Poprzedni temat «» Następny temat
Galeria sztuki Nemesis
Autor Wiadomość
Massachusetts


Massachusetts

Wysłany: 2016-09-18, 19:23   Galeria sztuki Nemesis


 
 
Sofia de Lorenzo Lovegood


Wysłany: 2017-03-23, 23:50   

/w koŃcu rozdziewiczam :hihi:

Galeria działała już od jakiegoś czasu, ale prawda była taka, że Sofia nie zajmowała się nią na poziomie kontaktu z ludźmi. Zatrudniła ochroniarzy, recepcjonistkę, jakiegoś agenta i może kilka innych osób, których obecność była tu konieczna. Sama wolała przychodzić tu wieczorami, po zamknięciu, czy też z samego rana, jeszcze przed otwarciem. Dopieszczała wystrój, oglądała propozycje nowych wystaw i malowała głównie po nocach, albo w ciągu dnia w osobnych pomieszczeniach, do których goście, a czasami i pracownicy nie mieli wstępu. Tak też było dziś - przez pół dnia chodziła tam i z powrotem, nie mogąc złapać weny. Odezwał się do niej mężczyzna zainteresowany jej pracami, miał tu niedługo przyjechać, a ona nie miała pojęcia, co mu pokazać. Chciała coś świeżego, ale no właśnie, nie tak łatwo coś takiego stworzyć na zawołanie. Miała oczywiście mnóstwo obrazów, które mogłaby mu przedstawić, i na tym się też pewnie skoŃczy, ale przez to dziwne poczucie obowiązku w jakiś sposób się zablokowała. Przynajmniej do pewnego momentu. Sama nie wiedziała, kiedy ją olśniło, ba, sama nie wiedziała, kiedy stworzyła coś nowego, ale w którymś momencie zorientowała się, że siedzi na klęczkach, na płótnie rozłożonym na podłodze i maluje. Oczywiście, że słonie, bo cóż innego, tym razem były to słonie w puszczy, wśród drzew przypominających kształtem apartamentowce Bostonu, nad jakąś rzeką, zresztą, whatever, najważniejsze było to, że jej przedramiona całe były w ranach. Nie wiem, czy wśród malarskich narzędzi potrzebna jest do czegoś żyletka, ale pewnie tak, tam są najróżniejsze rzeczy, w każdym razie Sofia skądś taką wzięła, poczyniła niezbyt głębokie, ale dość obficie krwawiące nacięcia i tej sączącej krwi używała jako farby. Dobarwiała ją jakimiś barwnikami, budynki były jaśniejsze, słonie ciemniejsze, ale większość fragmentów była w odcieniach czerwieni. Nie dotarło do niej nawet, że coś jest nie w porządku, wręcz przeciwnie, była dumna ze swojego dzieła! Dawno nie namalowała nic tak pięknego, głębokiego, twórczego, ale kiedy już skoŃczyła, po wielu godzinach pracy, okazało się, ze galeria jest już nieczynna i poza światłem w jej części lokalu, wszystko jest zgaszona. Napisała więc do Boyda, czuła, ze będzie równie zachwycony jej nową wizją, jak ona sama, a kiedy czekała, na jego odpowiedź, na niego samego, położyła się obok płótna i wpatrzyła w sufit. Mimo tego, ze jej jasna sukienka, jak i ona cała były ubabrana krwią i farbami, włosy miała potargane, a na kolanach odciski, to przepełniała ją niezwykła euforia, jakiej nie czuła od dłuższego czasu. Minuty mijały jej błyskawicznie, więc nawet nie zauważyła, ile minęło, nim usłyszała dzwonek przy drzwiach galerii. Natychmiast się zerwała i pobiegła otworzyć, przecież Verner nie mógł czekać przed drzwiami, nieważne, ze nawet nie miała pewności, że to rzeczywiście on. Potknęła się po drodze, ale zaraz złapała równowagę, przez upływ krwi zrobiła się blada i właściwie niezbyt stabilnie trzymała się na nogach, ale nawet tego nie dostrzegała. Liczyło się tylko to, czego doświadczała w tej chwili wewnątrz, to, jak bardzo ubogacała się jej dusza.
 
 
Boyd Verner
[Usunięty]

Wysłany: 2017-03-30, 22:37   

/po Sylwestrze

Leżał rozłożony na kanapie, w pokoju z rzutnikiem i obczajał sobie oscarowe produkcje z zeszłego roku. Przed nim, na stoliku leżało puste opakowanie do chipsach jabłkowych. Gandalf, zwinięty w kłębek leżał obok, a reszta kocurów okupowała inne części domu.
Zeszłą nockę spędził przy barze w Storyville. Ruch był nieco mniejszy, ale to środek tygodnia, nic nadzwyczajnego. Wrócił do domu koło 4 nad ranem, gdy już upewnił się, że obsługa wywiązała się ze swoich obowiązków. Spał sobie smacznie do czternastej i gdy Aragorn brutalnie trącił go pazurami w nos, postanowił zwlec się z łóżka. Zaczął się poważnie zastanawiać nad zmianą wystroju w klubie. Chciał zrobić z lokalu większą atrakcję. Dowalić neony, powiększyć parkiet, zainwestować w meble. Do tego potrzebne były my dodatkowe pieniądze. Oszczędności, które odłożył sobie na koncie mogłyby być niewystarczające. Wolał nie brać się za remont kosztem codziennych wydatków. Po za tym, średnio mu się widziało branie kredytu. Powinien niedługo wpaść do kasyna i co nieco zarobić. Tak, to byłby dobry plan. Ogrywał poważnych pokerzystów odkąd trafił za karę do Vegas. Może nie do koŃca, bo wtedy dopiero się uczył, ale już wiedział, że to jest to. Jego alternatywa do zarabiania dolarów.
Kiedy jeden z filmów zbliżał się już do koŃca, jego telefon zawibrował. Gandalf przeciągnął się i postawił uszy, ale szybko stracił zainteresowanie podejrzanym odgłosem.
Ciekawe kto go nachodził późnym wieczorem. Verner wziął do ręki smartfona i szybko przeczytał wiadomość. Uśmiechnął się pod nosem. Nie miał nic ciekawego do roboty. Rozwalić się i oglądać filmy może w każdej, wolnej chwili. A miał ich całkiem sporo, nie narzekał na nadmiar obowiązków. Szybko wystukał odpowiedź i dźwignął się z kanapy, aby wyłączyć rzutnik i film. Dopił do koŃca zawartość puszki z coca-colą i udał się na piętro, aby przebrać się w bardziej wyjściowe ubrania. Ostatnio wyrzucił trochę kasy na nowe kreacje z sieciówek, więc miał czym przyszpanować. Narzucił na siebie czarną bluzę i luźne dżinsy. Zgarnął jeszcze skórzaną kurtkę, której postanowił nie zapinać. Gdy już zszedł na dół, zamknął drzwi wejściowe. I te na tyłach również. Złodziejaszkowie mogli się kręcić w pobliżu. Szczególnie o takiej porze. Niby miał zamontowany alarm, ale wolał dmuchać na zimne. Jeszcze jakiś typek zdążyłby mu wynieść telewizor, nim policja zjawiłaby się na miejscu. Wyprowadził z garażu harleya, wsadził na głowę kask i udał się odpowiednim kierunku. Trasę pokonał bez większych przeszkód. O wiele bardziej wolał jazdę nocą, niż za dnia. Było mniej korków, bardziej klimatycznie. Bo kto nie lubił jazdy motocyklem po ciemku, przy akompaniamencie ulubionej muzyki? Tym razem Verner nie zabrał ze sobą słuchawek, ale nic straconego.
Szybko udało mu się dostać pod galerię. Zaparkował motocykl niedaleko wejścia, ściągnął kask, schował go pod siedzeniem i zsuwając w międzyczasie kurtkę podążył w kierunku drzwi. Światła były przyciemnione. A więc Sofia lubiła przesiadywać w pustej galerii… można i tak. Właściwie, nigdy nie uważał jej za duszy towarzystwa. Czasami każdy lubi posiedzieć w samotności, pokontemplować. Może przy okazji coś namalować. Klimat, panujący w środku go intrygował. Nacisnął na dzwonek i przerzucił kurtkę przez ramię. Przeczesał palcami włosy, zmierzwione przez wnętrze kasku.
 
