Poprzedni temat «» Następny temat
Museum of Fine Arts
Autor Wiadomość
Boyd Verner
[Usunięty]

Wysłany: 2016-06-14, 21:44   

Uśmiechnął się lekko z cieniem satysfakcji, kiedy nieznajoma spojrzała w jego kierunku. Tak to lubił robić – przyciągać uwagę znaczy się. Od dawna tego nie robił, nie licząc lansowania się po własnych klubach, ale na to ostatnio nie miał coś ochoty. Może się starzał? Nie, on na pewno nie. Nadal był przecież młody duchem. I charakterem! Przecież 38 lat to bardzo dobry wiek.
Zawsze się zastanawiał jakim cudem kobiety utrzymują równowagę na tych szpilach. Pewnie sam kiedyś w takich wylądował podczas party hard, ale zupełnie tego nie pamiętał. Przynajmniej nie mógł narzekać na monotonne życie. Nie, kiedy zajmował się promowaniem obiecującego zespołu. Tęsknił za nimi, ale nie ma się co rozklejać, czas idzie naprzód.
Boyd mógłby spróbować być dobrym kompanem do rozmowy o sztuce. W koŃcu jego przyjaciel z LA potrafił o niej dyskutować godzinami, pytając młodego Vernera o jego własne odczucia. Nie krytykował ich bynajmniej, a chciał zgłębiać inne postrzeganie tego samego dzieła. Pewnie dlatego humaniści tak przepadali za sztuką – nie musieli jej rozumieć na podstawie wzorów, sami tworzyli taką logikę, jaką chcieli. Nawet jeśli wydawała się kretyŃska i łamiąca wszelkie reguły. Chyba właśnie to się najbardziej sprzedawało.
- Chodzi głównie o emocje, wyrażane przez mimikę, mowę ciała - wymieniał, przyglądając się poszczególnym częściom obrazu. - Tło też jest ważne, ale to właśnie człowiek jest na pierwszym planie, to na nim skupia się uwaga.
Oho, jeszcze trochę i będzie mógł myśleć o pisaniu recenzji. Nie był żadnym wielkim znawcą obrazów. Bardziej znał się na operach i musicalach, które potrafił oglądać czasami kilka razy, aby osiągnąć te swoje wewnętrzne katharsis. Nawet jeśli ktoś nazywał poszczególne produkcje kiczem i gniotem, miał to głęboko w poważaniu. Nie wszystko musiało się ludziom podobać.
Z tym hiszpaŃskim to może być różnie w ich przypadku, rzeczywiście. Nagle okaże się, że powiedzenie, które jest dla Meksykanów w zupełności normalne, dla ArgentyŃczyków wyda się nadzwyczaj zabawne. Byle tylko nie strzelił gafy językowej.
- Boyd Verner - powiedział w koŃcu, wyciągając dłoŃ w kierunku ciemnowłosej. Kultura nakazywała mu się przedstawić, z resztą powinien to uczynić pierwszy, jako, że był facetem. Gentlemanem potrafił być całkiem niezłym, kiedy tylko chciał. Nic dziwnego, że swego czasu sporo kobiet się za nim oglądało. Nie trzeba być przystojniakiem z pierwszych stron czasopism.
 
