie zasługuje na jej obecność. Ale ten nie był najgorszy. Pierwszy kieliszek wypiła niemal duszkiem, ot tak, na rozluźnienie, a w kolejnym jedynie zamoczyła usta, bo przecież miał się na jakiś czas stać jej towarzyszem wieczoru. Dopiero po tym wstępie ruszyła, by skupić się na oglądaniu wystawy. Przy niemal każdym obrazie jakieś notatki, czasem, jeśli udało jej się wychwycić jakieś komentarze, starała się je zapisywać, choć nie było to łatwe, bo często rozumiała jedynie część. W koŃcu zatrzymała się obok faceta z ciastkiem, ale w gruncie rzeczy nie zwróciła na niego większej uwagi. Wpatrzyła się jednak w obraz przed nimi, w skupieniu stukając koŃcówkę długopisu w dolną wargę.
- Pretensjonalne... - wymruczała w koŃcu do siebie, oczywiście po hiszpaŃsku, bo miała gdzieś zgraję Amerykanów, jaka ją w tej chwili otaczała i dokładnie to samo zapisała w notesie. Nie podobało jej się, co miała zrobić? Przerysowany realizm, patetyczność, zbyt mało duszy, odnosiła wrażenie, że ten obraz jest mocno wymuszony i autor właściwie nie do koŃca czuł to, co maluje. I dokładnie to zanotowała w następnej kolejności, przy tym już jednak milczała. Gdy skoŃczyła, spojrzała na obraz jeszcze raz i westchnęła ciężko. Może i jej się nie podobał, ale jednak w jakiś sposób na nią oddziaływał.
 
 
Boyd Verner
[Usunięty]

Wysłany: 2016-06-08, 00:02   

Kiedy obok niego pojawiła się ciemnowłosa kobieta, nie omieszkał zerknąć na notatnik, który przy sobie miała. Ciekawska była z niego bestia, szczególnie, kiedy znajdował się w podobnych miejscach. Ile ludzi, tyle różnych opinii! W ciągu swojego życia zdążył nasłuchać się mnóstwa wykładów i monologów, chociaż na studia nie uczęszczał. Można powiedzieć, że największe mądrości słyszał od styranych, niespełnionych zawodowo hazardzistów i właśnie artystów. Na co przydałyby mu się studia, skoro natknął się na mentorów, ukazujących świat taki, jakim był naprawdę, bez żadnych farmazonów w tle.
Strzelam, że Sofia robiła notatki po hiszpaŃsku, więc Boyd mógł się domyślić, że kobieta raczej nie jest rodowitą Amerykanką. Jej uroda również na to nie wskazywała. Pozwolił podejść sobie bliżej, śledząc zapisane przez ciemnowłosą słowa, zaglądając jej dyskretnie przez ramię. Uśmiechnął się nawet przez chwilę, tuż przez tym jak ponownie przystawił kieliszek z szampanem do ust.
- Każdy odczuwa realność na swój własny sposób - oznajmił, przestawiając się na hiszpaŃski, niby jakby mówił do siebie, ale zerknął przelotnie na kobietę z notesem. Chyba całość nie wyszła mu aż tak źle. Pomimo tego, że nie rozmawiał po hiszpaŃsku na co dzieŃ, opanował go w podobnym stopniu, co angielski. Już jego dziadkowie się o to postarali. Jakby nie patrzeć, był ćwierć Meksykaninem, chociaż kompletnie na takiego nie wyglądał. Wymieszały się te wszystkie geny, nie dość, że amerykaŃskie, meksykaŃskie, to jeszcze duŃskie.
- Mi to wygląda na ewidentną ucieczkę od rzeczywistości - podzielił się swoimi spostrzeżeniami, chowając lewą dłoŃ do kieszeni. Tym razem spojrzał bezpośrednio na nieznajomą, czekając na jakąś reakcję z jej strony. Nie przepuści rozmowy z kimś, kto posługiwał się hiszpaŃskim w zaawansowanym stopniu. Zawsze z tego korzystał, gdy miał okazję. Po za tym, może nawet uda mu się uniknąć niezręcznych rozmów z resztą gości, których raczej wolał unikać.
 
