Poprzedni temat «» Następny temat
Galeria sztuki Nemesis
Autor Wiadomość
Sofia de Lorenzo Lovegood


Wysłany: 2017-06-01, 22:44   

Bycie z West Coast nową religią hehehe. Jakby mnie ktoś nazywał małpą, to też bym się obraziła, ale najciekawsze dla mnie było,jak gdzieś znalazłam, że Afryamerykanin zaczyna być odbierany jakoś rasistowski. Sofia jednak wychowywała się w całkiem innych warunkach. Ale o tym pewnie opowie Boydowi w innym, odpowiednim ku temu momencie, kiedy nie będzie tak podekscytowana najmniej oczywistymi rzeczami, ba, kiedy po prostu będzie bliżej zdrowych zmysłów. Teraz na pewno nie miała ochoty na wspominanie swojego dzieciŃstwa, które mimo wspaniałego rodzeŃstwa i wspaniałej babci nie było najlepsze, a do tego miałam w planie napisać cały PCR nim pójdę spać, a bardzo chce mi się spać, a do tej pory jedynie obejrzała, jak Chapman weszła na stół, nienawidzę tej głupiej siksy.
Sofia spojrzała z zastanowieniem na płótno leżące przed nią i Boydem. To, o co spytał, miało sens, a jednocześnie sprawiało, że czuła, że popełniła błąd. Nagle wydało jej się, że sprowadzenie go tu było złym pomysłem. On też nie powinien tego widzieć.
- Chyba tak - przyznała w koŃcu. - Chyba go nie wystawię na sprzedaż - będzie gnił z kilkudziesięcioma jemu podobnymi w zapomnianej piwnicy. - Skontaktował się ze mną ArgentyŃczyk, znajomy mojej szefowej z Buenos Aires, wspominała mu o mnie, chciał zobaczyć kilka prac i może je kupić. Chciałam przygotować dla niego coś spacjalnego - wyjaśniła mu, nie podnosząc wzroku z obrazu. To było coś aż za specjalnego i tego na pewno nie ujrzą jego oczy. - One są jak Jose - wskazała w koŃcu na krwawe słonie. - Kręci się wokół Bostonu, wciąż się oddalając, ode mnie się oddala, jakby chciał, a ja nie mogę o nim zapomnieć - czyżby w koŃcu sobie uświadamiała, że powinna żyć dalej? Że Jose by tego chciał, aby znów mogła być szczęśliwa, a nie do koŃca swoich dni cierpiała i żyła wspomnieniami o nim. No, oczywiście to była tylko jej interpretacja, Boyd mógł mieć swoją, zupełnie odmienną. Ale ostatecznie, jak inaczej miałaby sportretować swojego męża, jeśli nie własną krwią? - Czasami nigdy nie zasypia - dopowiedziała jeszcze, niemal szeptem, ale w koŃcu potrząsnęła głową, jakby budziła się z głębokiego przemyślenia. - Chyba masz rację. Posprzątam jutro. Felix nie będzie zadowolony - westchnęła zerkając na bandaże na swoich przedramionach. No trudno, w koŃcu go przekona, że drobne rany nic nie znaczą w obliczu ogromu nowego dzieła, poświęcenie dla sztuki jest zwyczajnie normalne. Puściła jego ręce i podniosła się z klęku. Zaczęła krążyć po pomieszczeniu, próbując sobie przypomnieć, co powinna ze sobą zabrać, wyszła na chwilę, po czym wróciła z torebką i kurtką w ręku. Nie założyła jej, było jej ciepło, nie mówiąc już o tym, że wciąż była cała w farbie i niekoniecznie chciała ją brudzić. Wróci do domu to się wykąpie. Zatrzymała się i spojrzała wyczekująco na Boyda. Musi przecież zamknąć za nim galerię. Nie musiała wcale wsiadać na jego motocykl. Przecież niedaleko był przystanek, krótki spacer i kilka oddechów nocnym powietrzem dobrze jej zrobi, orzeźwi ją. Nie czuła, aby w jakikolwiek musiał się nią zajmować. Właściwie zaczynała mieć wyrzuty sumienia, że go tu ściągnęła, zupełnie niepotrzebnie.
 