 
Sofia de Lorenzo Lovegood


Wysłany: 2016-06-17, 20:46   

Zdecydowanie udało mu się przyciągnąć jej uwagę. Oczywiście, że zwracała uwagę na jego aparycję, ale przede wszystkim odezwał się do niej po hiszpaŃsku i totalnie na temat. Nie spodziewała się takich rzeczy w Bostonie, mimo wszystko. Trochę uznawała Amerykanów za szczury bez duszy biorące udział w niekoŃczącym się wyścigu, w międzyczasie i pośpiechu obżerających się hamburgerami. A tu proszę, tak niewiele potrzeba, aby zmienić jej opinię przynajmniej na temat jednej osoby. Kolejnej zresztą. No i hej, też się czuła młoda duchem, a za rok będzie w jego wieku.
- Tak, masz rację - zgodziła się z nim, ale przecież przed chwilą mówił o czymś całkiem innym. - Ale moim zdaniem ucieczka od rzeczywistości to ucieczka od tych wszystkich ludzkich emocji. Można je przedstawić na tak wiele sposobów, że nie potrzeba do tego ludzkich twarzy. A przynajmniej nie w tak oczywistej formie. Być może nie doceniam prostoty przekazu - zaśmiała się nerwowo, notując też coś szybko w swoim notesie, bo przecież zaraz jej się wszystko pomiesza, a ta wymiana zdaŃ zapowiadała się całkiem zacnie - ale do mnie to nie przemawia. Właśnie dlatego, ze jest zbyt oczywiste, a jednocześnie zbyt przerysowane. Tych emocji nie jest zbyt wiele, ale są zbyt wyraziste. Próbowałeś kiedyś podcinać sobie żyły? - zerknęła na niego, nie chcąc przeoczyć pierwszej reakcji. Nie chciała właściwie wnikać w żadne jego prywatne bolączki, ale miała wrażenie, że autor obrazu nigdy nie miał styczności z takimi epizodami, czy u siebie, czy to u innych. Jeszcze nie wiem, czy Sofia miała, ale całkiem możliwe, że przyłapała młodsze rodzeŃstwo przyjaciółki, prawda? Nawet, jeśli miała wtedy dziesięć lat, to takich widoków się nie zapomina raczej do koŃca życia. No i spoko, jeśli Boyd natchnie ją jeszcze czymś ciekawym, to całkiem możliwe, że umieści jego nazwisko gdzieś w swoim artykule. - Sofia de Lorenzo Lovegood - przedstawiła się również i podała mu dłoŃ. Co prawda według savoir-vivre to kobieta pierwsza podaję rękę i się przedstawia, ale spoko, Sofia nigdy nie była dobrze wychowywana, jedyne co, to przy następnym spotkaniu pewnie obdaruje go soczystym buziakiem, bo to nawyk przywieziony prosto z Argentyny i wyrabiany od dziecka, tak.
 
 
Boyd Verner
[Usunięty]

Wysłany: 2016-06-21, 23:48   

Właściwie to Sofia była bliżej, niż dalej wyobrażenia o Amerykanach, które wyznawał również Boyd. Za jakiegoś tru Amerykana się nie uważał, bo nie opychał się tak bardzo burgerami, zdecydowanie preferował kuchnię śródziemnomorską. To właśnie dlatego nauczył się gotować przede wszystkim potrawy typowo francuskie i włoskie. Z mała dodatkiem chili i tak dalej, bo lubił jeść na ostro. Musiał trochę wyeksponować tę swoją meksykaŃską cząstkę. Z resztą, chili nie było dla niego jakoś specjalnie pikantne. Chyba to kwestia przyzwyczajenia.
- Ciekawa interpretacja, ciekawa - zmrużył oczy, pocierając z zaintrygowaniem podbródek. Czyżby ucieczka od rzeczywistości w świat abstrakcji? Nigdy nie był wielkim zwolennikiem odwróconej rzeczywistość zdominowanej przez mnóstwo kolorów, kształtów i tak dalej. Prostota chwytała go za serce chyba najbardziej. Nie mylić z prostactwem, bo do tego mu chyba trochę brakowało.
Skrzywił się odrobinę na wzmiankę o podcinaniu żył. Pokręcił z wolna głową, zanurzając po chwili usta w szampanie. Aż dziwne, że go nie wypił za jednym podejściem. No cóż, nadal nie przepadał za strzykawkami z ostrym koŃcem, ostrymi małymi narzędziami… automatycznie kojarzyły mu się z krzywdą. W sumie to dobrze, że miał wstręt do igieł, bo przynajmniej nie wyrósł z niego narkoman. Nah, opalanie łyżki nad świeczką to nie jego bajka.
Pewnie coś tam z tego savoir vivru wyniósł, ale nie stosował się do tego zbyt uważnie. Przywykł do tego, że był grubą rybą na różnych bankietach, podawał rękę kiedy chciał i tak dalej. Raczej trzymał się swoich własnych reguł i nie zwracał uwagę, jak go ktoś osądza. Zapewne nikogo by nie zdziwiło, jeśli w którymś momencie podałby komuś dłoŃ, wycierając ją poprzednio w obrus, albo własną koszulę (no prawie jak Daryl). Teraz jednak miał do czynienia z kobietą i to całkiem ładną, więc wolał się pilnować, chociaż w minimalnym stopniu. Na pewno nie miałby nic przeciwko buziakom, ale to wiadomo.
- Lubisz sztukę nierzeczywistą? Łamiącą reguły, coś w stylu Picassa, Salvadora Dali? - zapytał po chwili, nadal zerkając na zabarwione płótna.
 
