Poprzedni temat «» Następny temat
Ulica
Autor Wiadomość
Massachusetts


Massachusetts

Wysłany: 2015-10-27, 13:16   Ulica


Mount Vernon st

 
 
Juliette Green


Juliette Green

CONCORD


30

MATKA

KOCHA BASILA

Wysłany: 2015-10-27, 13:20   
  

  
  
  
  
  

  
  
I have a dream, a song to singTo help me cope with anything



    | Po Basilu i Raymondzie – wdzianko + jakiś płaszczyk.


Nigdy nie była osobą, która przesadnie rozpamiętuje przeszłość. Jednak osoba, która powiedziałaby, że Green zapomina tkwiłaby w wielkim błędzie. Miała świetną pamięć, ale przesiąknięta swoimi optymistycznymi przekonaniami nie miała czasu na zbyt długie rozpamiętywanie, rozpacznie, a z pewnością daleko było jej do osoby żywiącej nienawiść. Mimo wszystko choć wydaje się odporna na wszelkie zło, jakby zawsze posiadała optymistyczną uwagę na skargi czy pesymistyczne docinki innych – można było ją zranić i niejedna osoba już tego dokonała. To zapewne dlatego, że zjednywała sobie ludzi dość szybko, a potem pozostawało rozżalenie gdy znikały z jej życia, które na dzieŃ dzisiejszy wygląda zupełnie inaczej niż dwa miesiące temu, pół roku, rok, a nawet dwa. Z dnia na dzieŃ pojechała na wycieczkę autostopem, tak po prostu rzuciła sobie pracę menedżerki by zacząć pracę jako stewardessa, żyła w ciągłym biegu. Czy miała jakiś powód do tego? Może taka po prostu była, że gdy nie wiedziała czego chce próbowała wszystkiego. Jeszcze dwa miesiące temu intensywnie zwiedzała pobliskie bary, knajpy i dyskoteki korzystając z wolnego jakie jej pozostało. Teraz, odkąd otrzymała nową pracę niezmiernie ciężko się na nią napatoczyć gdyż większość swojego czasu spędza w powietrzu życząc wszystkim miłego lotu. Mimo wszystko gdy była w mieście zawsze znalazła chwilę na wyjście i dziś nie mogło być inaczej.
O dziwo Julka nie gustowała tylko w pijackich imprezach czy zwykłym kinie. Czasami zdarzało się jej wyskoczyć do teatru o ile miała ku temu dobre towarzystwo. O ile w kinie może siedzieć sama i zażerać się popcornem, to w teatrze jakoś niespecjalnie czuje się dobrze w pojedynkę. Dziś nie była sama, a spektakl należał do udanych. Towarzysz wieczoru wdał się w dyskusję z znajomymi spotkanymi przy wyjściu z widowni, a Julka? Oczywiście wykorzystała okazję na zaczerpnięcie powietrza. Wyszła na ulicę i pierwszy raz od wieków po otwarciu torebki nie zanurkowała w niej na kilka minut w poszukiwaniu zapalniczki. Niewielka kopertówka mieściła w sobie tak niewiele, że bez trudu znalazła paczkę papierosów i zapalniczkę. Chwilę później już zaciągała się dymem tytoniowym rozglądając się po okolicy.
Słysząc zbliżające się kroki jakiegoś przechodnia odruchowo odwróciła się w jego kierunku i stanęła jakby co najmniej wrosła w ten chodnik, ręka w której dzierżyła papierosa zastygła w połowie drogi do ust, a oczy rozszerzyły się z zaskoczenia. Ostatnią osobą jakiej by się spodziewała przed teatrem… Poprawka, ostatnią osobą jakiej spodziewałaby się w Bostonie… Nie, chwila. Ona w ogóle nie spodziewała się JEGO w mieście. – Ooo – tak, tą gadułę było stać na tyle w tej chwili. Odruchowo przysunęła papierosa do ust zaciągając się pospiesznie jakby chciała spalić raz dwa i zniknąć powierzchni ziemi, ale czemu miałaby uciekać skoro a) nic złego nie zrobiła, b) to on jest w tym mistrzem? Dlatego stała tak targana milionem emocji.
 
 
Sean Hightower
[Usunięty]

