Poprzedni temat «» Następny temat
Brzeg
Autor Wiadomość
Blair Walters


Blair Walters

nalewam drinki

staram się spłacać długi


25

Wysłany: 2018-12-12, 21:59   
   Multikonta: Emma, Danka, GABE
   Nazywaj mnie: SYLWIA


Najgorzej, że Blair chcąc nie być ciężarem dla innych, sama nieźle się wkopała i sama musiała nosić ciężar następstw swojej głupiej decyzji. Kto wie, może pewnego dnia Bianca dowie się prawdy, ale to nie był jeszcze ten dzień. Póki co Blair dopiero kombinowała jak tu się z tego wyplątać, bo prawie uzbierała już całą kwotę, którą zapożyczyła u Marcusa. Nie miała już oczywiście złudzeń, że mężczyzna da jej spokój po tym, jak odzyska pieniądze, ale dzisiaj nie chciała się tym martwić.
- Otóż to - przytaknęła siostrze. Żarty żartami, ale na pewno nie będzie tak źle. Może i Bianca była specyficzna i trochę bałaganiła w domu, rozrzucając wszędzie swoje ciuchy, ale Blair nie sądziła, by mogła narobić takiego bałaganu, by Theo pożałował, że wpuścił ją do domu i pozwolił ze sobą zamieszkać. Nie mogło być aż tak źle.
- No to jesteśmy umówione - ucieszyła się, że będzie mogła wyrwać się na weekend za miasto. Przyda jej się odpoczynek od problemów i trochę relaksu. W przeciwieństwie do siostry, jakoś nie garnęła się do randkowania. Póki co chciała trochę wygrzebać się z własnych problemów, na randki miała jeszcze czas. - Bliżej czwartku dam jeszcze znać o której się pojawię - pewnie zależnie od autobusów, bo Blair nie posiadała auta. W mieście i tak szybciej było poruszać się komunikacją miejską, bo wszędzie korki...
- A co u Twojego wielbiciela? - poruszyła zabawnie brwiami. No bo na pewno Bianca miała w domu starców jakiegoś (niekoniecznie cichego) wielbiciela-staruszka. Totalnie tak to sobie wyobrażam.
- Ja jakoś też. Zresztą, wątpię by któreś z nas wzięło sobie na głowę przygotowanie całych świąt. Tyle sprzątania i gotowania... - nie byli taką małą rodzinką, więc i jedzenia musiało być na święta sporo. - Chłopaki chyba by się popłakali, gdyby dostali mniej jedzenia niż zwykle - rzuciła z rozbawieniem. - Najlepiej będzie podtrzymać tradycję i wbić rodzicom na chatę - zgodziła się z siostrą, a jakże.
 