 
Sofia de Lorenzo Lovegood


Wysłany: 2016-06-30, 12:42   

Nad Normanem na avie też kwikłam z zachwytu, mocno, aż potrzebowałam chwili żeby się ogarnąć, tak. Skoro mają podobne wyobrażenia na temat rodowitych Amerykanów, to w wolnych chwilach będą mogli się z nich naśmiewać po hiszpaŃsku, tak. Nawet przy kuchni śródziemnomorskiej z dodatkiem chilli. Sofia chyba nie była takiej fanką, ale jeszcze nie obczaiłam, co jedzą w Argentynie, a piszę trochę na szybko, więc sprawdzę później, w czym dziewczę gustuje. Na pewno nie w małżach i ślimakach. I nie w żabich udkach (a może?). Też umie co nieco przyrządzić będą mogli się wspólnie spełniać w kuchni w samych fartuszkach. Chyba wybiegam zbyt daleko w przyszłość, sorry.
Mnóstwo kolorów i kompletny chaos były właśnie tym, w czym lubowała się Sofia. Jej życie takie było, jej głowa taka była, więc i sztuka, z którą się utożsamiała, też musiała taka być. Nieuporządkowana, niezrozumiała, nie do opanowania nawet przez nią samą. Mieszanka skrajnych uczuć, silnych emocji, coś, co w każdej chwili może wybuchnąć z niepohamowaną siłą. Cała Sofia. Czarne kwadraty w białym polu to nic, co mogłoby do niej przemówić. Chociaż... Może i by je sobie odpowiednio zinterpretowała? Jako metafora świata czy ludzkiej duszy mogłoby to być w porządku. Ale rzeczy oczywiste na obrazach to to, z czym nie potrafi się identyfikować. Okej.
Jej kącik ust drgnął do góry, kiedy zobaczyła jego reakcję. Może nie miał zbyt wiele cierpienia w życiu? Nie mogła tego wiedzieć, równie dobrze przed oczami mógł właśnie mieć własną matkę wykrwawiającą się na śmierć. Zdecydowanie życzyłaby mu tego pierwszego. Cierpienie w nadmiarze nikomu nie jest potrzebne.
- Picasso nie - potrząsnęła głową. - Chyba wolę delikatniejsze kształty - wzruszyła nieznacznie ramionami. Ale na pewno doceniała faceta, miał swoją wizję świata, to się ceni, pewnie też jechał na jakimś kwasie. - Dali zdecydowanie - tym razem skinęła. - Ernst, Licini, Magritte, Breton. Pollock - zaśmiała się nieznacznie przy ostatnim nazwisku. Pewnie BeksiŃski też by się jej spodobał, ale nie wiem, czy w Buenos wystawiali jego obrazy, hmm. - A ty? Interesujesz się malarstwem, masz swoich ulubieŃców? - zerknęła na niego uważnie. Nie dość, że miło jej się z nim rozmawiało, to jeszcze się uśmiechała. Od razu jej ładniej.
 