Wysłany: 2015-10-27, 19:22   

/Po Darcy

To było ich dwoje, powiedzmy. Chociaż Sean miał tendencję do wycinania niektórych fragmentów ze swojej pamięci, żeby specjalnie się nie przemęczać. Zwłaszcza, że to co było najbardziej przykre, lubiło wracać najczęściej. Mimo to, był pełen swoistego masochizmu, biorąc pod uwagę jego ostatnie wycieczki. Głównie odwiedzał stare, znane miejsca. Całkiem miłe było to, że kiedy ostatnim razem przemierzał Boston, nie mógł dotrzeć niemal nigdzie. Teraz, wyzwolony z gipsu, bez kul, poruszał się gdzie mu się żywnie podobało, ze słuchawkami w uszach. Na sztuki w teatrze jeszcze przyjdzie pora, rzadko przychodził z kimś. Mało kto wiedział o jego namiętności związanej z operami i teatrem - dbał o to. Wątpił, by którykolwiek z jego bliższych przyjaciół zdawał sobie z tego sprawę. Rzadko też zabierał tam dziewczyny. Zazwyczaj nie doceniały takiej możliwości.
I jeśli Green potrafiła rzucić, zawód, to Sean potrafił porzucić całe życie - od wygodnego mieszkanka, z dwiema uroczymi współlokatorkami, poprzez kumpli, na dziwnym związku koŃcząc. Nie mówiąc o tym, że odszedł z zespołu, prawda? Ale to już nie jego wina, to zasługa Julka. I tego, że Hightower zwyczajnie stchórzył, ale to zdarza się najlepszym, zwłaszcza tak wolnym duchom jak on.
Może dlatego, jak raz, w tej okolicy nie przechadzał się w koszuli, w towarzystwie ładnej, stylowo ubranej kobiety czy sam, w prostym, dopasowanym garniturze. I tak nikt by nie uwierzył, że to on, widząc go w takim stroju. Teraz szedł jak zwykle, w wygodnych butach, skórzanej kurtce, jakiejś koszulce i jeansach. Nie przejmował się niczym. W uszach słuchawki, z odpalonym Spotify. Odkrył, dziwne, że dopiero teraz, jaką przyjemność sprawiało mu słuchanie utworów trybie radio. Może dlatego uśmiechał się lekko, całkiem zadowolony z siebie, nie myśląc o otaczającym go świecie. Problem ukradzionego dawno temu portfela rozpłynął się jakoś, więc Sean przestał się tym przejmować. I pewnie, jego wieczór byłby równie beztroski, jak chwila sekund temu, gdyby nie to, że zobaczył wpatrującą się w niego dziewczynę, którą wryło na jego widok w ziemię. Normalnie by się nie zdziwił, może dlatego, jego pierwszym odruchem był szerszy uśmiech, odsłaniający zęby. Chwilę później jednak zobaczył kto to, jego twarz stężała. Nie żeby zamierzał uciekać, w koŃcu był dorosłym facetem. Z drugiej strony oberwać po twarzy też mu się nie uśmiechało. Więc... Uśmiechnął się firmowo, szeroko, nie odrywając od Green czujnego spojrzenia, podszedł do niej szybkim krokiem.
- Green! Long time no see, love! - W pierwszej chwili nawet chciał ją przytulić, żeby, w miarę możliwości, ochronić twarz. Zamiast tego, wyciągnął w jej stronę rękę. Tak, tak było względnie bezpiecznie.
Prawda?
 
 
Juliette Green


Juliette Green

CONCORD


30

MATKA

KOCHA BASILA

Wysłany: 2015-10-31, 15:50   
  

  
  
  
  
  

  
  
I have a dream, a song to singTo help me cope with anything


To był naprawdę uroczy wieczór. Przyjemny chłód po wyjściu z udanego przedstawienia, na którym nie brakowało jej zabawnego towarzysza. Jest jedno – ALE – był uroczy, już nie jest. Wszystko to legło w gruzach gdy dostrzegła na ulicach miasta znajomą twarz, która choć starała się zapomnieć – nie była w stanie. Ciepło rozlało się po jej policzkach, rozgrzały się do czerwoności. Poczuła niemiły skręt w brzuchu, a przez jej twarz przemknął nieznaczny grymas nim zrozumiała co właśnie się dzieje. W pierwszym memencie jego słowa nie dotarły do niej, stała taka otępiała jakby co najmniej zobaczyła ducha, a nie faceta, którego nie tak dawno darzyła nie małym uczuciem. Wyciągnięta ręka w jej stronę dopiero zburzyła jakąś przeciwdźwiękową barierę, a ją wryło jeszcze bardziej w ziemię, o ile to tylko możliwe. Zaciągnęła się papierosem nie trudząc się w podaniu mu ręki, bo chyba była w zbyt wielkim szoku. Dopiero po chwili uodporniła się na jego czarujące zachowanie i uśmiech, wyduszając przy tym z siebie pełne zdziwienia – Dawno? – bo tak, była bardzo zdziwiona jego beztroskim zachowaniem. – To czemu zachowujesz się tak jakbyśmy widzieli się dopiero wczoraj? – zapytała bez żadnego poirytowania, czy złości. Nie, nie! Juliette brzmiała… obojętnie (?) jakby jego widok nagle nie robił wrażenia, jakby nagle jego słowa nie trafiały do niej mocno i boleśnie, jakby nigdy nic. – Pewnie twoja poczucie czasu też stchórzyło – kładąc mocniejszy nacisk na też, bo dla niej był po prostu facetem, który nie podbił jej serca po długim czasie tylko zwyczajnie stchórzył.
To wszystko co właśnie miało miejsce to była jedna wielka maska obojętności, bo w głębi siebie była po prostu tą samą Julką co kiedyś – podatną na zranienia. Przesadnie optymistyczną, a co za tym idzie przesadnie kruchą. Mimo wszystko świetną aktorką. Stała i nagle chłód wieczoru gdzieś zniknął, czuła potworne ciepło, które sprawiało, że miała ochotę wykrzyczeć cokolwiek lub zapaść się pod ziemię, rzucić czymś lub zwyczajnie uciec jak najdalej stad. Nie mogła, bo ona nie ucieka. Skoro tak dobrze jej szło kilka sekund wcześniej to i teraz postanowiła wydusić z siebie kilka obojętnych słów. – Co tutaj robisz? – bardziej na zasadzie: po co do jasnej cholery wrócił, a nie co właściwie robi na chodniku przed teatrem.
 
