Poprzedni temat «» Następny temat
Dworzec autobusowy
Autor Wiadomość
Kieran Bianchi
[Usunięty]

Wysłany: 2016-05-22, 17:42   

Dobra, gdy już ją zobaczył, nie mógł powiedzieć, że serce mu nie przyśpieszyło. Tyle czasu opierali swoją znajomość na rozmowach przez internet, a dopiero teraz dane im było się najnormalniej w świecie spotkać! Kieran w życiu nie pomyślałby, że w realu jest jeszcze piękniejsza niż na ekranie. Oczywiście, nie pałał do niej żadnymi uczuciami, które młody mężczyzna mógłby czuć do młodej kobiety, bo jakimś cudem momentalnie przestawił się na to, że ta oto blondynka to jego siostra i tego się nie narusza. Czuł tę więź, która ich łączyła i przez myśl mu nie przeszło, by w jakiś sposób to zbałamucić.
Mocno przytulił siostrę, gdyby nie bał się, że stawy odmówią mu posłuszeŃstwa, pewnie podniósłby ją i okręcił, dokładnie tak jak to robią w filmach, więc pozostało mu ciasno ją objąć i nie puszczać. W jakiś sposób byli do siebie podobni, chociaż widać było, że w Kieranie płynie ta włoska krew, która naruszyła typowo amerykaŃską urodę, którą szczycił się Jerome. Zdarzyło się tak, że chłopak bardziej podobny do matki był, ale w jakiś sposób zachował jakieś cechy charakterystyczne domu ojca. Wystarczyło.
- Dobrze cię widzieć - odparł tylko i zdał sobie sprawę, że trochę głos mu odmówił posłuszeŃstwa, ale to zaraz przejdzie. - Dobrze tu być - dodał jeszcze, gdy odsunęli się od siebie na odległość ramion. Mógł ją obejrzeć od stóp do głów. Dumny był, że miał taką śliczną siostrę, nawet jeśli przyrodnią.
- Mam już rezerwację w hotelu, ale zabieram cię na jedzenie. Tyle.. że nie wiem gdzie możemy iść, to wybierz co ci pasuje i prowadź. Byle nie drogo, jestem spłukany - odparł zgodnie z prawdą, ale nie krył się z niczym. Matko, serio się czuł, jakby kiedyś przesiadywał tu latami. Mogło się mieć wrażenie, że ktoś tak zjawiskowy jak Layla mógł pospolitego faceta onieśmielać, ale co miało być nie tak, gdy traktował ją jak siostrę? Starszą o rok, poważniejszą od niego, ale siostrę. Nie miał wcześniej rodzeŃstwa, chciał nadrobić braki.
 
 
Layla van den Herk


Layla van den Herk

początkująca dziennikarka

arthurowe dziewczę


25

Wysłany: 2016-05-23, 16:30   
   Multikonta: Jeremy
   Nazywaj mnie: Izabela
   Urlop: Obecna