 
Sofia de Lorenzo Lovegood


Wysłany: 2017-04-01, 00:04   

Zanim mogła go zobaczyć, musiała przekręcić wszystkie zamki, ściągnąć łaŃcuch, znaleźć klucz, aby go przekręcić w drzwiach. Zajęło jej to dłuższą chwilę, zwłaszcza, ze było ciemno, a ona chwiała się na nogach. Kiedy jednak chłodne powietrze uderzyło ją w twarz, uwiesiła się Boydowi na szyi, otaczając go ramionami. Nieważne, że brudziła go potem, farbami, krwią. Czekała na niego! Miał zobaczyć jako pierwszy jej nowy obraz. To naprawdę ważna chwila, zwłaszcza, ze Boyd chyba nie miał jeszcze okazji oglądać zbyt wielu jej prac, o ile widział jakąś w ogóle.
- Wreszcie jesteś! Tak się cieszę, wchodź szybko - zaświergotała po hiszpaŃsku, popędzając go. Chciała już zamknąć drzwi i zaciągnąć go do pracowni. Kiedy tylko przekroczył próg, ona powtórzyła wszystkie czynności, tylko w odwróconej sekwencji, aby zamknąć drzwi na wszystkie możliwe zamki, a potem popchnęła go wgłąb galerii. - Może trochę śmierdzieć, mam nadzieję, ze to nie będzie ci przeszkadzać. Nie zdążyłam jeszcze wywietrzyć, właściwie teraz nie mogę, muszę najpierw poczekać, aż podeschnie, potem go przenieść, ale chciałabym, żebyś zobaczył już teraz - nawijała coraz szybciej, coraz bardziej podekscytowana, prowadząc go przez sale i korytarze do jedynego oświetlonego pomieszczenia, to pchając, to ciągnąc za rękę. W koŃcu przekroczyli kolejny próg, Sofia zatrzymała się obok Boyda, ale dłoŃmi zakryła twarz. Bała się trochę jego reakcji, tego, ze może mu się nie spodobać. Ale musiało! Była cholernie dumna z tego obrazu. Jednak nie odzywała się, czekając, aż on sam coś powie. Właściwie chciała dać mu chwilę, aby w ogóle miał szansę na przestudiowanie wzrokiem szczegółów i zrozumienie tego. Ale no niechże się już pospieszy, ile można czekać? Ten post ma żałosną długość, ale w międzyczasie utknęłam na jutubie słuchając Penelopy, no więc rozumiesz...
 
 
Boyd Verner
[Usunięty]

Wysłany: 2017-04-07, 22:12   

Zaskoczyło go takie bezpośrednie przywitanie. Objął Sofie, kiedy ta rzuciła mu się na szyję, ale coś mu nie pasowało… Pachniała jakoś tak inaczej. Niekoniecznie był to zapach farb. Wydawał się bardziej metaliczny. Niestety, zbyt wiele nie mógł dojrzeć, było ciemno. Kiedy Sofia się od niego odsunęła, przekroczył próg i wszedł do środka, do ciepełka. Galeria z pewnością emanowała niezwykłym klimatem o tej porze. Obrazy, poświata księżyca, wpadająca przez jedno z okien w holu. Nim jednak Verner przeszedł do podziwiania wystroju, przyjrzał się brunetce z bliska. Ewidentnie coś było nie tak…
- Sofia - odezwał się, oglądając niepokojąco wyglądające ślady po jakiejś ciemnej substancji. - Wszystko w porządku?
Nim jednak zdążył dodać coś więcej, został popchnięty na przód, a Argentynka zasypała go kolejnymi informacjami. Dlaczego to wszystko wydawało się takie dziwne i nietypowe? Szedł posłusznie dalej, obawiając się coraz bardziej, co może ostatecznie ujrzeć. Przy okazji starał się nie wpaść na eksponaty, które mijali po drodze. Artyści to jednak byli mocno nieprzewidywalni ludzie. Chociaż Boyd spędził z nimi pewien czas, nadal nie potrafił w całości ich zrozumieć. Dzieciaki, grające na koncertach to jedno. W przypadku Sofii mogło być podobnie. Bo przecież ona również coś tworzyła, była artystką. Na pewno większą uwagę przywiązywała do emocji i uczuć, niż realizmu, spraw codziennych.
Zatrzymał się w wyznaczonym miejscu i spojrzał na dzieło, nad którym pracowała Lorenzo. Nawet nie wiedział, co powinien powiedzieć w pierwszej kolejności. Obraz wydawał się emanować czymś niepokojącym. A więc brunetka lubiła malować słonie? Wcześniej nie miał okazji przyglądać się jej pracom. Mimo wszystko, chyba nie tego się spodziewał.
- To jest… – zmarszczył brwi i spojrzał na Sofię, zasłaniającą oczy. - Ty krwawisz.
Pobladł odrobinę, przyglądając się skaleczeniom, pokrywającym skórę na przedramionach. Zamiast obrazowi, całą swoją uwagę poświęcił osobie Argentynki. Złapał ją delikatnie za dłonie i odsunął od oczu, wlepiając w nią uważnie wzrok.
- Co się tutaj stało? Dlaczego nie zadzwoniłaś po mnie wcześniej? Musimy to opatrzyć, masz gdzieś apteczkę?
Chwilowo nie zwracał uwagi na jej wyjątkowe dzieło. Priorytetem było zadbanie o to, aby w rany na przedramionach nie dostało się zakażenie. Boyd zerknął na boki, próbując wyłapać ewentualnie jakiś zestaw do pierwszej pomocy. Niestety, nic takiego nie znalazło się w zasięgu jego wzroku. Sofia musiała z nim współpracować w tej sytuacji. Czy zrobiła sobie te nacięcia świadomie? Całkiem niedawno czy jakiś czas temu? Wszystkie pytania, które pojawiły się w jego głowie, musiały poczekać. Nie chciał od razu szufladkować kobiety do kategorii świrów. Przecież spędzali razem czas, wszystko było jak dotąd w porządku. Chyba, że po prostu nie było mu dane poznać tej prawdziwej Sofii. Znalazł się w zupełnie niespodziewanym położeniu.
 