 
Boyd Verner
[Usunięty]

Wysłany: 2016-06-30, 22:56   

Jak ten avek zobaczyłam to od razu pomyślałam, że muszę go u Boyda użyć, skoro fajek jest i karty tak samo!
Na pewno Verner nie przegapi okazji, aby nieco więcej pokonwersować po hiszpaŃsku. Zwłaszcza, jeśli chodziło o żarty o Amerykanach. On ogólnie miał spoko poczucie humoru, nie był żadnym mrukiem, a kolesiem, który uwielbiał dobrą zabawę. Może nawet uda mu się przekonać Sofię do podobnego nastawienia? W razie czego użyje swojej jakże niezawodnej sztuki perswazji.
Być może, jeśli Sofia pokaże mu kilka swoich prac, zmieni zdanie na temat abstrakcji. Wcześniej nie miał z nią większej styczności. W sumie często na nowe rzeczy patrzy się nieco sceptycznie, zanim pozna się je nieco lepiej.
Pokiwał głową, przysłuchując się słowom kobiety. Orientowała się w tych tematach. Nie wyglądała na pierwszą lepszą amatorkę sztuki, chcącą dorobić sobie co nieco na recenzowaniu obrazów. Rozpoznał kilku wymienionych przez brunetkę artystów, chociaż nie miał okazji ich dokładnie przestudiować.
- Przede wszystkim Chavennesvan, Monet, Coolidge - odpowiedział, kiedy już opróżnił swój kieliszek i odłożył go na tacę przechodzącego obok kelnera. - Zacząłem się interesować malarstwem w szkole średniej, właściwie to zupełnie niespodziewanie. Krótka rozmowa z niespodziewanym znajomym i nagle zaczynasz wkręcać się w świat prawdziwej sztuki.
Uśmiechnął się nawet pod nosem, wspominając czas spędzony w Vegas. Boston wydawał się zupełnie innym miejscem. Ba, innym światem. SłoŃce aż tak bardzo nie prażyło, kaktusy nie rosły przy drodze. Sprowadził nawet trochę Arizony i Nevady do swojego własnego domu, właśnie w postaci kaktusów. Przynajmniej nie musiał się bać, że zapomni ich podlać i nagle mu zwiędną. I tak starał się ich doglądać, bo przecież co to za mieszkanie bez roślin? U niego by nie przeszło.
- Jak było z tobą? - zapytał po chwili Sofię, kierując wzrok w jej stronę. No proszę, jednak udało mu się znaleźć dobrą rozmówczynię na ten wieczór. Nie dość, że mówiła po hiszpaŃsku, wypowiadała się całkiem profesjonalnie, to nawet w urodzie niczego jej nie brakowało.
 