Layla zawsze chciała mieć brata. Niestety była obdarzona młodszymi siostrami, które były niezwykle złośliwymi istotami, chociaż gdy trzeba było to stawały po stronie Layli. Więc fakt, iż w życiu blondynki pojawił się brat, tak skrzętnie ukrywany przez jej ojca... To było coś. Zawsze uważała, że jest podobny do taty, ale dopiero teraz, gdy zobaczyła go na żywo... Nawet jego ruchy były takie same. Od razu widać było, że to syn van den Herka, więc argument jej matki, że to na pewno nie jego dziecko, upadnie z hukiem. W sumie Layla nawet była z tego zadowolona. Nie miała za dobrym kontaktów ze swoją matką.
- Och biedaku. przecież ty zaraz mi tu padniesz - powiedziała zmartwionym tonem, a uśmiech na jej twarzy szybko zniknął zastąpiony przez wyraz troski
Było widać, że Kieran jest zmęczony. W koŃcu spędził kilkanaście godzin w głupim autobusie. Miał te zakola pod oczami charakterystyczne dla osób, które były naprawdę zmęczone. Layla mu się nie dziwiła.
- Daj spokój - prychnęła - Ja stawiam. W koŃcu to ja jestem starsza, więc ja stawiam. Poza tym znam naprawdę świetne miejsce, gdzie jest tanio i dobrze. Wiesz, studenci muszą sobie radzić
Poza tym Layla miała mu do przekazania kilka ważnych informacji. Ale naprawdę cieszyła się, że brat był z nią szczery i nie krył się z niczym. Poza tym cieszyła się, że podobał mu się Boston bo to było widać już na pierwszy rzut oka. Layla miała specyficzny stosunek do tego miasta. Z jednewj strony wiązały się z nim najgorsze wspomnienia w jej życiu,a z drugiej naprawdę je kochała bo zawsze ją zaskakiwało.
Co prawda dzieliło ich rok różnicy, ale nie było widać tej różnicy i mimo że na pierwszy rzut oka nie widać było między nimi podobieŃstwa to przy bliższych oględzinach widać było u obojga cechy rodziny ich ojca. Poza tym obydwoje byli nieco zwariowani i to było po nich widać.
_________________


<tbody></tbody>
Layla van den Herk
And I found love where it wasn’t supposed to be. Right in front of me. Talk some sense to me
 
 
Kieran Bianchi
[Usunięty]

Wysłany: 2016-05-23, 17:54   

Chłopak był podobny do ojca i nie dało się tego ukryć, ale z matki też miał sporo. Kiedyś wysłał Layli jej zdjęcie, jedyne jakie miał i to właśnie po niej odziedziczył kolor włosów i uśmiech. Barwa oczu, postawa i rysy rzeczywiście, bardziej z ojca, ale tam też się wkradł włoski pierwiastek. Pomieszanie z zamieszaniem, można powiedzieć.
Czyżby usłyszał, że coś jest tanio i smacznie? Kieran aprobuje i daje swoje przyzwolenie na taki interes! Odkąd zdecydował się odciąć od małej fortuny ojca, pozostało mu dbać o swoją kieszen bardziej niż kiedykolwiek. Zdarzało się, że z początku, głupi i młody, wydawał pieniądz na książki, by potem korzystać z kuponów w robocie, żeby cokolwiek zjeść, ale teraz miał więcej rozumu w głowie. Musiał oszczędzać, żeby móc pozwolić sobie na codzienne wydawanie tego co przechowa na kawę na wynos. Trudne było życie smakosza kawy i wszelkich bezalkoholowych napitków, które trafią mu się w ręce na mieście!
Siostrze zaproponował ramię, żeby mogła złapać go pod rękę, jak na gentlemana przystało. Jeśli nie chciała, obróci to w żart, a gdyby przyjęła propozycję, Kieran dumnie ruszyłby u boku siostry, gdzie ta poprowadzi.
- Byle kawę dobrą mieli - odparł inteligentnie. Więcej mu było nie potrzeba, chociaż miał ochotę na dobry koktajl z guaraną, bądź samego energetyka. Do wieczora jeszcze trochę, bo wyjechał z Portland w nocy, a już czuł się styrany. Odzwyczaił się od długich podróży, oj, odzwyczaił i pewnie szybko się znów nie przyzwyczai, bo w Bostonie zostanie na dłużej. Miał swoje powody, ten emerytowany podróżnik.