 
Sofia de Lorenzo Lovegood


Wysłany: 2017-04-09, 21:23   

Dla niej wszystkie zapachy były nie tylko wymieszane, ale przede wszystkim tak naturalne, tak się z nimi obyła, że nie czuła już żadnego. Jedynie gdyby nachyliła się nad płótnem i pociągnęła nosem, poczułaby woŃ sztuki i kilku innych rzeczy. Nie zmieniało to oczywiście faktu, że kisząc się kilka godzin w pomieszczeniu wypełnionym oparami farb nieźle musiała się ich nawdychać. Kto by jednak przejmował się takimi drobnostkami po tym, kiedy w koŃcu proces twórczy został zakoŃczony.
- Oczywiście! - zapewniła go, kiwając gwałtownie głową. Lepiej po prostu być nie mogło! Dawno nie czuła się tak dobrze - przynajmniej psychicznie, ale to sprawiało, że nie czuła większych niedogodności fizycznych. Przynajmniej jej zdaniem tak było, w rzeczywistości być może czuła się aż za dobrze. W tej chwili na pewno nie interesowało jej nic poza tym, co znajdowało się w galerii, w pracowni. Właściwie ona sama też nie była wiele warta, liczył się obraz, farby, pędzle, wałki, cały proces twórczy, reszta nie miała najmniejszego znaczenia. Pasja! Pasja definiuje człowieka, definiuje cały jego świat, tym była Sofia w tej chwili - pasją, która wyżerała ją nie tylko od środka, jak się okazuje, od zewnątrz też. Zmuszała ją do krzywdzenia samej siebie, i to zupełnie nieświadomego.
- Nie! Nie - gwałtownie wyrwała ręce i odsunęła się od niego o krok. - Nie nie nie, nic mi nie jest, to nic, nieważne, niczym się nie przejmuj - okrążyła jego i obraz i zatrzymała się po drugiej stronie, dokładnie na przeciw Boyda, tak, że oddzielała ich długość płótna. - Nie podoba ci się...? - spytała w koŃcu, patrząc na niego niepewnie. Najwidoczniej ich priorytety troszeczkę się różniły. Ręce jej przecież nie odpadną, tak? Świat się też nie zawali. A obraz wyzwolił z niej choć jakąś cząstę uczuć, które się w niej kłębiły przez tak ogromny kawał czasu. Trochę krwi w tę, czy w tamtą... Sztuka wymaga poświęceŃ. Jak inaczej miałaby oddać to, co czuła po śmierci męża? Umierał we krwi, nie otoczony watą czy piórami. Żadna farba nie byłaby odpowiednia.
 
 
Boyd Verner
[Usunięty]

Wysłany: 2017-04-15, 16:35   

Tak to już bywa z tymi artystami. Nawdychają się zapachu farby, tuszu czy gliny i zaczynają świrować. Chyba, że to coś, co nazywają prawdziwym natchnieniem. Przeżywają wewnętrzne katharsis, mając w poważaniu to, jakimi środkami je osiągnęli. Moralność nie zawsze bywa powiązana ze sztuką. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że artyzm rządzi się swoimi prawami. Nie ma w nim miejsca na sentymenty czy ogólnie przyjęte normy. Ma szokować, wywoływać pytania, kontrowersje, skłaniać do refleksji. Niestety, Verner refleksję miał w tym momencie gdzieś. Gdyby Sofia nie miała okaleczonych ramion, zapewne spojrzałby nieco inaczej na całą tą sztukę.
Wydawało mu się, że Argentynka jest aż za bardzo przekonana o tym, że czuje się bardzo w porządku. Normalnym odruchem ssaka jest opatrzenie ran, kiedy te się pojawią. Nie patrzy na nie, jak na coś przyjemnego, a co najważniejsze – nie czuje się wtedy dobrze. Zmarszczył brwi, przyglądając się uważnie brunetce. Nie ma mowy, żeby jej uwierzył. Być może ona wierzyła w swoje słowa, ale ciało zdradzało, że coś jest nie tak. Nie wiedział dlaczego, ta sytuacja przypominała mu relacje z członkami The Boobs. Szczególnie z Julkiem. Być może napotykanie takich osób jest mu pisane? Ewidentnie los chciał odziać go w skórę psychologa. Trochę się spóźnił, bo Verner nie zamierzał się tłuc po uniwerkach. Jeszcze czego.
- Nie, nie chodzi o to, po prostu… - westchnął, patrząc niepewnie na obraz. Postanowił się przełączyć na tryb, który artyści zazwyczaj bardziej rozumieją. Nie spuszczał wzroku z Sofii, kiedy ta pojawiła się po drugiej stronie sztalugi z obrazem. Rozluźnił odrobinę postawę.
- Czuję tak dużo rzeczy w tej chwili, nie wiem od czego powinienem zacząć… opowiedziałbym ci o tym, ale twoje ręce mnie rozpraszają. Możemy pogadać o obrazie, jeśli je zabandażujesz, dobrze? Opowiem ci o wszystkim.
Gdyby to rzeczywiście było trochę krwi, nie robiłby z tego problemu. To, że jej mąż umierał w takich warunkach, nie znaczyło, że ona musi przechodzić przez to samo. Gdyby znał Sofię krócej, zapewne uznałby ją za świruskę i wyszedł czym prędzej z galerii. Jednakże tej odsłony osobowości nie widział i z jednej strony fascynowało go to. Z drugiej powodowało obawy. Mimo wszystko, w takim stanie nie mógł jej zostawić samej sobie. Zrobił dwa kroki w stronę Sofii i wyciągnął w jej stronę dłoŃ. Niezbyt nachalnie, nie wyciągał jej nie wiadomo jak daleko. Stanął w miejscu, przyglądając się wyczekująco malarce.
- Te budynki wyglądają całkiem znajomo - mruknął, oglądając kątem oka kształty na płótnie. Więcej nie zamierzał wyjawiać, dopóki Sofia nie będzie z nim współpracować. Nie mógł tak po prostu olać tych ran. Nie miał pojęcia, w jaki sposób krew pojawiła się na jej rękach. Czy pocięła się tępym, brudnym narzędziem, czy nie straci za moment przytomności. Bo przecież, nawet jej sukienka nosiła wyraźne ślady krwi. To nie wyglądało w porządku. Każda sekunda się liczy!
 