 
Sofia de Lorenzo Lovegood


Wysłany: 2016-07-03, 16:07   

U So z poczuciem humoru było różnie, wszystko zależało od jej nastroju... No, a właśnie z tym też bywało różnie. Ale zdarzało jej się nie być mrukiem. Nie wiem, czy Boyd przekona się do abstrakcji po ujrzeniu jej obrazów. Ostatecznie w jej głowie znajdowały się różne, dziwne rzeczy, które przelane na płótno chyba nie świadczyły o niej najlepiej.
- Czasami też lubię patrzeć na Moneta - pokiwała głową. Niby to tylko krajobrazy, ale ostatecznie wpatrywanie się w takie obrazy w jakimś albumie może uspokajać. Właśnie bardziej niż chaos i abstrakcja. Poza tym, nie są nudne, mają w sobie wiele szczegółów, studiowanie ich może pochłaniać wiele godzin, a to jej odpowiadało. Chociaż pewnie gdyby zobaczyła psy Coolidge'a, też by się jej mogły spodobać. - To musiał być ciekawy nieznajomy - pokiwała głową. Jej też się zdarzało trafiać na takich ludzi, dawno temu. Nie w Vegas a w Buenos, ale przecież ono też tak bardzo różniło się od Bostonu. Nie wiem, jak tam z kaktusami, chociaż to chyba ich klimaty, ale Sofia raczej nie była fanką roślin w domu. Pewnie, że kwiaty były ładne, ale też nie potrafiła o nie zadbać. Chyba tylko o kota męża potrafiła dbać, jak należy. I może o samego męża, bo o siebie samą też nie za bardzo, zwłaszcza teraz. Potrzebowała kogoś, kto zadba o nią, a teraz miała tylko Felixa, który właściwie miał swoje życie. - Malowałam i rysowałam od zawsze - uśmiechnęła się, na wspomnienie dzieciŃstwa zawsze się uśmiechała, chociaż wcale nie było ono sielankowe. - A sześć lat temu skoŃczyłam historię sztuki na UBA. Mąż mnie namówił, gdyby nie on, pewnie wciąż byłabym kelnerką malującą na własnym strychu - nawet się zaśmiała, co właściwie było wielkim osiągnięciem, skoro właśnie wspomniała o mężu i nawet nie wpadła na to, że powinna określić go jako 'byłego'. Alkohol czy aura emanująca od Boyda...? Pewnie jedno i drugie, więc kiedy tylko zobaczyła zbliżającego się gościa z obsługi, szybko opróżniła lampkę z szampana i wymieniła ją na pełną.
 
 
Boyd Verner
[Usunięty]

Wysłany: 2016-07-03, 19:54   

Oj tam, podobno mówi się, że sztuka nie ma granic. Im więcej kontrowersji tym popularniejsze dzieło! Kiedyś pani od polskiego nam mówiła, że jakiś koleś zrobił rzeźbę papieża z fekaliów i to była sztuka i trzeba szanować. Pewnie dla Boyda byłoby to już zbyt wiele, bo zbyt wielkim koneserem takich dzieł to raczej nie był. Obrazy Sofii pewnie trzymały się jeszcze w jakimś konkretnym kanonie, więc Verner nie powinien wybrzydzać.
Psy grające w pokera były chyba jednym z jego ulubionych obrazów. Na bank trzymał w domu jakąś kopię. Może to też dlatego, że Collidge kojarzył mu się z facetem, który popchnął jego życie do przodu. Miał całkiem udany start w LA. Rodzice byli jeszcze wtedy sceptycznie nastawieni do jego osoby, przygotowani na wypadek, gdyby znów coś odwalił i wrócił do nich z podkulonym ogonem. Nic takiego nie miało miejsca. Udało mu się jakoś wkręcić w kalifornijskie życie, zarobić trochę dolarów i dołożyć do całkiem już pokaźnej, odłożonej sumy. Zabawne, jak jeden wybór może wywrócić życie do góry nogami.
- Gdyby nie on, zapewne nie byłoby mnie tutaj - stwierdził. No cóż taka prawda. Nie byłby menadżerem Cycków, nie zarabiałby kokosów, nie mieszkałby w jednej z willi w Bostonie. Być może zacząłby pracować na giełdzie, jak jego ojciec, w Phoenix.
Jak na razie Boydowi całkiem nieźle wychodziła opieka nad kotami, chociaż zaczytywał się co jakiś czas w książkach odnośnie tych zwierząt, aby je odpowiednio wychować. Tym bardziej, że futrzaki, noszące imiona bohaterów Tolkiena były jeszcze takimi kocimi dziećmi. Miał co prawda syna, znajdującego się aktualnie na drugim koŃcu USA i co nieco opieki się poduczył… tyle o ile. Była żona doszła do wniosku, że nie wywiązywał się z rodzicielskich obowiązków i złożyła pozew o rozwód. A może to dlatego, że pieprzyła się na boku ze swoim przyjacielem? Boyd sam nie był pewien, co było bezpośrednią przyczyną. Przez pewien czas miał do siebie głęboki żal, jednak nic nie mógł zmienić. Sam trochę przeholował, jeśli chodziło o pracę. Żył koncertami, a jego żona użerała się z pełnymi pieluchami, kolkami i innymi urokami posiadania dziecka. To już był jednak zamknięty rozdział w jego życiu. Jedynie z synem starał się regularnie spotykać.
Sofia wyraźnie mu zaimponowała. Była po historii sztuki, malowała. Nie wiadomo dlaczego, Boyda zawsze intrygowały artystki. Miały w sobie taką aurę tajemniczości, przyciągającą uwagę Vernera. Po za tym wymieniła nazwę zagranicznego uniwersytetu, więc mógł podejrzewać, że nie jest stąd. To jedynie wzbudziło jeszcze większą ciekawości Boyda.
- Mądry facet - uznał, uśmiechając się lekko. Nie mógł podejrzewać, że mąż Sofii już pożegnał się z tym światem, więc poczuł nawet lekkie rozczarowanie. Inteligentna kobieta z urodą na poziomie, no ale już zajęta. Nie miał się czemu dziwić, na pewno wielu facetów się za nią oglądało, zarówno kiedyś jak i teraz. Widząc jak Sofia zwija szampan z tacy, szybko poszedł w jej ślady, gdy tylko kelner znowu ich minął. Nigdy nie rezygnował z darmowego alkoholu. Jego dawni podopieczni z zespołu z pewnością o tym wiedzieli.
- Nadal malujesz? - zapytał po chwili. - Myślałaś nad wystawieniem swoich prac na wernisażu?
Boyd na pewno by się pojawił na owym wernisażu. Choćby z samej ciekawości, jak prezentuje się sztuka w wykonaniu Sofii.
 