/zt x2, zacznij gdzieś. <3
 
 
Kenneth Beasley
[Usunięty]

Wysłany: 2016-07-06, 19:53   

Nigdy jakoś nie potrafił zrozumieć, co takiego było w komunikacji miejskiej, ale naprawdę, lubił się nią poruszać po mieście. Być może chodziło o nieustanne obserwowanie ludzi, którzy przecież skrajnie się od siebie różnili, a może o swoisty klimat pustych autobusów o wpół do szóstej rano. Chociaż musiałby się przyznać, że lubił też jeździć podczas deszczu - widok leniwie spływających kropli po szybie go uspokajał. Czytanie szyldów sklepowych, liczenie, ile czasu trwa zmiana światła z czerwonego na zielone, ukradkowe obserwowanie kierowcy i wiele innych atrakcji sprawiało, że Kenneth często zostawiał samochód w garażu, po czym szedł pieszo na przystanek czy dworzec. Nawet, jeżeli padało, bo przecież nie był z cukru, tak? Nie zrażały go nawet nieustanne spóźnienia autobusów. Przezorny jest zawsze zabezpieczony - a już na pewno ktoś tak nerwowy, jak Beasley, który wychodził z domu co najmniej dwadzieścia minut wcześniej, by samemu jakimś magicznym cudem się nie spóźnić. Nie twierdził, że to było jakoś wyjątkowo mądrym podejściem, bo niemal za każdym razem czekał na przystanku jakieś pół godziny, ale przynajmniej miał pewność, że wszystko jest pod kontrolą. Że nie spóźni się do pracy, na spotkanie, przyjedzie na czas do Corrie lub zdąży przed otwarciem supermarketu, żeby uniknąć gigantycznych kolejek i szalonych dzieci w wózkach. Innymi słowy - uniknie nadmiaru ludzi wokół siebie. Pewnie tamtego dnia też wyszedłby z domu piętnaście minut przed czasem, ale pech chciał, że zapomniał wyjść z psem i przypomniało mu się o tym tuż przed wyjściem, a że był wzorowym właścicielem to szybko wziął Stuarta na dwór, który, jak na złość, załatwił się dopiero po dwudziestu minutach. Beasley szybko wyliczył w głowie, że istniało jakieś tam podobieŃstwo, że autobus mógł już mu uciec, więc wrócił do mieszkania, zabrał torbę i wyleciał z niego z prędkością światła, biegnąc na dworzec. Akurat dzisiaj musiał jechać do klienta na drugim koŃcu miasta, niech go cholera! Mijając ostatni zakręt, po którym jego oczom ukazał się wspomniany dworzec, przeraził się nie na żarty, kiedy zobaczył swój autobus, odjeżdżający właśnie z przystanku. Przez chwilę miał wrażenie, że go do goni i jakoś nie potrafił zwolnić - nic więc dziwnego, że po kilku sekundach z tego całego stresu stracił na moment równowagę, potknął się i wpadł na jakiegoś faceta, którego uderzył całkiem mocno w ramię i o mało co nie przewrócił. Jeszcze tego brakowało. - Cholera, przepraszam, nie zauważyłem Cię, wybacz. Przepraszam. Wszystko w porządku? Mocno Cię uderzyłem? Przepraszam, serio, śpieszyłem się, autobus i tak mi odjechał, więc jeżeli coś się stało, mogę Ci pomóc. Bardzo przepraszam. - zdenerwowany, jąkający się Beasley podnosił właśnie z podłogi swoją torbę, którą mimowolnie upuścił podczas zderzenia z nieznajomym. Kretyn.
 
 
Teal Butler
[Usunięty]