 
Sean Hightower
[Usunięty]

Wysłany: 2015-11-02, 16:50   

Jego wieczór wciąż był udany. Zamierzał wyjść z tego z twarzą, tak już po prostu miał. Nie byłby sobą, gdyby teraz uciekł. W koŃcu, trochę dorósł w ciągu tego roku, prawda? Zajmował się swoim życiem, dbał o wszystko sam - dorosłość! Nie była dla niego, ale szło mu całkiem dobrze. Zamierzał na jej chłód reagować swoim ciepłem i urokiem, ile by go to nie miało kosztować. Skoro ona zamierzała go zbyć obojętnością...
Która go ubodła, swoją drogą. Nie tego się spodziewał. Spodziewał się gniewu, chociaż irytacji, a nie ledwo wyduszonych słów, które nie były nacechowane niczym. To nie było to, czego oczekiwał, o ile oczekiwał czegokolwiek w ogóle. Nigdy nie radził sobie z tym dobrze, może dlatego grymas przemknął po jego twarzy, zastąpiony zaraz uśmiechem, trochę mniej szerokim. I nie podała mu ręki. Może dlatego, w odruchu, sięgnął po paczkę papierosów, z pozornym spokojem odpalając jednego. Zawiesił sobie słuchawki na szyi. Nie wiedział, co teraz czuł, nigdy nie był dobry w określaniu tych babskich emocji, które mogły nim targać. Może pomieszanie radości z dziwnym niepokojem. W koŃcu, nie powinien był się tak zachowywać, doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Mimo to... Odchrząknął, nie odrywając od niej spojrzenia.
- Najwyżej miesiąc temu - sprostował, nie przestając się zbyt szeroko uśmiechać. Naprawdę, byłoby lepiej gdyby chociaż na niego nakrzyczała. Przytyk dotyczący tchórzostwa zignorował. On nie stchórzył... on był impulsywny. On nie potrzebował całego bałaganu, który go otaczał, potrzebował się wtedy wyciszyć. A ona była... no cóż, każda przeprowadzona akcja nie może obejść się bez ofiar, prawda? Nawet jeśli to było niesprawiedliwe. Tylko gdyby zaczął teraz przepraszać, byłoby jeszcze gorzej, prawda? Zaciągnął się głęboko.
- Wróciłem... John nalegał - mruknął trochę bezpłciowo - zespół chyba potrzebuje mojej pomocy. Znaczy, Potter - znowu odchrząknął. Była chyba pierwszą osobą, której to powiedział.
- Miło cię widzieć Green - to akurat zabrzmiało szczerze, chociaż mówił cicho. Nie sądził, że takie spotkanie może być trudne, szczerze powiedziawszy. Przynajmniej nie aż tak.
 
 
Juliette Green


Juliette Green

CONCORD


30

MATKA

KOCHA BASILA

Wysłany: 2015-11-05, 20:57   
  

  
  
  
  
  

  
  
I have a dream, a song to singTo help me cope with anything


Nie była obojętna, ale powściągliwa w obecnej sytuacji. Zachowała spokój, zważała na to co mówi i daleko jej było do wybuchu. Mimo wszystko nie miała pojęcia jak długo wytrzyma w taki sposób. To był w koŃcu Sean, a ten jego urok i ciepło jakim emanował w takiej sytuacji tylko zwiększały irytację jaką poczuła, gdy go zobaczyła. Mogła wybuchnąć i wykrzyczeć na całą ulicę jak bardzo ją zranił, czy jak bardzo stchórzył, że jest tylko uciekającym przed zobowiązaniami dupkiem, ale po co skoro to nic by nie zmieniło? Tak długo go stopowała, tak długo się przyjaźnili, ale domagał się więcej, a gdy już odważyła się mu to dać zwyczajnie zniknął. To nie było w porządku, przecież nie była pierwszą lepszą dziewczyną, chociaż teraz nie była już tego taka pewna.
Szeroki uśmiech i beztroski ton sprawił, że zaciągnęła się mocno papierosem i dopiero po chwili stwierdziła. – Miesiąc? To gdzie Twoje kule i jak się ma Twoja noga? Ostatnim razem nie byłeś w najlepszej formie – stwierdziła zupełnie nie rozumiejąc po co wdaje się w dyskusję. Chciała, zwyczajnie tego chciała, a równie mocno miała ochotę zasadzić mu kopa z tyłek. Pamiętała pewnie nie tylko o jego tamtejszych problemach zdrowotnych. Gdyby dobrze się wysiliła pewnie pamiętałaby jak był ubrany i w która stronę układały się mu włosy. Niejednokrotnie wracała pamięcią do ich ostatnich spotkaŃ po tym jak przepadł bez słowa. Ostatecznie stała miejscu popalając papierosa, emanując obojętnością, która była jednym wielkim kłamstwem.
Spojrzała mu prosto w oczy słuchając odpowiedzi na jej pytanie, a brew lekko jej drgnęła. – Potter? Ten z problemami z alkoholem jeśli dobrze pamiętam, tak? – wzruszyła lekko ramionami i spojrzała za siebie. Wkrótce spali całego papierosa, a towarzystwo nie wychodziło.
Naprawdę sobie świetnie radziła z tym całym opanowaniem i sztuczną obojętnością. Gdyby to dalej ciągnęła to pewnie by go nieźle zdziwiła, ale nie. Była tylko zwykłą Julką, która kruszyła się pod zbyt wieloma uczuciami, a takie właśnie ją uderzyły po krótkim: miło Cię widzieć Green. Warga lekko jej zadrżała, wiec zacisnęła mocniej usta i przełknęła lekko ślinę. – Miło? – zapytała dopiero po chwili, gdyż musiała się postarać, by nie zabrzmieć jak rozdygotana czy bliska płaczu dziewucha. – Tylko na tyle Cię stać po tym wszystkim? – tu już jej poszło trochę gorzej. Pokiwała jednak głową z lekką dezaprobatą, gasząc przy tym papierosa i już na niego nie spojrzała.
 