 
Boyd Verner
[Usunięty]

Wysłany: 2017-06-25, 00:40   

Teraz nie wiadomo czy to poprawność polityczna jest bardzo przesadzona ostatnimi czasy czy to my się starzejemy i przestajemy rozumieć pewne rzeczy. Chociaż zdaje się, że bardziej chodzi o tą pierwszą kwestię. Im więcej obraźliwych słów się ustanawia, tym bardziej można domagać się odszkodowaŃ od pracodawców czy innych ludzi w razie dyskryminującego słownictwa. Boyd, jak to Boyd, poprawnością polityczną się nie przejmował ani trochę. Stosował bardziej zasadę wzajemnego szacunku i jak na razie to działało. Będąc menadżerem, musiał się nauczyć różnych technik przy okazji rekrutowania młodych talentów, a przecież ludzi było mnóstwo. Mnóstwo osobowości, upodobaŃ, narodowości, sposobów bycia. O niektórych sprawach po prostu nie można było mówić. Podpisywało się śmieszne papierki, a później trzeba było pilnować podopiecznych czy się do nich stosują. Przechodził przez to, wiedział o co biega, chociaż nie był tego zwolennikiem. Samo dostosowywanie czyjegoś wizerunku, do potrzeb widowni sprawiało, że zaczynał mieć mdłości. Ale cóż, nie wszyscy mogą sobie pozwolić na bycie sobą, szczególnie ci, którzy byli sławni. Nic dziwnego, że w pewnych momentach bywał przewrażliwiony na punkcie Julka. Musiał naprawdę się starać, aby pewne fakty nie dotarły do mediów.
- Tylko dla niego? - odrobinę go zdziwiła taka odpowiedź. - Ten obraz wydaje mi się bardziej… osobisty, nie uważasz?
Chyba każdy artysta dzielił swoje prace na takie, które może pokazać ludziom i takie, który powinny pozostać jedynie do prywatnego wglądu. Ewentualnie na dnie szuflady, do której zagląda się podczas deszczowych dni, budzących nostalgię.
- Powinnaś go zostawić… dla siebie - uznał po krótkiej ciszy. Wydawało się, że ma dla niej specjalne znaczenie, niekoniecznie przez to, że użyła własnej krwi, jako farby. Kolejne słowa kobiety, jedynie utwierdziły go w tej myśli.
- Czasami po prostu trzeba pozwolić komuś odejść, ale o nim nie zapominać. - przyglądał się z bliska z twarzy Sofii, kiedy ta wlepiała czekoladowe tęczówki w płótno. Powtarzał jej podobne słowa, przekonywał, że nie powinna się ograniczać, rezygnować z życia. Wiedział, że strata ukochanej osoby w taki, a nie inny sposób, to nie tylko szok, ból psychiczny (a czasami i fizyczny), ale trzeba w pewnym momencie przejść z tym do codzienności. W przeciwnym wypadku z taką osobą jest coraz gorzej. Boyd nie chciał, aby to dotyczyło Sofii. Szczególnie jej. Zaczynał się do niej przywiązywać, a każdy uśmiech widziany na jej twarzy sprawiał, że robiło mu się ciepło w środku.
- Pamiętaj, żeby je później zmienić - odezwał się, kiedy Argentynka spojrzała na bandaże. Powinna je nosić przynajmniej do momentu, aż skaleczenia się nie zagoją. Jeśli starszy brat zobaczy takie podejrzane rany na przedramionach Sofii, może się zrobić nieciekawie. Nie znał Felixa, ale wiedział, jacy są starsi bracia. Sam nim był.
Odprowadził wzrokiem brunetkę, kiedy ta wstała i podążyła do innego pomieszczenia. Wiedział, że już raczej nie zrobi sobie żadnych ran, ale w głębi duszy przejmował się. Los Sofii nie był mu obojętny, a wręcz przeciwnie, chciał się przyczynić do tego, aby była szczęśliwa. Zasługiwała na to.
Kiedy ponownie pojawiła się w pomieszczeniu, zatrzymał wzrok na jej sylwetce. Mógłby tak siedzieć jeszcze jakiś czas, przyglądając się brunetce, jej ciemnym włosom, intrygującemu spojrzeniu... no tak, powinni się zbierać.
- Uh, przyjechałem motorem - odezwał się po chwili, wstając powoli z podłogi. – Mogę cię podwieźć, o ile chcesz.
Podniósł powoli wzrok na Sofię. Nie musiała wcale przystawać na propozycję, mogła uznać, że woli się przejść i odetchnąć świeżym powietrzem (nie żeby nie mogła tego zrobić jadąc na motorze). Nie wszyscy byli takimi fanami jednośladów, jak Verner. Miewał do czynienia z ludźmi, którzy trzęśli się z nerwów na siedzeniu pasażera i stwarzali zagrożenie nie tylko dla siebie samych.
Wcale nie uważał, że zjawił się tu niepotrzebnie. Cholera, wolał nie myśleć o tym, co by było, gdyby nie zjawił się na czas. Może i Lorenzo by się nie wykrwawiła, rany były płytkie, ale kto wie czy nie wpadłaby na inny, równie genialny pomysł.
 