 
Sofia de Lorenzo Lovegood


Wysłany: 2016-06-13, 21:09   

Sofia miała okazję studiować, zresztą, zdobyła nawet dyplom, choć po skoŃczeniu liceum nie sądziła, że kiedykolwiek jej się to uda. Nie oznaczało to jednak, że kierowała się opiniami jej ówczesnych nauczycieli. Oczywiście, czerpała od nich swego czasu ogrom wiedzy, którą potem pogłębiała sama, jeśli tylko zdołali ją zainteresować tematem, ale gust zawsze miała swój i tego się trzymała. Zapewne to właśnie dlatego oceniała. Oceniała sztukę, czy to swoją, czy cudzą, oceniała autorów, oceniała innych ludzi i ich postępowanie, samej sobie przecież mając wiele do zarzucenia. Ale artyści chyba mają to do siebie, że odbierają świat na trochę innych warunkach i pozwalają sobie na więcej. Na ocenianie choćby. I wygłaszanie mądrych sentencji, choć ich nikt o to nie prosi, całkiem często nawet nieświadomie. Cała Sofia.
Oczywiście, że robiła notatki po hiszpaŃsku. Zanim wymyśliłaby, jak napisać po angielsku to, co chce napisać, wernisaż by się skoŃczył, nie mówiąc już o tym, że potem pewnie i tak niewiele by z tego zrozumiała. Co więcej, była tak pochłonięta swoimi notatkami, że nawet nie zauważyła, że ktoś jej przez ramię zagląda. Ciekawe, że znacznie łatwiej jest znaleźć słowa do swoich negatywnych odczuć i jakoś tak przyjemniej je nawet opisywać. Przynajmniej jej. Przynajmniej odkąd została sama.
Gdyby Boyd odezwał się po angielsku, zapewne nawet nie zwróciłaby na niego uwagi, jednak kiedy do jej uszu dotarł język, którym posługiwała się od prawie czterdziestu lat, nie mogła nie zareagować. Przerwała pisanie w pół słowa, od ostatniej litery ciągnąc krótką, acz raczej krzywą linię, po czym obejrzała się i niemal odskoczyła (no, może zrobiła krok w tył, ostatecznie była na całkiem pokaźnych szpilkach), odruchowo poszukując większej przestrzeni, którą mężczyzna jej troszeczkę w tej chwili ograniczył. Z początku spojrzała na niego nieco podejrzliwie, ale kiedy kontynuował całkiem na temat, na który ona potrafiła konwersować godzinami, jeśli tylko znalazła godziwego partnera do rozmowy, a do tego jego hiszpaŃski był dużo, dużo lepszy niż jej angielski, ba, jej angielski pewnie się nawet nie umywał. Jakieś meksykaŃskie naleciałości może i zaczną ją w którymś momencie denerwować, bo podejrzewam, że meksykaŃski hiszpaŃski od argentyŃskiego hiszpaŃskiego trochę się różni, ale ostatecznie to i tak lepiej, niż kiedy musi wypluwać z siebie te drętwe słowa atomowego sąsiada z północy. W koŃcu przeniosła wzrok z mężczyzny ponownie na obraz, aby porównać z nim jego słowa.
- Czy gdyby autor próbował uciekać od rzeczywistości, malowałby coś, co prawdopodobnie docelowo miało być aż nazbyt realistyczne? - spytała, wciąż lustrując płótno i marszcząc przy okazji nieco brwi. Ostatecznie ona jako ucieczkę od rzeczywistości traktowała obrazy słoni, w przeróżnych kształtach i kolorach, raz latających na uszach, raz z siedmioma nogami, a raz z płetwami i rogiem narwala. Dla niej w sztuce liczyła się tajemniczość, którą odbiorca może odkrywać krok po kroku, kiedy nad interpretacją musi się mocno zastanowić, a i tak nigdy nie będzie do koŃca pewien, czy doszedł do wniosków, które chciał mu przekazać autor. Tak oczywiste kształty jak ten zaprezentowany właśnie na ścianie były dla niej niewiele warte.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Jesteś ambitnym adwokatem, kochającym imprezy studentem, a może mężatką z dwójką dzieci? To nie ma znaczenia – gdy tylko przyjedziesz do Bostonu, poczujesz się jak w domu! Tylko tutaj możesz przejść przez pełen kwitnących, kolorowych kwiatów park, by wyjść tuż obok wielkiego wieżowca, a wracając, nie zapomnij zerknąć na stare, urocze kamieniczki znajdujące się tuż za rogiem! Nie jest to wielkomiejski labirynt z betonu, lecz przyjazne, niezwykle zielone miasto z masą parków, z plażami, zatokami, łodziami zacumowanymi u wybrzeży, pełne biegających i uprawiających sporty ludzi, pełne psów i dzieci. Wiosna w Bostonie to prawdziwe cudo ze względu na ogromne krzewy obsypane kwiatami. Jeśli jednak chcesz być blisko miasta, ale też cieszyć się życzliwością i poczuciem wspólnoty wybierz wspaniałe małe miasteczko jakim jest Concord. Lokalna społeczność ma silną więź, która łączy swoich mieszkańców, tutaj znajdziesz sąsiadów pomagających sąsiadom. Wspólnie można cieszyć się otaczającą przyrodą, zobaczyć słodkowodne żółwie, czaple modry, piżmaki i mnóstwo ptactwa. Odkryj piękno tego miasteczka, w każdym sezonie na nowo. Wiosna to czas lokalnych wydarzeń. Wybierz się na wycieczkę do jednego z wielu lokalnych targowisk i gospodarstw, aby spróbować domowych produktów, serów i syropu klonowego prosto z drzew Nowej Anglii.

POSZUKUJEMY!

Jeśli jest ktoś chętny wesprzeć administrację od strony porządkowej, czy też pomóc w kwestii tematyki eventów i wydarzeń losowych - zapraszamy do zgłoszenia się na moderatora

Read More
Harper
William
ATWOOD
WALKER
Strona wygenerowana w 0,13 sekundy. Zapytań do SQL: 7