 
Sean Hightower
[Usunięty]

Wysłany: 2015-11-14, 02:45   

//Lol, czuję się jak najgorszy frajer bo mi znikł ten wątek z radaru oO

Dla biednego Szona to jedno i to samo. Nie był przyzwyczajony do spokojnych kobiet. Jeszcze mniej swobodnie czuł się w towarzystwie kobiet, które tak na niego reagowały, gdy on znikał z ich życia na blisko rok. Po prostu mu się to nie zgadzało. Pewnie by się nawet poczuł lepiej, gdyby dostał w twarz. Ba! Pewnie byłby spokojniejszy, gdyby zrobiła mu scenę na środku ulicy. A tak... trochę go wmurowało. No bo co miał robić? Przepraszać? Próbować ją zbyć? Łagodzić? Nie było czego łagodzić, bo była chłodna i odległa. Ściągnął brwi w wyraźnej konsternacji.
- To był żart, love... nieudany, ale żart - mruknął tylko, spoglądając na nią bardzo niepewnie. Czuł, jak grunt ucieka mu spod nóg, dosłownie. Po pierwsze, w ogóle nie planował tego spotkania, a po drugie, nawet jeśli...to nie tak. Wyciągnął z kieszeni kurtki papierosy, odpalając pospiesznie. Zaciągnął się głęboko, przymknął na chwilę oczy rozkoszując się dymem. Chociaż na chwilkę mógł zniknąć, ponieważ miał ochotę zapaść się pod ziemię. Mimo wszystko, starał się utrzymywać jak najszerszy uśmiech. To, że ten trochę osłabł, a jasne tęczówki odrobinę pociemniały jeszcze o niczym nie świadczyło.
Skinął leniwie głową.
- Jeszcze narkotyki. I dziwki, jak go znam - mruknął. Ramiona mu nieznacznie opadły. A dziwki, to dlatego, że przecież nie wiedział o tym, że Julek się związał. Gdyby wiedział, to by mu powiedział co sądził o tak pochopnych i nieprzemyślanych decyzjach jak małżeŃstwo. Odchrząknął znowu, widząc niewielką zmianę na jej twarzy. Ponownie się zaciągnął, potarł skronie.
- Stać mnie na więcej, love. Tylko od tego chyba najlepiej zacząć... i to było szczere. Naprawdę dobrze cię widzieć. - ściszył ton, patrząc na nią nieśmiało. Czuł się jak licealista albo gorzej. Jak tu wyjść z tego z twarzą - Ja... tęskniłem, Juliette
Nie był do koŃca przekonany czy właśnie nie skłamał jej prosto w twarz. Było nie było, faktycznie skłamał, a nieznośny ucisk żołądka mógł być tylko reakcją lękową, ale z drugiej strony...przecież o niej myślał, prawda? Przecież pamiętał każdy szczegół. To chyba tęsknota?
 
 
Juliette Green


Juliette Green

CONCORD


30

MATKA

KOCHA BASILA

Wysłany: 2015-11-14, 17:17   
  

  
  
  
  
  

  
  
I have a dream, a song to singTo help me cope with anything


Co miała zrobić? Rozwyć się na środku chodnika? Wykrzyczeć mu co czuje kiedy sama nie wiedziała co tak naprawdę w niej siedzi? W zasadzie choć irytacja w głębi niej rosła na sile nie potrafiła zebrać słów czy podnieść tonu swojego głosu na niego. Pierwszy raz chyba po prostu chciała być wredna, bo zdawała sobie sprawę, że był gotowy na wybuchową reakcję, a nie na coś takiego. Może działała instynktownie i chciała zrobić mu na złość, wzbudzić w nim wyrzuty sumienia, czy po prostu zbić go z tropu… a może była tylko tą Julką sprzed roku, która nie potrafiła na niego nakrzyczeć czy śmiertelnie się obrazić. Może.
– Przyznam, że humor to Ci zawsze dopisywał, nawet w parszywej sytuacji. Przykładowo przy naszym ostatnim spotkaniu kiedy mówiłeś… choć to za wiele powiedziane, o swoich uczuciach co do mnie… też Ci humoru nie brakowało, oj… ale wtedy żart Ci się udał w stu procentach, bo ja głupia w to uwierzyłam – powiedziała i choć głos zadrżał gdzieś przy tym wszystkim minimalnie to nie doczekał się swojego krzyku i wybuchu. Napawała się teraz całą tą niepewnością jaka nad nim panowała, nawet kąciki jej ust lekko drgnęły ku górze i kiedy dostrzegła jak zamyka oczy próbując się skryć przed światem uśmiechnęła się kpiąco, kiwając głową z dezaprobatą.
– Doprawdy, interesujące towarzystwo – i było jej szkoda, że chłopak który miał niezłą karierę, fajnych kumpli i świetny zespół, którego czasami słuchała, tak się sponiewierał. Ludzie marnowali życie na potęgę, ale to ich sprawa.
Tutaj nie ma najlepszego wyjścia na zaczęcie po tym jak zniknąłeś bez słowa – ostudziła jego zamiary. I choć przez dłuższą chwilę myślała nad jego ostatnimi słowami pokiwała lekko głową jakby nigdy nic i uśmiechnęła się delikatnie przerywając milczenie. – Ej, Szon – zabrzmiało to dziwnie ciepło, zagadnęła jakby nigdy nic, przybierając jednocześnie ton jakby chciała go uspokoić. – Nie przejmowałeś się gdy wyjeżdżałeś, że mnie zranisz to teraz naprawdę nie musisz wysilać się na jakieś kłamstwa – bo nawet jeśli bardzo chciała w to uwierzyć, że tęsknił… nie wierzyła. - Możesz sobie odpuścić...
 