 
Sofia de Lorenzo Lovegood


Wysłany: 2017-04-22, 00:04   

Sofia po części wręcz nie zdawała sobie sprawy, ze cokolwiek jej dolega. Potrzebowała trochę farby, a że żadna nie odpowiadała jej kolorem, musiała znaleźć substytut. Pozyskała go dość dziwnym sposobem, ale nie widziała w tym problemu, najważniejsze, że osiągnęła zamierzony rezultat. W jej własnych oczach na pewno bycie artystką ją usprawiedliwiało, to zwyczajne artystyczne szaleŃstwo, jakich artyści popełniają wiele. Nie wymagał od Boyda żadnej pomocy, czy to psychologicznej, czy medycznej, pragnęła jego opinii na temat obrazu. Niczego więcej. Niepotrzebnie sobie zawracał głowę.
Obserwowała go bacznie, na przemian zaciskając i rozprostowując dłonie. Nie podobała mu się jego zwłoka, nie miała teraz ochoty zawracać głowy jakimiś nieistotnymi drobiazgami, kiedy spod jej dłoni wypłynęła sztuka, ale coś jej podpowiedziało, że Boyd nie ustąpi i najłatwiej będzie coś z niego wyciągnąć, przystając na jego propozycję.
- Och, dobrze! - wykrzyknęła w powietrze, odrzucając głowę do tyłu i odgarniając włosy z czoła, po raz kolejny zostawiając na nich ślady farb i krwi. Zignorowała jego wyciągniętą, odwróciła się na pięcie i wyszła z pracowni, bo apteczka znajdowała się w innym pomieszczeniu. Nie minęło jednak wiele czasu, kiedy z nią wróciła, rozsiadła się wygodnie na podłodze, w niewielkiej odległości od płótna. Otworzyła pudełko, wyjęła bandaż, nie przejmując się żadnymi dodatkowymi opatrunkami zaczęła owijać nim przedramiona, robiąc to niechlujnie i niedokładnie. Bardziej zależało jej na czasie, więc jeden koniec trzymała w dłoni, owijała rękę na okrętkę, na koŃcu odrywając bandaż przy pomocy zębów i próbując go kulawo związać z koŃcem trzymanym w dłoni. Nie było to wcale takie łatwe, więc tylko się denerwowała. Ten Boyd to ma jakieś dziwne pomysły.
 
 
Boyd Verner
[Usunięty]

Wysłany: 2017-04-26, 19:24   

Gdyby wyskoczyła mu z wyjaśnieniem typu „nie znalazłam żadnej, pasującej farby więc użyłam własnej krwi”, straciłby wiarę w ludzkość. Nawet sam by mógł jej skoczyć po odpowiedni odcieŃ, to żaden problem. Zdecydowanie, artyści to przedziwni ludzie. Nie miał pojęcia, że Sofia jest aż tak hardkorową malarką.
Sztuka, którą tworzyło się kosztem własnego zdrowia albo życia, była głupotą, w mniemaniu Vernera. Bo czym w takim razie Sofia różniłaby się od szaleŃca, wystawiającego sztukę, podczas której popełnia w finałowej scenie samobójstwo? Jasne, przejdzie do historii, ale takie sytuacje się powtarzały. Nikt nie zawłaszczy sobie konkretnego rozwiązania, zabraniając innym kopiowania czy naśladowania. Sztukę się powiela. To, co ktoś malował, już kiedyś było malowane w przeszłości. Ludzkość zataczała nieustanne pętle, tak już było. I nikt mu nie udowodni, że jest inaczej. Zmienia się jedynie tło, a ludzie postępują tak samo, czy to w średniowieczu, renesansie czy XXI wieku. Teraz miał wrażenie, jakby ludzkość przeżywała nowe oświecenie. Neo-oświecenie czy coś w tym guście. Nie dało się tego jednoznacznie sprecyzować. Byli mieszanką koŃcówki zeszłego wieku i mentalności ludzi renesansu. Kto wie, w jakim kierunku to pójdzie. Może od tej całej, pozornej nowoczesności tak się ludziom przestawiało w głowach i w rezultacie używali krwi jako farby. Jeszcze trochę i dowie się, że Sofia postanowiła przejść na wampiryzm.
Nie odrywał wzroku od Argentynki, kiedy ta przeszła obok niego, ignorując wyciągniętą dłoŃ. Kusiło go, żeby ruszyć za Lorenzo i dopilnować, aby nie zrobiła sobie jeszcze większej krzywdy. Nie miał pojęcia, co jej chodziło po głowie. Zrobił więc kilka kroków w kierunku pomieszczenia, w którym zniknęła Sofia. Nie musiał czekać zbyt długo na jej powrót. Co najważniejsze, miała przy sobie tę apteczkę, o której wspomniał. Ustał gdzieś obok, przyglądając się poczynaniom kobiety. Wcale się do tego nie przyłożyła!
- A więc sugerujesz, że do opisywania moich uczuć powinienem podejść, tak jak ty, do zakładania opatrunków? - uniósł brew i skrzyżował ramiona. Mógłby wyrzucić z siebie kilka niedokładnych, krótkich słów, jeśli Sofii nie zależało na tym, aby być fair w stosunku do niego.
- Daj mi to - odezwał się i usiadł obok Lorenzo. - Założę ci opatrunek i będę mówił.
Sięgnął dłonią do krzywo założonego bandaża i odwinął go. Sięgnął do apteczki, żeby wyjść z niej utlenioną wodę. Zerknął przy okazji na popisowe dzieło Sofii.
- Z jednej strony wygląda to tak, jakby autor za czymś tęsknił, ale z drugiej chciał iść naprzód. Kolory są żywe, ale jest w nich coś… niepokojącego - nie wiedział jak na razie, że brunetka zmieszała farby z własną krwią, ale może się za moment dowiedzieć. - Te słonie też są bardzo… egzotyczne. Lubisz słonie?
Nalał wody utlenionej na nacięcia na ranach, i obejrzał je przy okazji z bliska. Nie były chyba aż tak głębokie, aby musieli szyć. Chyba. Boyd kompletnie nie znał się na zakładaniu szwów. Kiedy musiał zatroszczyć się w ten sposób o wychowanków z zespołu, najczęściej jeździł za nimi na ostry dyżur, powtarzając takiemu delikwentowi, że „wcale nie umiera”. Teraz miał do czynienia z dorosłą kobietą, a jednak nie wiedział do koŃca, co powinien zrobić. Postanowił więc przy nieco większych nacięciach nałożyć plastry i na koŃcu założyć bandaż, zasłaniając tym samym pokaleczone przedramiona.
Teraz Sofia mogła zasypywać go pytaniami, odnośnie szczegółów w interpretacji jej najnowszego obrazu. Tak naprawdę on sam chciał wypytać Argentynkę o to, co się właściwie stało, że postanowiła potraktować przedramiona czymś ostrym, ale na razie się wstrzymał. Być może sama wyjawi mu co i jak, bez żadnego przymusu.
 