 
Sofia de Lorenzo Lovegood


Wysłany: 2016-07-06, 17:20   

Rzeźba z kupy to chyba zbyt wiele, no ale sztuka nowoczesna się rządzi swoimi prawami. Sofia by pewnie doceniła za pomysłowość, czy coś, ale jeśli miałoby jej śmierdzieć przy oglądaniu, to chyba by jednak podziękowała. Uśmiechnęła się nieznacznie, trudno jej przecież było określić, czy to dobrze, czy źle, że trafił na człowieka i teraz znajduje się w tym miejscu swojego życia. No, ale nie wyglądał tak, jakby źle mu się powodziło.
- Tak - pokiwała głową. - Bardzo mądry - spuściła wzrok, mimo wszystko niespecjalnie chcąc kontynuować temat męża. Nic przyjemnego. Ale na pewno wiele mu zawdzięcza, gdyby swego czasu Jose jej do siebie nie przygarnął, wówczas całkiem obcej dziewczyny z ulicy, całkiem możliwe, że wciąż tułałby się po najgorszych dzielnicach Buenos Aires i dorabiała w najlepszym wypadku jako kelnerka. - Oczywiście, że maluję, choć jeszcze znaczna część moich prac jest w Buenos Aires, adwokat męża pomaga mi je przetransportować do Bostonu. Kiedyś trochę wystawiałam w galerii, w której pracowałam, jeszcze w Buenos, potem przyjechałam tutaj i wszystko się zmieniło - potrząsnęła głową. Westchnęła ciężko. - Lubisz operę? - spytała znienacka, A skoro wszyscy wiemy, że lubi, to jeśli tylko nie okłamał Sofii, zaprosiła go do opery. Miała dwie darmowe wejściówki, a brat nie miał specjalnie na to czasu, nie miała więc z kim się wybrać. I tym samym możesz skoŃczyć, zagramy operę, a za dwa tygodnie trip do Argentyny, tak.
 