Wysłany: 2016-07-06, 21:51   

/ po targach z Blue

Cóż Teal mógłby robić w tych rejonach? Właściwie to nic nadzwyczajnego. Wpadł ostatnio na pomysł, że przejdzie się do rodziców. Siedział u nich dwa dni, nażarł się naleśników, powylegiwał na kanapie, spotkał ze starymi znajomymi i tyle. Starał się odwiedzać ich regularnie, zwłaszcza, że z Bostonu nie miał jakoś daleko. Godzina drogi w najgorszym wypadku. Wracał do wielkiego miasta z niewielkim plecakiem, przerzuconym przez ramię, koszulce na krótki rękaw i długich dżinsach. Na nogach tradycyjnie miał trampki, tym razem w kolorze wyblakłej czerwieni. W słuchawkach leciał „Bless the morning year” Heliosa, a on wpatrywał się w krople deszczu rozbijające się o szybę. Mama zapakowała mu jakieś domowe przysmaki, których zawsze robiła co najmniej tonę.
Gdy już wytoczył się z autobusu, zmrużył odrobinę oczy. Czasami światło raziło go nawet wtedy, gdy słoŃce jakoś wyjątkowo mocno nie świeciło. Zdecydowanie był stworzeniem cieniolubnym. Często miał zasłonięte okna w pokoju. Jeszcze za czasów mieszkania z rodzicami musiał je odsłaniać za każdym razem, gdy mama wchodziła do jego czterech ścian. Teraz niby miał spokój, jeśli o to chodziło. Brakowało mu za to kuchni mamy i tego, że czasami dostawał gotowe śniadanie, czy obiad pod nos. Najwyższy czas na samodzielność. Nikt przecież nie będzie mu podawał jedzenia od tak. Chyba, że zrobi karierę i będzie mógł zatrudnić taka służbę.
Rozglądał się za taksówką. Stało ich kilka niedaleko dworca. Niestety, do której nie podszedł, okazywało się, że jest zajęta. Ruszył w kierunku ostatniego, białego samochodu stojącego w rzędzie, kiedy wpadł na niego nieznajomy. Teal wypuścił mp3 na chodnik. Urządzenie rozpadło się na czynniki pierwsze, wyrzucając z siebie baterię i nakładkę, ale nic poważniejszego się z nim nie stało. Oczywiście muzyka momentalnie przestała płynąć z jego słuchawek.
- Ludzie, co ja wam zrobiłem… - jęknął z zawodem, ale po chwili spojrzał na sprawcę zamieszania. - Wszystko ok, wyluzuj pan.
Jedyne o czym teraz myślał to dotarcie do domu i wzięcie gorącego prysznica. Jego plany zostały jedynak pokrzyżowane. Schylił się po swoją mp3 i widząc odrobinę zbitą szybkę z przodu, syknął z zawodem. Już tyle ładnych lat mu służyła. Cztery? Jeśli nie więcej. Na dodatek jego wypatrzona taksówka właśnie się oddalała. Potarł powoli bark, który odrobinę ucierpiał podczas tego zderzenia. Trochę się wkurzył, ale przecież nie zamierzał ciskać piorunami z oczu. Szanuj bliźniego swego jak siebie samego? Chyba tak to leciało...
 
 
Blair Walters


Blair Walters

nalewam drinki

staram się spłacać długi


25

Wysłany: 2018-12-05, 21:58   
   Multikonta: Emma, Danka, GABE
   Nazywaj mnie: SYLWIA