 
Sean Hightower
[Usunięty]

Wysłany: 2015-11-17, 14:44   

Wtedy też by nie wiedział jak się zachować, ale byłoby naturalniej. Czuł by się pewniej. Nie wiedział czy robi to ze zwykłej złośliwości czy też nie wie jak się zachować. Ale ona była kobietą! One zawsze wiedziały jak się zachować, więc musiała być po prostu złośliwą małpą. Ale zasłużył, chyba. Pokręcił delikatnie głową, a jego ramiona opadły jeszcze niżej.
- To nie był żart, Green. Potrzebowałem...- no właśnie, czego? Oddechu, przerwy, ucieczki? Zmiany środowiska? Żadna odpowiedzieć na poprawiała jego sytuacji - musiałem wtedy wyjechać. Musiałem zniknąć, to było po prostu konieczne. Samolubne z mojej strony, egoistyczne, ale konieczne. Nie oczekuję wybaczenia, tylko chciałbym, żebyś wiedziała - zamilkł. Nie wiedział jak wytłumaczyć, że nie chciał jej obciążać swoimi zmartwieniami, że nie wiedział jak to wszystko się potoczy, że nigdy nie był dobry w relacjach, które miałyby się jakkolwiek utrzymać. Po prostu mu to nie wychodziło, niestety. Wtedy stchórzył, ale czy teraz zachowałby się tak samo? Trudno powiedzieć. Wątpił, żeby kiedykolwiek mu wybaczyła, bo takich rzeczy raczej się nie wybacza.
- To nie tak... wszystko nie tak - mruknął cicho, znowu się zaciągając. Gdzie ten jego urok, jego charakter, który mógł zwalać z nóg? Gdzie to wszystko, skoro właśnie w tej sekundzie potrzebował swoich nadzwyczajnych zdolności.
- To nie kłamstwo. I nie chciałem cię zranić... - myślał przecież wtedy o niej, chciał jej powiedzieć, chciał ją przestrzec. Może, nawet przez krótką chwilę, chciał ją zabrać ze sobą, mimo że znaczyłoby to znacznie więcej niż planował.
- Wtedy... spanikowałem. Jak małolat. Dostałem wszystko, czego chciałem, mogło się ułożyć. Tylko Julek się wtedy sypał. I ten wypadek. I wszyscy zaczęli znikać... - ale ona wciąż dla niego tam mogła być. W dobrym tonie byłoby przynajmniej się pożegnać. Dlaczego tego nie zrobił? Dlaczego tak bardzo chciał być niewykrywalny?
- Zachowałem się wtedy jak skoŃczony kretyn. Przepraszam, love. Chociaż teraz to i tak nic nie zmienia - jego ton naprawdę był szczery i bardzo skruszony.
 
 
Juliette Green


Juliette Green

CONCORD


30

MATKA

KOCHA BASILA

Wysłany: 2015-11-18, 00:44   
  

  
  
  
  
  

  
  
I have a dream, a song to singTo help me cope with anything


Nie zawsze. W pierwszym momencie chciała uciec, w drugim przywalić mu z całej siły, w trzecim chciała być po prostu wredna, a teraz stała patrząc na niego i szczerze nie miała bladego pojęcia jak się zachować. Słyszała co mówi, chciała w to uwierzyć bo był dla niej tym samym Szonem co niegdyś, ale chyba nie potrafiła. Wyłapywała jego wytłumaczenia, próby wyjaśnienia i kiedy chciała je przyjąć, zaakceptować, wybaczyć… coś wewnątrz niej mieliło to wszystko w drobny mak, irytacja wzrastała. Cichutko. Powoli.
Widziała jak robi się coraz mniejszy, jak chowa się, jak kuli w sobie. Mimo wszystko nie dało jej to radości, było jej tylko gorzej. Nie lubiła takich rzeczy, takich akcji. Negatywne emocje, przeżycia, zranienia i te pełne bzdur próby wytłumaczenia się. Nie trawiła tego, dosłownie. Przez moment ją nawet zemdliło tak, że papieros nie smakował już tak samo.
– Czego? – zapytała, tego nie uniknie. – Ja wiem jedno. Nie potrzebowałeś mnie – a przez to, mało ją obchodziło czego on potrzebował. Dobra, gówno prawda. Obchodziło ją, chciała wiedzieć i teraz naprawdę walczyła z samą sobą, aby tej ciekawości nie ukazać. – To tylko jakieś półsłówka Sean – pokiwała lekko głową. – Nie dajesz żadnych argumentów, konkretów, nic. Ja potrzebowałam Ciebie, ale zniknąłeś i co? I nic. Nic nie wiem – zero konkretów, a to drażniło jeszcze bardziej. Sama gubiła się w swoim życiu. Wir imprez, nieodpowiednich mężczyzn, a wcześniej zerwanie z mężczyzną, który de facto praktycznie ją rozjechał na parkingu i gdy już weszła jedną nogą w coś nieprzewidywalnego, ale zarazem coś, co dawało jej masę szczęścia… posypało się, bo wyjechał. Ona tylko chciała być dla niego skoro stanął przed nią i wyznał co czuje, a zwyczajnie zagrał na jej uczuciach.
– A jak? – i dalej ten spokojny głosik, do przesady wyrozumiały. Nawet posiliła się na lekki uśmiech. Bawiło ją o ironio to co właśnie się z nim działo. Był taki minimalny, bezradny. Jutro będzie rzygała wyrzutami sumienia, że była wredna. Taka z niej istota. Dziwna. Może zbyt przejmująca się wszystkim?
Nawet jeśli to… to zrobiłeś. Mama niejednokrotnie mi powtarzała, że „nie chcieć” a „zrobić” dzieli odległa galaktyka – wzruszyła obojętnie ramionami. Co ona wtedy miała? Właściwie nic. Była zdolna spakować się i lecieć za nim, ale nie jako ta odrzucona.
Na jego kolejne słowa milczała i dopiero po chwili już z łzami w oczach stwierdziła. – Nie, nie, nie – pokiwała przecząco głową. – Nie wszyscy. Ja byłam i nigdzie się nie wybierałam. Zastanów się ile zniknięć tych wszystkich osób, było z Twojej winy – może zwyczajnie nie potrafił żyć bez jakiejś dramy.
Na jego przeprosiny w zasadzie nie wiedziała co zrobić. Wiedziała, że był szczery. Przecierpiała swoje już wcześniej i drugi raz przerabiać tego nie chciała. – Nie zamierzam Cię tutaj przeklinać na wieczne czasy, ani też odwrócić się i olać to co powiedziałeś, by za rok Cię spotkać i stwierdzić, ze wtedy to ci wybaczyłam, ale zapomniałam powiedzieć – wciąż była gadułą, nie można o tym zapominać iii wciąż była przesadnie wyrozumiała, oraz tłumaczyła z wszelkich sił bliskie jej osoby. Chyba gdzieś po części był jej dalej bliski i starała się go tłumaczyć przed samą sobą. – Znałam Cię, powinnam wiedzieć, że możesz tak zrobisz – miała nawet na koŃcu języka, ze jeśli nie ucieczka to zdrada. O tyle o ile ucieczkę była skłonna wybaczyć, to zdrady już nie – ale co było nie wróci – wiec tak, niech będzie, ze przyjęła przeprosiny.
 