 
BIANCA WALTERS


Bianca Walters

śpiewała ludziom na rejsach, a teraz

prowadzi rozgrywki bingo w domu starców


25

Wysłany: 2019-01-05, 07:11   

Były tak bardzo podobne, a jednak tak mocno się różniły. Bianka często myślałam ‘nie mogę znów ich prosić o pomoc’ (może nie chodziło o pożyczkę, ale zawsze coś się znalazło) a i tak robiła coś zupełnie innego, bo leciała do któregoś z rodzeństwa i kradła im czas swoimi opowieściami, domagając się pomocy lub pocieszenia. Co prawda długo jej nie było i na rejsach radziła sobie sama lub za pomocą videorozmowy, ale nie chodzi o to w jakim celu domagała się pomocy czy wsparcia, czy to była drobnostka czy też nie. Rzecz w tym, że ona była skora do pchania się rodzeństwu do łóżka z błagalnymi słodkimi oczami jak u kota ze Shreka i wcale nie czuła się z tym głupio. To działało też w dwie strony i w życiu nie uznałaby Blair za ciężar, gdyby tak do niej podbiła.
Theo momentami mógł żałować, że ją wpuścił, bo ubrania latały wszędzie łącznie z innymi jej rzeczami, ale to głównie wtedy, kiedy dopadł ją jakiś nastrój na sprzątanie, bo przed porządkiem rozpętywała istne piekło i nikt by go sprzątaniem nie nazwał. Często robiła przerwy na jakiś odcinek na netflixie, kawę, obiad czy plotki z przyjaciółką, więc ten generalny porządek lubił się przeciągnąć na kilka dni, ale ostatecznie doprowadzała wszystko do ładu.
- Świetnie - odparła jeszcze radośnie na umówioną wizytę, bo już brakowało jej trochę czasu z siostrą, który kiedyś spędzały zupełnie inaczej. Życie uderzyło i w jedną i w drugą, więc już nie były nierozłączne.
Zdziwiona spojrzała na Blair. - Wielbiciela? - tyle się ostatnio działo, że nie załapała od razu. W końcu napotkała gostka w mundurze w którego oczach mogłaby utonąć i Cala, przez którego pomimo dwóch dni znajomości i pocałunku (wcale nie tak znaczącego) poczuła się oszukana, gdy dowiedziała się, że ma dziewczynę, a na domiar wszystkiego jakimś cudem znalazł się w Concord i tu mieszka. Nie liczące też masy innych wpadek z randkami bardziej lub mniej w ciemno... cóż, chwilę trwało zanim zrozumiała. - Aaaaaaa, chodzi Ci o Freda? Starość mu nie służy, ma okropne zaniki pamięci, ale nie zapomina o tym, żeby nazywać mnie swoją Wilmą - roześmiała się lekko.
Przytaknęła siostrze z rozbawieniem. - Chyba nie chcieliby bym gotowała, skończyłoby się pewnie niebieską zupą Bridget Jones – bo ona w gotowaniu była totalnie lewa, bracia za to wymiatali, więc oni powinni wziąć się za świąteczne kuchenne przygotowania, a co! Kupi im fartuszki!
_________________
Bianca Walters
Thank you for the music The songs I’m singing. Thanks for all the joy They’re bringing. Who can live without it?
 
 
Leo Woodsworth


Leonardo S. Woodsworth

PILOT WOJSKOWY

locked in a cage


29

Wysłany: 2019-02-01, 01:01   
   Nazywaj mnie: Lora


Wolność, poniekąd wymuszona zaistniałą sytuacją, dawała możliwości jakich Leonard dawno nie miał. Od lat biegał utartymi szlakami, po których biegali również jego koledzy z wojska. W każdej bazie w której przebywał od dziewiętnastego roku życia musiał dostosować się do ograniczonych wygód i ograniczonej wolności.
Paradoksalnie, będąc w powietrzu przez kilka godzin czuł się wolny, jakby nie ograniczał go silnik i zawodność maszyny, którą przyszło mu danego dnia pilotować. Wkręcił się w wir pracy niemalże jak jego ojciec - tak bardzo starając się do niego nie upodobnić, pewnych cech charakteru nie mógł zmienić. W tym swojego pracoholizmu.
Może właśnie dlatego, uczucie jakiego doznawał od dłuższego czasu tak ciążyło mu na sumieniu. Cierpiał na syndrom odstawienia, w tym wypadku pracy, i pomimo wielu obowiązków jakie spadły na niego po śmierci ojca, nie mógł usiedzieć na miejscu.
Urlop miał trwać zaledwie dwa tygodnie - tyle dostał na uporządkowanie spraw, po czym miał wrócić do bazy w Bedford. Jak na razie nie widział końca, i może dlatego tak nim miotało na prawo i lewo. Odbieranie codziennych telefonów od prawników, informacje o kolejnych rzeczach którymi trzeba się zająć, po głupie odwołanie prenumeraty czasopisma "Jachty".
Bieganie oczyszczało jego umysł, pozwalało mu uporządkować dzień i objąć umysłem wszystko to, co jeszcze pozostało do zrobienia. Dlatego właśnie, bez większego namysłu wrzucił torbę do samochodu ojca i podjechał na wybrzeże. Zima nie stanowiła przeszkody, zmagał się z cięższymi warunkami i kilka stopni poniżej zera jeszcze go nie zniechęcało. Pamiętał jedynie o tym, żeby założyć ciepłą odzież.
_________________
 
 
Lyelle Paddington


Lyelle Paddington

I just wanna give out a toast

and rip off my clothes


28

Wysłany: 2019-02-03, 00:49   
   Multikonta: Arthur, Bazyl, Cal, Eileen, Jack, Lucille, River
   Nazywaj mnie: Kaczuszką!