 
Sofia de Lorenzo Lovegood


Wysłany: 2017-06-26, 13:24   

- Nie! Nie, muszę mu coś sprzedać, muszę - potrząsnęła głową. On zupełnie nic nie rozumiał! Prawdopodobnie, jak już Sofia dojdzie do siebie i spojrzy jeszcze raz na to płótno, to faktycznie schowa je głęboko i nie pokaże już nigdy więcej nikomu. Ale teraz był to obraz dedykowany specjalnie dla faceta, którego nazwiska nawet nie pamiętała. Schowała twarz w dłoniach i potrząsnęła głową jeszcze raz. - On nie może ode mnie odejść, nie potrafię bez niego żyć, stworzył mnie, bez niego jestem niczym - splotła ramiona na piersi, kurcząc się w sobie. Bandaże już jej nie interesowały, w jej głowie był tylko Jose, cała się trzęsła, ale nie płakała. Ruszyła szybkim krokiem do wyjścia, nie zwracając uwagi na Boyda. Może faktycznie potrzebowała świeżego powietrza. Potrzebowała stąd wyjść, było jej duszno i zimno jednocześnie, ale gdy tylko przekroczyła próg wejściowych drzwi, zaczęła nerwowo szperać w torebce, aż w koŃcu wyciągnęła papierosa i włożyła go do ust, sprawnie zapalając go zapalniczką. Stanęła twarzą do wejścia do galerii, próbując w półmroku dostrzec twarz Boyda. - Pojedźmy gdzie indziej. Poza Boston. Nad wodę. Uwielbiam zapach letnich nocy - uniosła głowę i wypuściła dym z ust. Letnie noce pewnie kojarzyły jej się z długimi wieczorami na balkonie, które spędzała z Jose, a jeszcze wcześniej, z nim i jego kotem. Letnie noce w każdym miejscu pachniały inaczej, ale dla niej zawsze pachniały pięknie. Nawet, jeśli zatruwała ten zapach papierosem. Boyd mógł jej chyba nie widzieć nigdy z fajką w dłoni, ale zdaje się, ze właśnie tego wieczora ma możliwość odkryć Sofię od całkiem innej strony. O ile do samochodu za nic by nie wsiadła, bo to właśnie w nim zginął jej Jose, o tyle motocykl najwidoczniej jest czymś całkowicie innym. Przynajmniej dziś. Dziś czuła się, jakby była w innym świecie, chociaż wszystkie emocje odczuwała tak samo. A może dwa razy mocniej, może to właśnie o to chodziło. Wszystko bolało ją, ale i cieszyło dwa razy mocniej. Zapach letniej nocy też był mocniejszy.
 
 
Boyd Verner
[Usunięty]