 
Sofia de Lorenzo Lovegood


Wysłany: 2017-04-30, 21:54   

Ale to nie tak! To wcale nie tak. Żadna farba, nie tylko z jej kolekcji, ale żadna farba na całym świecie nie oddałaby tego tak, jak Sofia chciała. O to chodziło. Wyjście było tylko jedno, a ona nie miała skrupułów, aby się do niego posunąć. Zresztą, co by to zmieniło. Potrzebowała spełnienia artystycznego, nieważne jakim kosztem. Cel uświęca środki, ot co. Dla niej to wcale nie była głupota. Może ktoś, kto nigdy nie był artystą i nie czuł takiej wewnętrznej potrzeby nie potrafił tego zrozumieć, ale ona rozumiała. Nie można całe życie tkwić w wąskiej strefie komfortu, podążać z nurtem społeczeŃstwa, z czystym sumieniem oddawać się degrengoladzie, bo taki po prostu jest świat. Sofia tworzyła swój świat, w swojej głowie, a on funkcjonował na zupełnie innych zasadach. Dla niej, lepszych. Czasem trzeba zrobić coś kosztem swojego życia czy zdrowia. Gdyby była sportowcem i ojej, złamała nogę we wspinaczce górskiej albo rękę, bo spadła z roweru, to wszystko byłoby w najlepszym porządku. Ale ona była malarką. Sztuka ma szokować, wprawiać w osłupienie, skłaniać do refleksji, wzbudzać emocje. Spektakl z samobójstwem w scenie finałowej na pewno przypadłby jej do gustu, przynajmniej w stanie, w jakim była teraz. Co prawda nie byłoby to zbyt praktyczne rozwiązanie, bo za każdym razem trzeba byłoby nowego aktora, ale może i to dałoby się rozwiązać. Co do tego wszystkiego miał wampiryzm? Dla Sofii zero powiązania, chociaż pewnie nie była na tyle wykształcona, aby wiedzieć, że to po prostu źle zrozumiana choroba.
- Przecież próbuję! - krzyknęła głośniej, niż zamierzała. Denerwował ją! Dlaczego się tak rządził? Poprosiła go o jedną, drobną rzecz, nic go to nie kosztowało, a on się czepiał o wszystko, choć tak naprawdę nie było o co. Chyba nie była najlepsza, jeśli chodzi o pierwszą pomoc, nie mówiąc już o tym, że ciężko zabandażować koŃczynę używając do tego tylko jednej ręki. Nie sprzeciwiła się jednak, kiedy Verner przycupnął obok niej. - Kolory się zmienią, jak wyschną - chociaż pewnie krew na płótnie już zdążyła zakrzepnąć, więc ów zmiana nastąpiła, ale Sofia jej nie dostrzegła, tak zaślepiona swoją wizją dzieła idealnego. Na słonie też miała zamiar coś odpowiedzieć, ale wtedy woda utleniona wkradła się w rozcięcia w jej skórze. Syknęła przez zęby i odruchowo wyrwała przedramię z rąk Boyda. - To boli! - odezwała się z wyrzutem, przyciskając rękę do umazanej farbami piersi. Pewnie dzięki temu musiała jeszcze raz przeżyć katorgę dezynfekcji, ale w koŃcu zacisnęła zęby i znów oddała ramię Vernerowi, pewnie uginając się przed jego groźnym spojrzeniem. Ran raczej nie będzie trzeba szyć, chyba że Sofia zacznie w nich grzebać, z nudów na przykład. Wszystko jest możliwe. -Nie lubię słoni - pokręciła głową. - Nigdy ich nie widziałam. Prawie zawsze maluję słonie - na pewno częściej po ciężkich wydarzeniach w jej życiu, ale tego sama jeszcze nie umiała stwierdzić. - Są takie... majestatyczne, a jednocześnie wyglądają na głupie, choć pomarszczone i wiekowe powinny mieć przecież ogromne doświadczenie. Ale nie mają go, wszystko, co umieją robić, to machać tą swoją trąbą - to był zdecydowanie bełkot bez sensu. Gdyby emocje tak nią nie kierowały, mówiła by całkiem co innego. - Spójrz na nie, po prostu idą, tam, gdzie kieruje je instynkt, do wody. A jeśli ta woda jest trująca, wszystkie umrą, bo są za głupie, żeby to wyczuć - oczy jej świeciła, tak była pełna pasji. Chyba będę musiała w koŃcu wymyślić, co dla niej znaczyły te słonie, tak.
 
 
Boyd Verner
[Usunięty]