 
Sean Hightower
[Usunięty]

Wysłany: 2015-11-18, 22:46   

Typowa baba. Facet próbuje wyjaśnić, że wcale nie wyszedł tylko po mleko, tylko naprawdę musiał zająć się czymś poważnym. Wielkie mecyje. A może jego ojciec umierał? A może potrzebował pomocy? A może Sean po prostu nie chciał się z nikim dzielić? Ojciec nie umierał, ale pomoc dobrze mu zrobiła. To Hightower na tamten moment rozpaczliwie potrzebował pomocy i odcięcia się od wszystkiego, co osiągnął albo co go przytłaczało. Nie wiedział jak jej wyjaśnić, bo tu nie było zbyt dużo miejsca do tłumaczenia. Chyba, że coś wymyśli, a to byłoby nie na miejscu, biorąc pod uwagę ich przeszłość. Z drugiej jednak strony...
- Wiem, że mnie potrzebowałaś. Teraz wiem - Odetchnął cicho, podniósł na nią niepewny wzrok. To były półsłówka, bo Sean Hightower rzadko mówił o swoich błędach.
- Bałem się - zaczął cicho, dzielnie jednak utrzymując na niej wzrok. Odpalił kolejnego papierosa. - Bałem się tego, co udało mi się osiągnąć. Bałem się tego, że spieprzę nas, tego, że szukałem pracy, tego, że mieszkałem w wynajętym, tycim mieszkaniu, tego, że całe moje życie się zmieniało. Stawałem się innym człowiekiem, chyba trochę dzięki tobie. To duża odpowiedzialność... Bałem się też tego, że wszyscy będą widzieli mnie jako tę skoŃczoną sierotę, która nie potrafiła ogarnąć swojego życia. Bałem się, że wszyscy mnie wtedy odtrącą, a nie potrafię być sam, nie potrafię być też ciągle oceniany - z każdym słowem mówił coraz ciszej, ale nie odrywał od niej spojrzenia. - Ojciec do mnie wtedy zadzwonił... miałem okazję zmienić wszystko. Chciałem cię zabrać - uśmiechnął się słabo. Mieliby ładne mieszkanie, pewnie by jej się spodobało. Byliby jedną z tych przezabawnych par, które powoli wiążą koniec z koŃcem i jakoś to wszystko trzyma się kupy. Może nawet byliby szczęśliwi. Ale to wszystko było w sferze rzeczy nieosiągalnych, zwłaszcza teraz.
- Nieważne co teraz powiem, to i tak nie zmieni tego, co myślisz o mnie, prawda? W sumie, zasłużyłem na to. W zasadzie zachowałem się mniej więcej jak moja matka, ale ja nie spieprzyłem do innej kobiety... to dość żałosne - widząc łzy w oczach, chciał ją chociaż przytulić, a nie mógł. Odepchnęłaby go i zupełnie słusznie. Naprawdę w pewien dziwny, pokręcony sposób była mu teraz bliska. Może przez to, jak bardzo czuł się winny? Przełknął ślinę. Nie sądził, żeby znowu go przyjęła, nie było to dla niego zaskoczeniem. Dlaczego miałoby być?
- Dziękuję za tyle, love - stwierdził cicho. Nie wiedział, co miałby jeszcze jej powiedzieć. Zapytać co u niej? Nie, to nieodpowiednie.
- Jeśli mi kiedyś pozwolisz... chciałbym cię zabrać na kawę. Albo gdziekolwiek. Ale zrozumiem, jeśli odmówisz. I tak dostałem więcej niż zasłużyłem - cóż, kajanie wydawało się jedyną, słuszną opcją.
 