#4
sto lat później, ale zaczynam. SORRY <3

Blair ponownie wpadła w wir pracy, na tyle, że nawet nie zorientowała się kiedy dokładnie nastąpiła tak drastyczna zmiana pogody. W Bostonie jakoś nagle zrobiło się zimno i spadł śnieg. Nie trudno się jednak temu dziwić, bo święta coraz bliżej, to i pogoda musiała się pogorszyć. Blair nie miała nic przeciwko zimie, uwielbiała okres świąteczny i całą tą otoczkę, ale jeśli chodziło o samą pogodę, to zdecydowanie preferowała letnie klimaty. No, ale miała na głowie ważniejsze sprawy niż przejmowanie się pogodą. Co prawda zaczęła już powoli wychodzić z długu zaciągniętego u Marcusa, wiedziała jednak, że na oddaniu pieniędzy się nie skończy. To byłoby zbyt proste. Do tego dochodziła jeszcze ostatnia dziwna sytuacja z Josephem w barze i jego raną, o której wolała nie myśleć i zakrwawiony wacik, który znalazła parę dni później za klozetem w swojej własnej łazience. Nie wiedziała skąd się tam wziął i trochę ją to przerażało. Ktoś znowu był w jej mieszkaniu pod jej nieobecność?! Z nerwów przetrząsnęła całe mieszkanie, chcąc sprawdzić czy coś jej nie zginęło. Tym razem jednak wszystko było na miejscu, więc częściowo odetchnęła z ulgą. Dalej jej się to nie podobało, bo takie wtargnięcie jeszcze bardziej nie miało sensu, ale nie miała siły dalej się nad tym zastanawiać.
Piątek miała wolny, więc umówiła się na nocowanie u siostry, w Concord. Najpierw zajęła się swoimi sprawami, które miała tego dnia załatwić, a z Biancą umówiła się tak, że wpadnie do niej dopiero na wieczór. Sprawy prywatne jednak na tyle zajęły Blair, że pod wieczór biegła jak szalona z torbą zapełnioną gratami jedną z bostońskich ulic, z daleka krzycząc coś, co miało pewnie brzmieć jak "Z drogi!" Z pewnej odległości zauważyła autobus, stojący na przystanku. TEN AUTOBUS KTÓRYM MIAŁA ZARAZ JECHAĆ. Biegła jak szalona, łudząc się, że zdąży, bo był to już ostatni autobus, odjeżdżający do Concord tego dnia. Tuż przed jej dotarciem na miejsce, autobus odjechał. Blair zatrzymała się dobre pół metra przed przystankiem i zaklęła głośno. To się nazywa pech!
 
 
joseph balamonte


Joseph Balamonte

Uwikłany w rodzinne interesy prowadzi bar

a gdy nikt nie patrzy okrada ludzi


31

Wysłany: 2018-12-07, 14:29   
   Multikonta: patrz -> Caroline
   Nazywaj mnie: ancy
   Urlop: ogarniam życie, wkrótce odpiszę


Joseph głównie przemieszczał się samochodem, a jego pobyt na dworcu autobusowym nie miał nic wspólnego z próbą transportu gdziekolwiek. Samochód miał zaparkowany nieopodal dworca, na którym to miał krótkie spotkanie w sprawie mało ważnej dla zwykłego śmiertelnika (czyt. szemrane interesy). Już miał się zmywać do swojego samochodu, kiedy ktoś go trącił w pośpiechu, a głos miał bardziej niż znajomy. Skojarzył te włosy, ten głos i od razu skupił swoją uwagę na niej. Krótkie zabawne przedstawienie, tym dla niego była ta cała sytuacja. Widząc jej zakończenie - niezbyt szczęśliwe dla Blair - skierował kroki w jej stronę (sam u licha nie wiedział, dlaczego) i stojąc za jej plecami zaklaskał, by docenić jej starania. Kiedy tylko się odwróciła mogła dostrzec na jego twarzy jedynie zadowolenie. - To chyba był ostatni autobus? - zapytał, choć tylko retorycznie. Zanim jednak zdążyła mu się odgryźć, czy w jakikolwiek sposób wściec dodał. - To Twój szczęśliwy dzień, naprawdę - wbrew pozorom i całej tej sytuacji, a w ramach wyjaśnienia dodał też sprostowanie. - Akurat jadę za miasto – w jakim celu to mało ważne, a w to, dlaczego jest taki wspaniałomyślny to lepiej nie wnikać, bo jeszcze się mu odmieni. Był pewny siebie, tak się czuł. Ostatnie odwiedziny w mieszkaniu Blair rzucił w niepamięć, twierdząc, że nie zostawił po sobie nawet śladu. Dowiedział się jedynie o siostrze bliźniaczce i wyjątkowo wiedział kogo dokładnie okrada, przeważnie raczej nie zaprzątał sobie tym głowy, skupiał się na celu. Nie miał pojęcia o jakimś zakrwawionym waciku ani o tym czym zaprząta sobie głowę Walters.
_________________
Joseph Balamonte
If you were dead or still alive, I don't care, I don't care. Just go and leave this all behind, CauseI don't care.
 