 
Boyd Verner
[Usunięty]

Wysłany: 2016-07-07, 22:42   

Boydowi powodziło się zdecydowanie lepiej, niż mógłby podejrzewać. Dorastał w bardzo różnorodnym środowisku. Równie dobrze mógłby skoŃczyć na odwyku, albo siedzieć w zakładzie zamkniętym. Wybrał jednak inną drogę i czuł się z tym całkiem nieźle. Odrobinę zboczył z tego kursu podczas bycia menadżerem, ale cóż. Cel uświęca środki… czasami.
Zorientował się, że Sofia wydaje się odrobinę nieobecna przy mówieniu o mężu. U Boyda działało to raczej w drugą stronę. Od razu go nerwy brały na wspomnienie o Shannon, pies ją ganiał. Z miłości jego życia zamieniła się w jedną z najbardziej znienawidzonych przez niego osób. Był dla niej dobry, nie bił jej, mieli razem dziecko (z miłości oczywiście), a ona… ech, szkoda słów. Jak na złość, śniła mu się od czasu do czasu. Teraz nie zamierzał sobie zaprzątać myśli jej osobą. Już bardziej zależało mu na aprobacie syna, niż byłej żony. Tak, powinien go niedługo odwiedzić.
- Jeśli sprowadzisz większość obrazów, koniecznie musisz się nimi pochwalić - uznał. Nawet jeśli miałaby pokazać je tylko jemu. Pasowałaby mu taka wizja, czemu nie. W niektórych sytuacjach tłum był zbędny.
- Czy lubię? Oczywiście, że tak!
Znowu go pozytywnie zaskoczyła. Coraz bardziej zaczynało mu się podobać jej towarzystwo. Szczególnie, że byli otoczeni przez sztukę, kelnerów z szampanami i innymi przystawkami. Podyskutowali jeszcze trochę o sztuce (o operach i tych innych), nie pozostało mu również nic innego, jak przystać na propozycję Sofii. Nigdy nie przepuszczał takich okazji. KoŃczę więc i możemy się zgadywać na następne wątki!

/zt
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Jesteś ambitnym adwokatem, kochającym imprezy studentem, a może mężatką z dwójką dzieci? To nie ma znaczenia – gdy tylko przyjedziesz do Bostonu, poczujesz się jak w domu! Tylko tutaj możesz przejść przez pełen kwitnących, kolorowych kwiatów park, by wyjść tuż obok wielkiego wieżowca, a wracając, nie zapomnij zerknąć na stare, urocze kamieniczki znajdujące się tuż za rogiem! Nie jest to wielkomiejski labirynt z betonu, lecz przyjazne, niezwykle zielone miasto z masą parków, z plażami, zatokami, łodziami zacumowanymi u wybrzeży, pełne biegających i uprawiających sporty ludzi, pełne psów i dzieci. Wiosna w Bostonie to prawdziwe cudo ze względu na ogromne krzewy obsypane kwiatami. Jeśli jednak chcesz być blisko miasta, ale też cieszyć się życzliwością i poczuciem wspólnoty wybierz wspaniałe małe miasteczko jakim jest Concord. Lokalna społeczność ma silną więź, która łączy swoich mieszkańców, tutaj znajdziesz sąsiadów pomagających sąsiadom. Wspólnie można cieszyć się otaczającą przyrodą, zobaczyć słodkowodne żółwie, czaple modry, piżmaki i mnóstwo ptactwa. Odkryj piękno tego miasteczka, w każdym sezonie na nowo. Wiosna to czas lokalnych wydarzeń. Wybierz się na wycieczkę do jednego z wielu lokalnych targowisk i gospodarstw, aby spróbować domowych produktów, serów i syropu klonowego prosto z drzew Nowej Anglii.

POSZUKUJEMY!

Jeśli jest ktoś chętny wesprzeć administrację od strony porządkowej, czy też pomóc w kwestii tematyki eventów i wydarzeń losowych - zapraszamy do zgłoszenia się na moderatora

Read More
Harper
William
ATWOOD
WALKER
Strona wygenerowana w 0,17 sekundy. Zapytań do SQL: 8