Wysłany: 2017-05-04, 15:48   

Zwykłe, artystyczne pieprzenie. Boyd powinien ogarnąć, że moralność, a artyzm potrafią się wzajemnie wykluczać w niektórych momentach. Sofia mogła kombinować bez kaleczenia sobie rąk, co jeśli by się wykrwawiła a te słonie na tle przypominającym wieżowce byłyby jej ostatnim dziełem? Trochę to egoistyczne z jej strony, ale cóż. Vernera nie było tutaj wcześniej więc nie mógł temu zapobiec. Mleko zostało rozlane czy coś w tym stylu.
Jeśli Lorenzo postrzegała cięcie się jako nie płynięcie pod prąd, to robiła to nie tak, jak powinna. Można znaleźć inne sposoby na wyróżnienie się z tłumu, a po za tym, nie wyglądała przecież na kogoś, komu nie pasuje bycie przeciętnym. Mnóstwo osób znajduje w tej całej przeciętności szczęście. Było w tym coś złego? Krzyknęłaby do tych wszystkich ludzi na ulicach, harujących w firmach, aby przestali być tacy normalni? Nikt nie znał innego życia, marzyciele nie potrafili stąpać twardo po ziemi, koŃczyli z podciętymi żyłami, leżeli bez życia przy kiblach po łyknięciu opakowania tabletek. Boyd naprawdę wolałby oszczędzić Sofii takich atrakcji. W cierpieniu nie ma nic fajnego. Wiedział o tym doskonale, a jakoś nigdy nie przyszło mu do głowy, aby sobie samemu robić krzywdę. Przecież to do niczego nie prowadzi, a sztuka równie dobrze może być iluzją. Takie go czasami nachodziły myśli. Jego mentor z Vegas przechadzał się po galeriach, kontemplował przy obrazach, ale kiedyś powiedział do niego: „Te obrazy, to tylko zwykłe płótno i kilka farb wymieszanych razem. Nic specjalnego, a ludzie wyceniają je na tysiące, miliony. Równie dobrze mogłyby być zupełnie bezwartościowe”. A więc sztuka stawała się sztuką dopiero wtedy, kiedy ktoś tak twierdził. W przeciwnym wypadku, to tylko farby i płótno.
A wampiryzm odnosił się do absurdu, jakim było nacinanie własnych żył, aby wydobyć odpowiedni kolor. W zetknięciu z takim niespodziewanym, drastycznym gestem, żywienie się krwią nie było wcale gorsze. Sama ta zaschnięta krew, którą pokryte było ubranie brunetki, przywoływało na myśl ofiarę wampira czy innego krwiopijcy.
Coraz bardziej utwierdzał się w myśli, że coś jest mocno nie tak. Wiedział, że coś się stało, ale nie chciał zbyt szybko wyciągać wniosków, wypytywać. Co jeśli przestraszyłby tym Sofię, a ona posunęłaby się do kolejnego, ekstremalnego czynu? Gdyby pozwolił swoim emocjom działać, już dawno byliby w drodze do szpitala. Musiał jednak mieć na uwadze to, że Sofia nie była jego rodziną, nie musiała się go słuchać, a on nie mógł za nią decydować. Tak więc sytuacja stawała się nieco problematyczna.
Jej zachowanie ani trochę go nie irytowało. Czuł za to współczucie i narastającą panikę, gdzieś w środku. Tłumił ją, starając się przemawiać spokojnie i w zrozumiały sposób. Cholera, nie spodziewał się tego, nie był przygotowany, ale to nic. Uchodził przecież za mistrza improwizacji, jakoś mu się uda zapanować nad sytuacją. Jakoś.
- Wybacz, ale to konieczne - odpowiedział, kiedy Sofia wyraźnie się skrzywiła. Zakażenie to nic przyjemnego. W ogóle przechodzenie przez jakiekolwiek choróbsko to nic fajnego.
- Ludzie też bywają głupi - stwierdził, ponownie zerkając na obraz. - Albo piją trującą wodę, bo ktoś, z kogo zdaniem się liczą, kazał im ją wypić. Umyślnie robimy sobie krzywdę, chociaż nasz instynkt każe pozostać przy życiu.
Nie wiedział za bardzo, co innego mógłby mówić do brunetki, aby ta przynajmniej trochę się uspokoiła i wróciła do swojej dawnej ja. Gdzie się podziała ta Sofia, z którą wybrał się do opery przy drugim zaledwie spotkaniu? W innych okolicznościach, taka pogadanka przypadłaby mu do gustu, ale w tym momencie nie czuł się aż tak komfortowo z myślą, że Lorenzo może przy tym cierpieć. Tak po prostu nie powinno być, przecież wystarczająco już wycierpiała po stracie męża.
Przekręcił się w miejscu, żeby usiąść przodem do obrazu, który rzeczywiście zdążył już nabrać nieco innych kolorów.
- A więc malujesz też to, czego nie lubisz?
W pewien sposób było to intrygujące. Zatrzymał wzrok na jej obandażowanych dłoniach, ale nie zdecydował się ich dotknąć. Jeszcze nie teraz. Na razie musi się upewnić, że Sofia była spokojna.
 
 
Sofia de Lorenzo Lovegood


Wysłany: 2017-05-07, 18:34   

Artyści zawsze pieprzą, artyzm wyklucza nie tylko moralność, ale przede wszystkim logikę, ciągi przyczynowo - skutkowe czy racjonalizm. Nie bała się tego, ze mogłaby się wykrwawić, przecież takie rany to nic wielkiego (co z tego, ze ludzie w taki sposób próbują popełniać samobójstwa i czasami im się to nawet udaje). Przynajmniej zginęłaby w sposób, który mógłby ją uszczęśliwić, a nie w jakimś marnym wypadku samochodowym. Zginęłaby jako artystka! Oddana wyższemu dobru. Sztuka dla sztuki i cierpienie dla sztuki. A może gdzieś tam Jose na nią czeka.
Ona nie była przeciętna, przynajmniej nie w głębi duszy, ostatecznie coś musiało ją wyróżniać, skoro obcy facet przygarnął ją bezdomną z ulicy, nie mówiąc już o tym, ze potem został jej mężem, kochając ją całym sercem, a Boyd zwrócił na nią uwagę na wernisażu, na którym było mnóstwo innych ludzi. W takim stanie, w jakim była teraz, nie miałaby problemu z krzyczeniem do ludzi i przekazywaniem im wielu dziwnych, często całkiem ze sobą sprzecznych komunikatów. Nie musiały mieć nawet wiele sensu, ważne, ze w jej głowie miały.
- Wiem! - przerwała mu wpół zdania. Bardzo podzielała jego opinię. Ludzie byli głupi. Jasne, może nawet głupsi niż takie słonie. - Ludzie nie mają już instynktu, dążą do pozbawionych wyższego sensu celów, pragną osiągnąć korzyści materialne, nikt nie zastanawia się nad rozwojem duchowym. Zarzynają się dla pieniędzy, ich instynkt przeżycia nie odzywa się nawet w momencie, w którym tracą przytomność nad biurkiem, papierami, nad pieniędzmi, zapominając o tym, że trzeba jeść i pić, że czasem trzeba spojrzeć na coś innego, niż czubek własnego nosa, położyć się na trawie i wystawić twarz do słoŃca i rozkoszować się oblewającym ją ciepłem, śpiewem ptaków, oni zabijają ptaki, bo potrzebują drewna, aby je sprzedać, przerobić na pieniądze, wszystko chcą sprzedać, gdyby mogli mieć jakiekolwiek z tego korzyści, to by duszę diabłu sprzedali, a pewnie wielu i tak już to zrobiło - plotła bez sensu, w koŃcu zaczęło się od bogu ducha winnych słoni. Wcale nie tak łatwo było ją uspokoić, a wręcz przeciwnie, ekscytowała się jeszcze bardziej, kiedy tylko Boyd wypuścił jej ręce, już opatrzone, zaczęła nimi żywo gestykulować. - Maluję słonie. W większości, nie tylko, maluję to, co chcą malować moje palce, czasami nawet nie mam w głowie żadnych obrazów, po prostu czuję, że muszą usiąść przy płótnie i wziąć do ręki pędzel i wszystko pojawia się samo. Najczęściej słonie - przysunęła się do niego i przykucnęła tuż obok, oparła głowę na jego ramieniu. Dobrze było mieć go przy sobie.
 