 
Juliette Green


Juliette Green

CONCORD


30

MATKA

KOCHA BASILA

Wysłany: 2015-11-23, 23:14   
  

  
  
  
  
  

  
  
I have a dream, a song to singTo help me cope with anything


Typowa, a jednak wśród tych wszystkich bab jakie napotykał na drodze wyznał właśnie tej takie, a nie inne uczucia. A może się myliła? Nieważne… Za wszelką cenę chciała jakiś logicznych argumentów, bo nie trawiła jego półsłówek z każdą minutą coraz bardziej i czuła, że jeśli dalej będzie starał się w taki sposób wybrnąć z sytuacji ona odwróci się i pójdzie. Dziwne, bo tego nie chciała. Coś trzymało jam w tym jednym miejscu, z papierosem w ręku, a przecież mogła wrócić do swojego towarzysza wieczoru.
Kiedy podniósł na nią wzrok, spojrzała na niego. Brew lekko drgnęła i stała tak. Teraz to było oczywiste, teraz mu sama powiedziała. Stała spoglądając na niego z zachętą do kontynuowania, choć może to bardziej przypominało ponaglenie.
Hightower bał się… nie umknęło jej uwadze to wyznanie, nie posiliła się jednak na złośliwą uwagę. To dalej była tylko Julka, jej do złośliwości było daleko. – Dobrze, że dzięki mnie, a nie przeze mniestwierdziła i westchnęła lekko. Jakkolwiek by tego nie nazwała cisnęło się jej na ustach tchórzostwo, a zarazem teraz mówiąc jej o tym wszystko eliminował to stwierdzenie. Nie miała pojęcia co mu powiedzieć, tylko stała tak i patrzyła jakby zaklęta jego głupim urokiem jaki posiadał. Dalej go miał. – Nie zostałbyś odtrącony, nie zostałbyś sam – choć teraz się mówi łatwo to nawet w to nie wątpiła. Tylko pytanie, czy ona jedna by mu wystarczyła? Słysząc o jego ojcu, a co gorsza słysząc o zabraniu jej. – Nie, proszę Sean. Nie – zaprzeczyła cicho kiwając przy tym głową i wbijając wzrok w jego uśmiech. Ile razy się głowiła czemu jej nie wziął? Ile razy zadawała sobie to durne pytanie. Zawsze odpowiadała sobie, że może nie mógł, a może nie chciał. Przymknęła na chwilę oczy, przełknęła ślinę i odetchnęła. To zawsze trochę pomagało, kiedy w gardle rosła jakaś gula cholerawieczego, goryczy?
Sama nie wiem co teraz o Tobie myśleć… ale prawda – westchnęła lekko, gówno prawda. Tak samo jak z pierwszym… to był Sean, on potrafił powiedzieć coś w taki sposób, ze było przez nią akceptowalne. Nie wiadomo czy to zasługa jego osoby, czy jej słabości do niego. Nie miał jednak mocy, która zatrzymałaby cisnące się do oczu łzy.
Nie dziękuj. Cieszę się, że jesteś cały i zdrowy – bo szczerze w pierwszych chwilach naprawdę brutalnie tłumaczyła sobie jego zniknięcie. – Juliette! – Podniosła spojrzenie na wołającego mężczyznę. – Powinnam już iść… – zamyśliła się na dłużej i dopiero po tej dłuższej chwili przytaknęła z trudem, bo nie miała pewności czy dobrze robi – a jeśli chodzi o kawę… może kiedyś – skinęła lekko głową. – Większość czasu jednak spędzam w powietrzu, wiec jeśli uda Ci się ustrzelić dzieŃ kiedy będę w Bostonie i będę wolna… – przytaknęła, minimalnie się uśmiechnęła, choć oczy dalej miała zaszklone i cofnęła się o krok. – Do zobaczenia… kiedyś tam – bo kto wie czy znowu go nie wywieje gdzieś na rok. Kto wie, czy nie powiedział tego z jakieś poczucia obowiązku? Kto wie…
Potem odeszła, dołączając do mężczyzny, który po wyjściu z teatru wołał jej imię. Najwyraźniej dobrze się bawili, bo od razu wdała się w jakąś rozmowę i nawet śmiała się jakby nigdy nic. Szkoda, że to była taka dobra mina do złej gry, a Szon pozostawił w jej podbrzuszu niemiły ścisk, a w głowie mętlik.
 
 
Sean Hightower
[Usunięty]

Wysłany: 2015-11-27, 01:02   

Ale nie odeszła, punkt dla Szona! Widać wciąż nie wyszedł z wprawy i bardzo dobrze. Nie byłoby najlepiej, gdyby nie potrafił zatrzymać przy sobie dziewczyny, której się tłumaczył. Którą chyba nawet kochał w pewnym momencie swojego małego, smutnego życia. Brzmiało to dość ponuro, biorąc pod uwagę to, jak przez większość czasu świetnie się bawił. No cóż, może to była tylko fasada? A może Sean Hightower wreszcie dorastał. To by było przerażające, czyż nie? On na pewno najlepiej sobie z tym nie radził, pewnie dlatego jeszcze nie szukał pracy na poważnie. A może dlatego, że wciąż miał z Julkiem do pogadania i miał szansę wrócić do swojego słodkiego nieróbstwa i wiecznego melanżu. Zdecydowanie by tym nie pogardził.
Nie komentował w żaden sposób jej słów, ale z każdą chwilą wyglądał na coraz bardziej umęczonego i przerażonego szczeniaka. Tak! Hightower potrafił robić takie rzeczy z twarzą. Może, między innymi, to właśnie był ten jego urok. Grunt, że skuteczny, to jak działał było kwestią zdecydowanie drugorzędną. Nawet jeśli jej łatwo było stwierdzić niektóre rzeczy, wtedy tego nie wiedział. W ogóle, wtedy nie był sobą. Był połamany, cały czas na lekach, świat walił mu się na głowę, a jeszcze na dodatek udało mu się zdobyć kobietę, o której marzył. A nie sposób taką do świata walącego się na głowę zaprosić, tego był pewien. Może to był główny powód tak szybkiej ucieczki? Tego chyba nigdy się nie dowiemy.
Nie wiedział co ma powiedzieć. Nie potrafił sobie poradzić z tym jak go przyjęła, po prostu tego nie rozumiał. Mimo, że czuł się niepewnie, uśmiechał się trochę szerzej, trochę pewniej. Ten dziwny powracał do jasnych tęczówek, chował się gdzieś w kąciku ust.
- Nie będę cię zatrzymywał, love - odparł cicho. Miał nadzieję, że w niedługiej przyszłości będą mogli razem usiąść na kanapie i zagrać w Guitar Hero, jak kiedyś. Albo, że będzie mógł ją zabrać na kawę czy do teatru, będąc bardziej stylowym, niż ten klaun który ją właśnie wołał.
- Do zobaczenia, Juliette. Baw się dobrze - skinął jej delikatnie głową. Odprowadził ją wzrokiem, zawieszając niechętne spojrzenie na mężczyźnie. Przyglądał mu się przez chwilę, jakby był wyjątkowo obrzydliwym stworzeniem, po czym ponownie umieścił słuchawki w uszach i ruszył w swoją stronę. Planował zaprosić ją na kawę. I to w wielkim stylu.
Niebawem.

zt.
 