 
Blair Walters


Blair Walters

nalewam drinki

staram się spłacać długi


25

Wysłany: 2018-12-12, 22:20   
   Multikonta: Emma, Danka, GABE
   Nazywaj mnie: SYLWIA


Blair nie posiadała samochodu. Owszem, potrafiła prowadzić, bo kiedyś nawet zdobyła prawo jazdy, ale wychodziła z założenia, że w wielkim mieście auto nie było jej potrzebne. Za dużo korków, za mało miejsc parkingowych, wszędzie marni kierowcy, którzy wiecznie trąbią, a do tego było drogo. Walters zdecydowanie wolała przemieszczać się komunikacją miejską. I prawdę mówiąc, rzadko zdarzało jej się spóźniać, w przeciwieństwie do ludzi, którzy byli bardziej mobilni.
Pośpiech na nic jej się zdał, bo pechowo nie zdążyła na ostatni tego wieczora autobus do Concord. Nie miała nawet czasu zastanowić się nad jakimś wyjściem awaryjnym, gdy usłyszała za plecami klaskanie i znajomy głos. Obróciła się, by ujrzeć swojego szefa. Jeszcze tego tutaj brakowało. Niech tylko zacznie się nabijać, to chyba nie wytrzyma...
- Czy dziś jest dzień dobroci dla pracowników Storyville? - spytała podejrzliwie, ale zaraz dodała: - Prowadź. O ile to miała być propozycja podwózki - a nie wyśmianie jej, że jedzie za miasto, ale jej nie podwiezie i może tylko sobie popatrzeć na tablice rejestracyjne z tyłu jego wozu jak będzie odjeżdżał... Bo z Balamonte to nigdy nie wiadomo. Niby powinna poza pracą trzymać się od niego z daleka, w końcu był bratem Marcusa i obaj byli jacyś mocno podejrzani, ale... Walters naprawdę potrzebowała tego weekendu za miastem w towarzystwie siostry, a że nie miała innej darmowej opcji, to postanowiła skorzystać z chwilowej dobroci Josepha. Oby nie pożałowała tego tak szybko, jak skorzystania z pomocy Marcusa...
 
 
joseph balamonte


Joseph Balamonte

Uwikłany w rodzinne interesy prowadzi bar

a gdy nikt nie patrzy okrada ludzi


31

Wysłany: 2019-01-06, 13:52   
   Multikonta: patrz -> Caroline
   Nazywaj mnie: ancy
   Urlop: ogarniam życie, wkrótce odpiszę


W mieście trzeba się dwa razy dobrze zastanowić nim wybierze się własny środek transportu lub komunikację miejską czy taksówkę. Wybierając opcję pierwszą często kończy się to spóźnieniem, a już w szczególności teraz kiedy warunki pogodowe potrafiły zaskoczyć, a śnieg sypał się z nieba jak opętany. Joseph jednak wybierał się za miasto, a to zupełnie coś innego. Jeżeli ma się utknąć w śnieżnej zaspie to lepiej w swoim samochodzie, yup.
Kiedy Blair się odwróciła obdarzył ją uśmiechem, odrobinę kpiącym, ale przed chwilą się z niej odrobinę nabijał więc to zupełnie normalne. - Takich pokładów dobroci to ja nie posiadam – dla wszystkich pracowników Storyville? Nie ma takiej opcji. Dla niej? Owszem, miała niebywałe szczęście w nieszczęściu. Wskazał kierunek ręką i poprowadził ją do samochodu. Nie był na tyle szarmancki by otwierać jej drzwi czy coś z tych rzeczy, to nie ta bajka. Po prostu wpakował się do samochodu, poczekał jak i ona to zrobi po czym ruszył. - Gdzie się wybierasz w taką pogodę? - autobus, wyjazd za miasto, śnieg. Dużo śniegu. To raczej zawsze wiąże się z postojami, korkami, opóźnieniami, czasami zablokowanym dojazdem. Sam nie wiedział czy to faktycznie zainteresowanie czy próba rozpoczęcia jakiejś rozmowy podczas wspólnej jazdy, ale zwyczajnie zapytał. Najwyżej utnie rozmowę, włączy muzykę i będzie jakby podróżował sam, czyli normalnie.
_________________
Joseph Balamonte
If you were dead or still alive, I don't care, I don't care. Just go and leave this all behind, CauseI don't care.
 