Kilka stopni poniżej zera zdecydowanie zniechęcało Lyelle, o ile wyściubienie nosa z domu nie wiązało się ze zdobyciem alkoholu bądź trawki. Jedyne, co było dobre w tej pogodzie, to że ostudziła zapał blondynki do wybryków. Zamiast tego, od nowego roku wróciła do pracy, na swoje stare stanowisko w teatrze, po ponad dwóch latach mocno naciąganego L4 lenistwa przerwy zdrowotnej. To na pewno będzie punkt zwrotny w jej życiu! Jakby wystarczającym nie było to, że dwa lata temu najpierw została postrzelona w brzuch w trakcie halloweenowego napadu na sklep ze słodyczami, a potem naszpachlowała się w Sylwestra jak dziki knur i razem ze swoją ówczesną przyjaciółką odleciała do Nibylandii skoczyła z dachu klubu. Przeżyły tylko dlatego, bo Boston został wtedy zasypany śniegiem i miały względnie miękkie lądowanie, ale Ly i tak trochę się połamała, a jej kumpela... No cóż, Ly właściwie nie widziała jej od tej pory, ale mignęła jej gdzieś w mediach społecznościowych, więc chyba wszystko było w porządku? Trochę czasu zajęło blondynce dojście do siebie, a jej coraz głębsze popadanie w nałogi na pewno nie skróciło tego czasu, ale teraz, poza bliznami, pozostałością po tamtych głupotkach było jedynie nieznaczne utykanie. Kiedy chodziła, właściwie się tego nie dostrzegało, gorzej było, gdy zaczynała biegać, bo noga dawała jej wtedy o sobie znać, ale zazwyczaj tego nie robiła. Tego dnia miało być inaczej.
Bieganie nie było bynajmniej jej sposobem na walkę z czymkolwiek. Na sam spacer skupiła się dopiero po reprymendzie jednego z ojców na temat tego, iż ich ogród może być zbyt małym wybiegiem dla indyka i skoro Ly już przygarnęła sobie zwierzątko, to musi o nie dbać, przynajmniej dopóki nie wymyślą, co z nim dalej zrobić. Przypomina, Ly niedługo kończy trzydziestkę. Nie zapowiadało się zresztą na to. Indyk został skradziony przygarnięty przez nią w okolicach Dnia Dziękczynienie, ponieważ bardzo poważnie przyjęła do siebie akcję Zaadoptuj Indyka, a skoro do tej pory nie zniknął, to chyba już się to nie stanie. No i raczej nie zrobią z niego obiadu. Paddingtonównie nie zostało zatem nic innego, jak ciepło się ubrać, w wewnętrzną kieszeń kurtki wsadzić rozgrzewającą serce, duszę i żołądek seteczkę wódeczki, nałożyć na indyka szelki, przypiąć smycz i wyruszyć w nieznane. Czyli, konkretniej, na plażę. Indyk, zwany teraz pieszczotliwie Sardynką, zmęczy się biegając po piasku, a Ly będzie mogła wyjarać blanta w miejscu, w którym nie ma zbyt wielu ludzi, bo nie oszukujmy się, kto o tej porze roku w ogóle wychodzi na plażę. Ly z Sardynką, oczywiście.
Przypalenie blanta na smyczy nie było takie proste, kiedy indyk chodził we wszystkie strony i nie mógł się zdecydować, gdzie właściwie chce iść, więc blondynka uznała w końcu, że puści go na chwilę wolno, by sobie pobiegał, a ona zajmie się swoimi sprawami. Wstępnie Sardynka był całkiem grzeczny i nie oddalał się zanadto, a nastrój Paddington poprawiał się z każdym kolejnym zaciągnięciem się zielskiem, toteż kiedy skończyła, ledwo zauważyła, że indyk dreptał trochę dalej, niż powinien. Chciała do niego podbiec, by zapiąć go znów na smycz, ile przecież mógł biegać wolno, ale ten zamiast na nią poczekać, zaczął zwyczajnie uciekać. Prosto, przed siebie, wzdłuż plaży, a choć Ly wystrzeliła za nim, to jej tempo nie dorównywało ptakowi. Blondynka ledwo dostrzegła nadbiegającego z naprzeciwka człowieka.
- Łap go! Łap! - wydarła się, machając ręką w stronę Sardynki i nie zwalniając biegu. Człowiek z naprzeciwka, czyli oczywiście Leo, którego Ly z odległości nie rozpoznała, mógł mieć łatwiej, bo ptak biegł niemal prosto na niego. O ile tylko zechce jej pomóc. Nieważne, jak był pochłonięty własnymi myślami, Ly darła się i machała rękami, i przecież musiała zwrócić jego uwagę, prawda? Pogoń za indykiem mogła być przecież niezłą rozrywką. Na pewno w jakimś kraju robią z tego imprezę narodową.
_________________