 
Massachusetts


Massachusetts

Wysłany: 2017-11-10, 08:23   



 
 
Lucille Clark


lucille clark

boston


28

antykwariuszka

happy&single

Wysłany: 2017-11-24, 11:36   
  

  
  
  
  
  

  
  
when it rains it pours


/po Willie'm + wdzianko

Wszyscy mówili, żeby siedzieć w domu i absolutnie nigdzie nie wychodzić, bo śnieg, bo zamieć, bo wichura. Tyle że Clark nie była stworzeniem, które mogło tydzieŃ w domu usiedzieć! Zwłaszcza, że trzeba było jeszcze jakieś zapasy zrobić i do pracy przyjść. Przyszła, ale klientów i tak nie było, więc zaledwie trzy godziny po otwarciu właściciel uznał, że i tak nie warto tam siedzieć. Większość bostoŃczyków posłuchało ostrzeżeŃ i nawet po film na te nudne dni nie widziało im się przyjść. Nie zostało jej nic innego, jak także zaszycie się w domu. Po drodze zrobiła jakieś szybkie zakupy, postanowiła zgarnąć także kawę na wynos - i to właśnie tam, w kolejce, stało się wszystko. Nawet nie zauważyła, jak za oknem kawiarni zaczął padać śnieg, jednak gdy wyszła, nie miała już wątpliwości. Zacinał po twarzy, zwalał ją z nóg, ale Lucille dzielnie parła na przód, aż w koŃcu udało jej się odnaleźć swój samochód. Pokładając wiarę w swojego niezniszczalnego, tylko trochę porysowanego i kaszlącego błękitnego mustanga garbuska zamierzała wrócić do domu i zaszyć się pod ciepłym kocem. Chwilę majstrowała przy ośnieżonym zamku, nim go otworzyła, a gdy już wsiadła, zaczął się jej najgorszy koszmar. Garbusek nie chciał zapalić, nieważne, jak usilnie piłowała, pompowała i robiła wszystkie te rzeczy, jakie się robi, by odpalić samochód. Owszem, sama też czuła, że temperatura spadła, a on stał tu już od kilku godzin, ale... jak to? ja on mógł? Miała tu utknąć, nie wiadomo, na ile, nawet bez ogrzewania? No nie ma mowy. Upiła łyk kawy i odstawiła ją w miejsce na kubek, po czym wyszła z samochodu i w tej śnieżycy zaczęła majstrować pod maską. Trochę szkoda płaszczyka, bo pewnie się uświni, ale teraz nie on był najważniejszy. Musiała się dostać do mieszkania, jak najszybciej, i to właśnie garbusek musiał ją tam dowieźć. Jak dobrze, że choć trochę znała się na samochodach. Jej ograniczony budżet trochę ją do tego przymuszał, ale trochę była to też dziecięca pasja, której nie dane jej było odpowiednio pielęgnować.
_________________
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Jesteś ambitnym adwokatem, kochającym imprezy studentem, a może mężatką z dwójką dzieci? To nie ma znaczenia – gdy tylko przyjedziesz do Bostonu, poczujesz się jak w domu! Tylko tutaj możesz przejść przez pełen kwitnących, kolorowych kwiatów park, by wyjść tuż obok wielkiego wieżowca, a wracając, nie zapomnij zerknąć na stare, urocze kamieniczki znajdujące się tuż za rogiem! Nie jest to wielkomiejski labirynt z betonu, lecz przyjazne, niezwykle zielone miasto z masą parków, z plażami, zatokami, łodziami zacumowanymi u wybrzeży, pełne biegających i uprawiających sporty ludzi, pełne psów i dzieci. Wiosna w Bostonie to prawdziwe cudo ze względu na ogromne krzewy obsypane kwiatami. Jeśli jednak chcesz być blisko miasta, ale też cieszyć się życzliwością i poczuciem wspólnoty wybierz wspaniałe małe miasteczko jakim jest Concord. Lokalna społeczność ma silną więź, która łączy swoich mieszkańców, tutaj znajdziesz sąsiadów pomagających sąsiadom. Wspólnie można cieszyć się otaczającą przyrodą, zobaczyć słodkowodne żółwie, czaple modry, piżmaki i mnóstwo ptactwa. Odkryj piękno tego miasteczka, w każdym sezonie na nowo. Wiosna to czas lokalnych wydarzeń. Wybierz się na wycieczkę do jednego z wielu lokalnych targowisk i gospodarstw, aby spróbować domowych produktów, serów i syropu klonowego prosto z drzew Nowej Anglii.

POSZUKUJEMY!

Jeśli jest ktoś chętny wesprzeć administrację od strony porządkowej, czy też pomóc w kwestii tematyki eventów i wydarzeń losowych - zapraszamy do zgłoszenia się na moderatora

Read More
Harper
William
ATWOOD
WALKER
Strona wygenerowana w 0,13 sekundy. Zapytań do SQL: 6