 
Blair Walters


Blair Walters

nalewam drinki

staram się spłacać długi


25

Wysłany: 2019-02-03, 13:58   
   Multikonta: Emma, Danka, GABE
   Nazywaj mnie: SYLWIA


Fakt, ale skoro na co dzień przemieszczanie się po mieście było łatwiejsze i bardziej komfortowe (o ile nie liczyć smrodu żulków), o czy naprawdę opłacało się kupować auto, by jeździć nim jedynie za miasto zimą? Chyba tak niezbyt. Zwłaszcza, kiedy miało się problemy z finansami, jak Blair. Może kiedyś pozwoli sobie na taki luksus, ale póki co musiała zadbać o spłatę wszystkich długów.
- Trudno. I tak skorzystam - no cóż, jak to mówią, całego świata nie uratujesz. Grunt, że pozwolił sobie na ludzki gest wobec Blair i ją podwiezie do... Gdzieś za miasto, bo gdzie dokładnie ją porzuci, nie była pewna.
- Do rodziny, do Concord - odparła, usadawiając się wygodniej na fotelu pasażera. Nie wdawała się w szczegóły kogo dokładnie odwiedzi, ani po co, bo zdawała sobie sprawę, że Josepha to nie obchodziło. Tak jak wszystko, co nie dotyczyło stricte jego. Blair przywykła i nie narzucała się ze swoimi opowieściami, myśląc, że mu się tym przypodoba, gdy pozna ją lepiej. A pewnie niektóre beznadziejne przypadki, które zatrudniały się w Storyville tak robiły. I pewnie też szybko tracili pracę za denerwowanie szefa.
- A Ty? Kto przejął stery w barze? - spytała, spoglądając na niego. Zasadniczo, uważała się za najbardziej kompetentną do tego osobą, ale akurat miała wolne, więc miała to gdzieś. Jeśli ktoś go zrujnuje, to w Bostonie było jeszcze mnóstwo barów, w których mogłaby dorobić.
 
 
joseph balamonte


Joseph Balamonte

Uwikłany w rodzinne interesy prowadzi bar

a gdy nikt nie patrzy okrada ludzi


31

Wysłany: 2019-02-06, 15:21   
   Multikonta: patrz -> Caroline
   Nazywaj mnie: ancy
   Urlop: ogarniam życie, wkrótce odpiszę