 
 
Leo Woodsworth


Leonardo S. Woodsworth

PILOT WOJSKOWY

locked in a cage


29

Wysłany: 2019-02-03, 01:37   
   Nazywaj mnie: Lora


Bostońska plaża w środku zimy nie obfitowała w zgrabne foczki wylegujące się na piasku. W ogóle miał wrażenie że miasto jakoś opustoszało gdy tylko temperatura spadła poniżej zera - jakby mróz i trochę śniegu niwelowały resztki chęci do życia społecznego. Nie, żeby Woodsworth miał jakieś życie społeczne w tym mieście, co to to nie. Raczej ograniczał się do luźnych znajomości, większość ludzi z jego klasy/szkoły dawno temu rozjechała się po świecie, w czasach kiedy on był od niego odcięty. Nawet fauna i flora bostońskiej ziemi przymierała z zimna.
Może właśnie dlatego widok indyka zmierzającego w jego kierunku tak go zadziwił. Tym bardziej, że miał na sobie założoną uprząż, która na górze miała dwa metalowe kółeczka i wyglądała jakby można do niej było przymocować smycz.
Nim Leonardo zauważył dziewczynę biegnącą dość nieforemnie w jego kierunku, zwolnił kroku i wyciągnął słuchawki z uszu. Wtedy usłyszał dramatyczny dźwięk rozdzierający chłodne powietrze, który wydobywał się z blondynki.
Zaskoczony całą sceną nie do końca ogarnął że dziewczyna biegnąca w jego stronę goni ptaka, który był teraz tylko kilka stóp od niego. Dotarło do niego co wykrzykuje dziewczyna, i jedyne co w zaistniałej sytuacji przyszło mu do głowy to rzucić się na indyka, co też uczynił.
Woodworth dał susa w stronę uciekiniera i złapał go w ramiona niczym profesjonalny futbolista ratujący piłkę. Złapał ptaka za uprząż jedną ręką, żeby ten się nie wyślizgnął, a drugą przytrzymywał go przy ciele na tyle, na ile mógł. Indyki są zaskakująco duże i silne jak na ptactwo hodowlane, co Leo odkrył dość późno, przyciskając więźnia do ziemi. Ten nie chciał się poddać, i prawie zdzielił go po twarzy skrzydłem. Nieco zaskoczony swoim zachowaniem Woodworth siedział tak, wyrównując oddech i trzymając zdobycz w sidłach. Gdyby nie wieloletnie szkolenie w samoobronie, zapewne byłoby to o wiele trudniejsze.
- Mam go! - Krzyknął w momencie, gdy dziewczyna do nich podbiegała.
_________________
 
 
Lyelle Paddington


Lyelle Paddington

I just wanna give out a toast

and rip off my clothes


28

Wysłany: 2019-02-15, 01:19   
   Multikonta: Arthur, Bazyl, Cal, Eileen, Jack, Lucille, River
   Nazywaj mnie: Kaczuszką!