 
Boyd Verner
[Usunięty]

Wysłany: 2017-05-15, 22:50   

Pytanie czy Sofia rzeczywiście wierzyła w życie po śmierci. W raj, czyściec, piekło. Dla Boyda były to hasła powtarzane przez tysiące ludzi przeważnie po to, aby w ostatniej godzinie nie bać się przejścia na drugą stronę. No i po to, aby ludzie wiedzieli, jak postępować, aby nie krzywdzić innych przez swoje aroganckie i złe czyny. Co jeśli po drugiej stronie tak naprawdę nic nie było? Sofia poświęciłaby się dla niczego i wcale nie spotkałaby swojego Jose. Mimo wszystko, lepiej jest trzymać się tego, co znane, namacalne i realne. Miała przecież dla kogo żyć.
Facet mógł ją przygarnąć specjalnie po to, aby została jego żoną właśnie. Bo czemu nie, w Ameryce Południowej nie było to nic specjalnie szokującego. Zazwyczaj nikt nie robi niczego bezinteresownie, trzeba się później odwdzięczyć w ten czy inny sposób - gotując obiadki, opiekując się kotem. Facet mógł się poczuć samotny, może doznał objawienia, wracając z kościoła, albo przyśnił mu się sen, w którym ratuje dziewczynę z ulicy i postanowił to urzeczywistnić. Nic tak naprawdę nie działo się przez przypadek. Tylko ciekawe kto te przypadki splatał ze sobą nawzajem. Wychodziło ostatecznie na to, że Verner był skłonny w tę wyższą siłę wierzyć. Pytanie, do jakiego stopnia.
Słuchał uważnie monologu Sofii i chociaż do złudzenia przypominała mu w tym momencie bohaterkę dramatu (pewnie szekspirowskiego), wiedział, co miała na myśli. Nikt nie cieszył się zwykłym, codziennym życiem, a przynajmniej nie większość ludzi. Kolejne godziny były powiązane z pracą, z nauką, z pogonią za upragnionym życiem, a kiedy już się to osiągało – trafiało się do elity i okazywało się, że nie ma czasu na sielankowe leżenie na pachnącej trawie, brzuchem do góry. Na horyzoncie pojawiały się nowe obowiązki, nowe zobowiązania i wymagania, którym trzeba było sprostać.
- To tak jakby wewnętrzny artyzm przemawiał przez twoje ciało? - chciał przynajmniej trochę zrozumieć ten mechanizm. - Znaczy się przez dłonie.
On raczej do artystów nie należał, chociaż bazgrał co jakiś czas podobizny superbohaterów z komiksów. Wymyślał nawet własnych, ale dawno tego nie robił. Chyba, że w celach humorystycznych, podczas nocnej zmiany za barem, śmiejąc się z kolejnych koncepcji razem z resztą barmanów i barmanek. Historyjki o Człowieku-kacu, ukazującym się poległym po imprezie ludziom, były bardzo popularne. A jak wszystkich bawiły! Szkoda tylko, że większość słuchaczy historyjek znajdowała się wtedy pod wpływem procentów i wyli ze śmiechu bardziej, niż ustawa przewidywała. Najważniejsze to się dobrze bawić.
- Wierzysz w magiczną moc cyrografów ? - bardzo możliwe, że nie wiedział, jak jest cyrograf po hiszpaŃsku, więc użył angielskiego słówka typu a pact with the devil. Nawet cyrografu nie da się dosłownie na angielski przełożyć, a to co jest w translatorze, to ja nawet nie.
Z jednej strony uważał to za bzdury wyssane z palca, ale skoro ludzi opętywały demony, to czemu takie pakty z diabłem miałyby nie działać na podobnej zasadzie. Oddaj mi twoją duszę, to będę mógł cię zabić. W zamian nic nie dostaniesz, bo jesteś tylko głupim człowiekiem, który uwierzył w to, że diabeł dotrzymuje słowa. Rozmowa o podobnych zjawiskach w opustoszałej galerii o zmroku, w towarzystwie Sofii w sukience ubabranej krwią, działała na wyobraźnię. Uśmiechnął się odruchowo, czując na ramieniu głowę Argentynki. Teraz mógł siedzieć w miejscu, nie martwiąc się na zapas o te cholerne rany na rękach. To znaczy, martwił się nawet teraz, ale nieco się odprężył, skoro Sofia jako tako się uspokoiła i zamiast się kaleczyć, tworzyła monologi godne samozwaŃczego kaznodziei.
 
 
Sofia de Lorenzo Lovegood


Wysłany: 2017-05-17, 23:59   

Ciężko powiedzieć, w co wierzyła, ale pochodziła z małej miejscowości, z rodziny, która zdecydowanie była rodziną katolicką. Przynajmniej jeśli chodzi o babcię, która w większości ją wychowała, jej matka pewnie nie miała na to czasu, a ojciec miał najzwyczajniej w świecie wyjebane, pokładając nadzieję w butelce wódki i modląc się, by zbyt szybko nie stała się pusta. Za to babkę Lorenzo widzę jako na wpół nawiedzoną katoliczkę szamankę, jak Gloria z Oitnb czy coś. Na pewno latała z jakimiś gałązkami i wsadzała je dzieciakom pod poduszki, a w wolnym czasie plotła łapacze snów. Wiara w to, że Jose gdzieś tam jeszcze był pomagała Sofii. Musiałą wierzyć w to, że nad nią czuwa i że to dla niego musi się starać. Nie widziała nikogo wokół siebie, komu rzeczywiście byłaby niezbędna do szczęścia. Jej rodzeŃstwo w koŃcu z pewnością przeszłoby nad jej odejściem do życia codziennego.
Jose ją przygarnął, bo była bezdomna, a on nie miał z kim zostawić kota, gdy wyjeżdżał w delegację. Zanim się jej oświadczył, spędzili ze sobą wiele czasu, poznawali się, dużo rozmawiali, spędzali ze sobą czas, no i facet jej pomagał. Może gdzieś tam z tyłu mu siedziało, że się z nią hajtnie, ale nie szedł to ślepo i do niczego jej nie zmuszał, a rzeczywiście nawiązało się między nimi mocne porozumienie, byli dla siebie oparciem i przechodzili przez problemy wspólnie. Jej nie przeszkadzało to, że za mieszkanie musi się odpłacić opieką nad kotem, sprzątnięciem, czy podlaniem kwiatków. Nie było to nic wielkiego, robiła to z przyjemnością, a już na pewno nie czuła się obciążona żadną transakcją wiązaną.
Sofia bohaterką Szekspirowskiego dramatu? Porównanie idealne! No, sama pewnie miałaby na ten temat sporo obiekcji, ale niczego to nie zmieniało. Jednak chyba nie do koŃca jej o to chodziło, że wciąż się pojawiają nowe obowiązki. Cały pic polega na tym, aby tak się dorobić, żeby się nie narobić i żeby inni zarabiali na ciebie. Ona miała na myśli to, że ludzie potrzebują pieniądze, pędzą do niego, zarzynając się bez sumienia i pragną pławić się w luksusach, które do niczego nie są im potrzebne.
- Sztuka - sprostowała, bo dla niej to słowo było pewnym kluczem. Artyzmem mogła się co najwyżej podetrzeć, ona tworzyła sztukę. - Nie wiem, czy przemawia, ale wiem, ze pragnie się uwolnić, pragnie przelania na płótno, urzeczywistnienia jej, chociaż nie zawsze po to, aby ktoś inny mógł patrzeć. Czasami jest moja własna, zupełnie ciemna i wtedy wiem, że nikt inny nie powinien jej oglądać - prawdopodobnie krwawe słonie były jednym z tych dzieł, ale akurat teraz ona tego nie poczuła. To było trochę, jak z tymi ludźmi, do których Bóg przemawiał i potem przekazywali info reszcie gawiedzi. Do niej mówiła sztuka, a ona przesyłała informacje na materialne podłoże. Była tylko pośrednikiem bytu wyższego, jakim była sztuka. - Myślę, że każdy ma w sobie coś z diabła, tylko jednym łatwiej jest obudzić tę część siebie, czy nawet uwolnić ją i pokazać światu, ale zazwyczaj dobrze się ją maskuje. Diabeł taki jest. Chytry, zwodniczy, manipulujący, ludzie, którzy go rozbudzili w sobie są tacy sami, na pewno takich znasz - ujęła jego dłoŃ i splotła z nim palce. Bredziła od rzeczy, ale nie zdawała sobie z tego sprawy, teraz to wszystko miało dla niej ogromny sens i choć powoli zaczynała odczuwać zmęczenie po tym wymagającym dniu, miała ochotę jeszcze tyle powiedzieć i tyle zrobić. Wcale nie czuła się spokojna.
 