Akurat samochodu mu nie brakowało, ostatecznie więc mógł wybierać jak mu wygodniej. Jego głowy nie zaprzątały zadłużenia, a wręcz przeciwnie – forsy mu nie brakowało. Ona mogła teraz z tego małego luksusu skorzystać i zapakować się z nim do samochodu z nadziej, że jej nie zostawi w jakiejś dziurze, bo nagle jego plany się zmienią. Do rodziny dla niego to skomplikowane słowo, bo jego rodzina była specyficzna, trudna i wymagająca, a więź z nimi nierozerwalna, ale nie w ten zdrowy sposób. Wielokrotnie, kiedy był małym chłopcem zastanawiał się jak to jest dorastać w zwyczajnej rodzinie, nie wymagającej zejścia na złą stronę, posiadanie ojca nieuwikłanego w szemrane interesy, matki nie uzależnionej od złej strefy i brata, z którym nie będzie prowadził wiecznej rywalizacji. Przeszło mu, bo nauczył tłumić coś co nazywano uczuciami, ale kiedy ona wspomniała o rodzinie to odrobina tych myśli powróciła. Sam nie wiedział czy przez to, że na zdjęciach w jej mieszkaniu widział normalną rodzinę (a przynajmniej takie odniósł wrażenie) i chyba przez to całe roztargnienie wypalił. - Masz siostrę, prawda? - pamiętał zdjęcie z jej istną kopią. Teraz jedynie musiał wybrnąć, że kiedyś o niej napomknęła lub gdzieś je razem widział, a może że wpadła do baru, kiedy jej nie było. Coś z pewnością wymyśli. - O to nie muszę się martwić, to tylko bar, nie jestem niezastąpiony w prowadzeniu. Musiałbym tam siedzieć cały czas, strzeliłbym sobie w kolano otwierając go, gdyby tak miało być - może i był chorobliwie nieskromny, ale nie w tym przypadku. Nie przewidywał komplikacji jakie mogły nadarzyć się po drodze, ale gdy byli w połowie drogi trudne warunki na drodze i ich nie oszczędziły. W radiu nadawali o wypadku w kierunku Bostonu, więc powrót na daną chwilę nie będzie możliwy, ale on nigdzie nie chciał wracać. Miał co innego do załatwienia. Problem pojawił się wtedy, gdy musieli się zatrzymać w środku jakiejś dziury mieszczącej się po drodze do Concord. - Czekaj - odparł podenerwowany najwyraźniej faktem, że musieli się zatrzymać. Wyszedł z samochodu i podszedł do jakiś służb, a po chwili wrócił do samochodu podsumowując wszystko krótkim. - Kurwa – po czym wyciągnął papierosa i odpalił sobie, odkładając paczkę gdzieś na bok spoglądając i przekazując tym gestem, że jeśli chce może i ona się częstować, choć nie wyglądała na taką co pali. W końcu wyjaśnił. - Utknęliśmy tutaj – odpalając ponownie samochód stwierdził, że w korku stać nie będzie i wyjechał na drugi pas nawracając po czym skręcił na pobliski parking. - Nawet jeśli ogarną za parę godzin ten wypadek, to po drodze podobno są jeszcze dwa, a śnieżyca rośnie na sile, więc lepiej utknąć tutaj, skoro są jakieś budynki w pobliżu - można było zauważyć, że wcale mu się to nie podoba, ale próbował postąpić rozsądnie. Może w pobliżu znajdzie się jakiś motel. To lepsze niż leżakowanie w samochodzie kryjącym się pod stertą śniegu jaka ma nocą spaść.
_________________
Joseph Balamonte
If you were dead or still alive, I don't care, I don't care. Just go and leave this all behind, CauseI don't care.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Niektórym z nas słowo zima nie kojarzy się najlepiej. Ta pora roku zniechęca nas do siebie krótkimi, mroźnymi dniami i opadami śniegu, przez które martwimy się czy dojedziemy do pracy na czas. A na domiar złego w telewizji reklamy straszą nas bólem gardła, katarem i grypą. Ale czy naprawdę zimy nie da się lubić? Wróćmy pamięcią do czasu, kiedy sami byliśmy dziećmi. Pamiętacie tę radość, którą wywoływały pierwsze płatki śniegu? Pamiętacie te bitwy na śnieżki, wspólne lepienie bałwana albo ślizgawkę na szkolnym boisku? Prawda, że miło było pościągać się z przyjaciółmi na sankach? Zima jest całkiem fajna! A my, chociaż lubimy sobie czasem pomarudzić w głębi serca dobrze o tym wiemy.
Elizabeth
Chris
COVINGTON
Baker
Lexy
River
COTTERMAN
BAKER
Strona wygenerowana w 0,08 sekundy. Zapytań do SQL: 6