Na co komu foczki, skoro jest indyk? Aktualnie to zdecydowanie znacznie bardziej interesujące stworzenie. Oczywiście, tuż za nim ciągnęła się foczka, czy też właściwie jakaś wychudzona krewetka, czy konkretniej Lyelle, która, gdyby nie niska temperatura, bardzo chętnie pomerdałaby swoim miniaturowym cycem w bikini. Bez bikini też by mogła, ale musiałaby znaleźć do tego odpowiednie miejsce, bo już kiedyś ktoś jej wlepił mandat za zbyt ostentacyjne obnażanie się. Na pewno tak było. Dobrze, że przynajmniej była wtedy przy kasie.
Chwilę jej zajęło dobiegnięcie do Leo i Sardynki, ale kiedy dotarło do niej, że chłopak prawdopodobnie go złapie, wycisnęła z siebie ostatnie siły i jeszcze troszkę przyspieszyła. Jaranie zielska i leżenie do góry brzuchem zdecydowanie jej nie służyło, więc nie dość, że się zasapała, jak lokomotywa, to ledwo powłóczyła uszkodzoną niegdyś nogą, kiedy w końcu dotarła do Woodswortha. Od razu przypięła smycz, którą wciąż trzymała w rękach, do indyczych szelek, aby ten przypadkiem się nie wyrwał i nie pobiegł dalej, po czym walnęła się na piach i położyła na wznak. Przed chwilą zbierała ostatnie siły, a teraz wszystkie z niej uciekły. Prosta sprawa.
- Dzięki - wysapała, zerkając na chłopaka. - Możesz go już puścić. Nigdy bym go nie złapała - wywaliła język na brodę, by chwilę podyszeć tak, jak pies, ale w końcu jej oddech choć trochę zwolnił i pozwoliła sobie spojrzeć na jej zbawiciela. Zmarszczyła brwi i zmierzyła go wzrokiem od góry do dołu. Serio, Leonardo - kurdupel - Woodsworth? Oczywiście, nigdy nie nazywała go kurduplem, była, podobnie, jak on, trochę wyrzutkiem, jako sierota z bieguna północnego, którego teraz już nawet nie pamięta, ale ponieważ kupa dzieciaków tak o nim mówiła, to jakoś zostało to w jej pamięci. Prawda była taka, że gdyby nie wiedziała, to by go nie poznała, zapewne dlatego dopiero teraz to do niej dotarło. Nie była fanką pogrzebów, ale ojcowie namówili ją, by pofatygowała się razem z nimi, gdy dotarła do nich przykra wiadomość o śmierci starego Woodswortha. Lyelle po wstępnych krzywych minach ostatecznie się tam wybrała, ale kategorycznie odmówiła składania kondolencji, toteż nie miała okazji stanąć z Leo twarzą w twarz. Widziała go z daleka i tak naprawdę, przez dobrych kilka chwil musiała się domyślać, kim jest ten przystojniak. Zdawało się, jakby przez lata swojej nieobecności Leonardo powędrował do piekła i z powrotem. To znaczy, skoro był w wojsku, to zapewne dokładnie tak było, ale tego Ly nie wiedziała. Odpuściła sobie kłopotanie go. Ludzie w żałobie to nie ktoś, z kim lubiła obcować - taka z niej chujowa przyjaciółka. Jednak Karma wraca, los z niej drwi, życie się mści, a Leonardo Woodsworth stoi właśnie tuż przed nią. No nieźle.
- Zostałeś w mieście? - zapytała trochę zdziwiona, bo ostatecznie prędzej obstawiałaby, że wrócił do swojego życia. To znaczy, nie zastanawiała się specjalnie nad jego życiem i nad tym, co się z nim działo, ale gdyby już, to tak właśnie by się jej wydawało. No więc, nie spodziewała się go tutaj. A on był, jak widać. - Pamiętasz mnie? - zmrużyła jedno oko, zerkając jeszcze na niego podejrzliwie. Po prostu fascynujące, że spotykają się akurat w takich okolicznościach!
_________________

 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Niektórym z nas słowo zima nie kojarzy się najlepiej. Ta pora roku zniechęca nas do siebie krótkimi, mroźnymi dniami i opadami śniegu, przez które martwimy się czy dojedziemy do pracy na czas. A na domiar złego w telewizji reklamy straszą nas bólem gardła, katarem i grypą. Ale czy naprawdę zimy nie da się lubić? Wróćmy pamięcią do czasu, kiedy sami byliśmy dziećmi. Pamiętacie tę radość, którą wywoływały pierwsze płatki śniegu? Pamiętacie te bitwy na śnieżki, wspólne lepienie bałwana albo ślizgawkę na szkolnym boisku? Prawda, że miło było pościągać się z przyjaciółmi na sankach? Zima jest całkiem fajna! A my, chociaż lubimy sobie czasem pomarudzić w głębi serca dobrze o tym wiemy.
Elizabeth
Chris
COVINGTON
Baker
Lexy
River
COTTERMAN
BAKER
Strona wygenerowana w 0,08 sekundy. Zapytań do SQL: 6