 
Boyd Verner
[Usunięty]

Wysłany: 2017-05-25, 14:23   

Prawdopodobnie większość mieszkaŃców Ameryki Południowej uchodziła za katolików, podobnie jak to było w przypadku Meksyku. Tak więc matka Boyda mogła być wychowana jak chrześcijanka, podczas gdy ojciec był młodym, wyzwolonym facetem z West Coast. Całkiem możliwe, że jego dziadkowie siedzieli w LA, albo w Vegas, ewentualnie całą rodziną wyemigrowali do Arizony. Upalny klimat i wyjątkowe widoki to coś, co przyciągało ludzi. Nieważne, że na obrzeżach roiło się od typowych, amerykaŃskich wieśniaków z peryferii, przesiadujących całymi dniami na ganku z chłodnym browarem w dłoni. Tak zwani porch monkeys (nie wiadomo czemu, AmerykaŃce uznali to również za określenie rasistowskie). Na szczęście, z Boyda nie wyrósł żaden porch monkey, rodzice by mu nie pozwolili, za dużą reputację mieli, aby marnować czas na takie głupoty. Dorastał w dzielnicy z willami i basenami, gdzie dzieciaki martwiły się jedynie o to, że w pewnych momentach koŃczy się alkohol.
Najłatwiej byłoby uznać, że szczęście indywidualne jest rzeczą najważniejszą. Bycie indywidualistą było bardzo wygodne i nawet jeśli ktoś odchodził, to świat się nie zawalał. Ludzie mieli już taką naturę i tyle. Jedni przychodzili, inni odchodzili, nie było sensu determinować swojego życia ze względu na nich. U Boyda przeważało właśnie takie myślenie. Jeśli już się czegoś podejmował, to robił to głównie dla siebie. Zarabiał, stawiał dzieciaki z zespołu na równe nogi (bo chciał po prostu no i dostawał za to hajs, jakby nie patrzeć), odwiedzał syna, bo sam czuł taką potrzebę, nie robił tego tylko dlatego, że „tak wypada”. Boyd był jedną z ostatnich osób, które determinowałby swoje czyny ze względu na poprawność społeczną i inne wymysły.
- A jak jest z tym obrazem? Czy on jest tą ciemną sztuką?
Poruszył temat, który sam się nasuwał na myśl. Przez chwilę pomyślał, że być może takie obrazy były typowe dla Argentynki. Może właśnie taki rodzaj sztuki tworzyła i większość jej dzieł była mroczna i odrobinę depresyjna. Każdy malarz miał swoje własne wizje, które przelewał na płótno. Pomagało to w pewien sposób przy pozbywaniu się natrętnych myśli. Tymczasem niektórzy poeci tworzyli większość swoich dzieł, będąc pod wpływem alkoholu lub innych substancji odurzających, bo wtedy potrafili się w zupełności otworzyć i zgłębić swoje wewnętrzne „ja”.
- To jest chyba ta druga strona naszej świadomości. Czasami siedzi cicho i nie odzywa się przez kilka dni, a czasami potrafi obudzić się w najmniej odpowiednim momencie.
Nie miał pojęcia czy przy tworzeniu obrazu przez Sofię przemawiał diabeł. Równie dobrze mogła być tego kompletnie nieświadoma. Jednakże kto, jak nie diabeł, namawia do cięcia się? Zdrowy rozsądek zupełnie się kłóci z takimi czynnościami.
- Nie chcesz wrócić do domu? Ciężko pracowałaś - stwierdził, czując dłoŃ brunetki. Zastanawiał się, w jaki sposób mógłby ją odstawić do domu, albo ewentualnie do siebie. Miał przecież wolne pokoje. Przeważnie zajmowali je skacowani członkowie The Boobs, kiedy wyciągał ich pijane dupska z klubów, był więc przygotowany na najróżniejsze akcje.
Pod galerię podjechał motocyklem, ale nie miał pewności czy Sofia na niego wsiądzie, albo nie zemdleje w pewnym momencie i nie zsunie się z siedzenia. Wolał jej nie narażać na takie niebezpieczeŃstwo. Chyba, że sama na to przystanie i przekona go, że będzie się mocno trzymała.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Jesteś ambitnym adwokatem, kochającym imprezy studentem, a może mężatką z dwójką dzieci? To nie ma znaczenia – gdy tylko przyjedziesz do Bostonu, poczujesz się jak w domu! Tylko tutaj możesz przejść przez pełen kwitnących, kolorowych kwiatów park, by wyjść tuż obok wielkiego wieżowca, a wracając, nie zapomnij zerknąć na stare, urocze kamieniczki znajdujące się tuż za rogiem! Nie jest to wielkomiejski labirynt z betonu, lecz przyjazne, niezwykle zielone miasto z masą parków, z plażami, zatokami, łodziami zacumowanymi u wybrzeży, pełne biegających i uprawiających sporty ludzi, pełne psów i dzieci. Wiosna w Bostonie to prawdziwe cudo ze względu na ogromne krzewy obsypane kwiatami. Jeśli jednak chcesz być blisko miasta, ale też cieszyć się życzliwością i poczuciem wspólnoty wybierz wspaniałe małe miasteczko jakim jest Concord. Lokalna społeczność ma silną więź, która łączy swoich mieszkańców, tutaj znajdziesz sąsiadów pomagających sąsiadom. Wspólnie można cieszyć się otaczającą przyrodą, zobaczyć słodkowodne żółwie, czaple modry, piżmaki i mnóstwo ptactwa. Odkryj piękno tego miasteczka, w każdym sezonie na nowo. Wiosna to czas lokalnych wydarzeń. Wybierz się na wycieczkę do jednego z wielu lokalnych targowisk i gospodarstw, aby spróbować domowych produktów, serów i syropu klonowego prosto z drzew Nowej Anglii.

POSZUKUJEMY!

Jeśli jest ktoś chętny wesprzeć administrację od strony porządkowej, czy też pomóc w kwestii tematyki eventów i wydarzeń losowych - zapraszamy do zgłoszenia się na moderatora

Read More
Harper
William
ATWOOD
WALKER
Strona wygenerowana w 0,14 sekundy. Zapytań do SQL: 8