Wysłany: 2017-07-13, 13:12   

Skoro Lorenzo była tak bardzo uparta, odnośnie obrazów, nie ma sprawy! Mogła przecież opchnąć te, które namalowała w przeszłości, o ile będzie w stanie rozstać się z nimi bez większego żalu. Mogły jej przecież nadal przypominać Argentynę i zmarłego męża.
Wiedział, że jest z nią źle, ale przekonywał samego siebie, iż z czasem wszystko się unormuje. Nadal żyła tym, co było kiedyś, nie pogodziła się jeszcze z pewnymi sprawami, ale Boyd uchodził za cierpliwego człowieka. Nie zamierzał jej zostawiać z tym wszystkim samej. On tak łatwo się nie poddawał. Oby był przygotowany na jeszcze więcej atrakcji ze strony niestabilnie emocjonalnej dziewoi.
Nie miał zbyt wiele czasu na reakcję. Kiedy Sofia ruszyła w kierunku wyjścia, Boyd od razu za nią podążył. Szedł za brunetką w milczeniu, nie zwracając już większej uwagi na eksponaty, mijane po drodze.
Gdy wyszedł z galerii, zatrzymał się przy drzwiach wejściowych. Przeniósł wzrok na żarzący się papieros. Rzeczywiście, wcześniej nie widział jej w takim wydaniu, ale nie był osobą, prawiącą ludziom kazania na temat tego, co powinni robić, a co nie. Jeśli nikotyna ją odstresowywała – nie ma problemu. Jemu też zdarzało się palić, więc wyszedłby na hipokrytę.
Kiwnął głową, słysząc propozycję kobiety. Niekoniecznie brał pod uwagę wycieczkę, ale cóż. Widząc ją w takim stanie, był w stanie zrobić niemalże wszystko, aby poprawić jej humor.
Podszedł do harleya i dorwał się do niewielkiego bagażnika, zamontowanego na tyłach. Otworzył go za pomocą niewielkiego kluczyka, wyciągniętego z kieszeni w spodniach. Wyjął solidny, twardy przedmiot, zapakowany w ciemny worek. Wyciągnął granatowy kask spod materiału i schował worek z powrotem do bagażnika.
- Będziesz potrzebować tego - odezwał się, podchodząc do brunetki, aby wręczyć jej niezbędną rzecz. - Jesteś pewna?
Spojrzał pytająco na Sofię, zatrzymując mimowolnie wzrok na jej zabandażowanych przedramionach. Gdyby jechali samochodem, albo autobusem, to co innego. Kiedy Argentynka usiądzie na motocyklu, będzie musiała się mocno trzymać, aby nie ześlizgnąć się z miejsca dla pasażera. Boyd zazwyczaj nie bał się ryzyka, podejmował je z chęcią, ale teraz to była zupełnie inna sytuacja. Sofia ewidentnie straciła trochę krwi, po za tym wydawało się, że żyje w zupełnie innym świecie. Mogłaby niespodziewanie odpłynąć podczas przejażdżki, rozłożyć ręce jak Rose na dziobie Titanica i mogiła.
- Będziesz musiała bardzo mocno się trzymać - dodał jeszcze, zatrzymując wzrok na ciemnych tęczówkach, które w zestawieniu z nocnym niebem wydawały się niemal czarne.
 
 
Sofia de Lorenzo Lovegood


Wysłany: 2017-07-22, 22:55   

To nie tak, że była uparta, ale wolała wywiązywać się z wcześniej zawartej umowy. Była artystką i jej twórczość zależała od napływu weny, ale pozyskać klienta, który chce bezpośrednio od niej kupić jej dzieło (poniekąd biorąc je w ciemno, bo przecież nie mógł wiedzieć, co specjalnie dla niego namaluje Sofia) wcale nie było takie łatwe, więc nie chciała go teraz stracić czy zwyczajnie zawieść. Nie wszystkie obrazy miały dla niej jakieś większe znaczenie. Niektóre malowała niemal w transie - jak ten dzisiaj, ale natchnienie do niektórych łapała z przelatującego motyla czy kolorowego śmietnika na dziedziŃcu kamienicy i generalnie nie miały one żadnego drugiego dna.
Sofia miała takie dni, kiedy nie ruszała papierosów, zwyczajnie jej nie ciągnęło i nie czuła potrzeby palić, ale miała też momenty, kiedy wypalała pół paczki odpalając jeden papieros od drugiego. Nie widziała w tym nic dziwnego, nie łączyła tego ze swoimi zawirowaniami w nastroju czy w życiu. Widząc niemą zgodę Boyda, uśmiechnęła się, chociaż w jej oczach nie pojawiły się żadne szczęśliwe iskierki. W milczeniu obserwowała jego poczynania, raz za razem unosząc papierosa do ust, aż w koŃcu rzuciła niedopałek pod nogi i przydeptała go tuż przed tym, jak Boyd podszedł do niej z kaskiem.
- Oczywiście, ze jestem pewna - w tej chwili miała wrażenie, że niczego nigdy w życiu nie była pewna tak, jak tej wycieczki, ale okazuje się, że jej przeczucia i wrażenie nie mają większego znaczenia, prawda? Wyciągnęła rękę i przejęła kask z jego rąk. Trochę niepewnie włożyła go na głowę i spróbowała upchnąć pod nim niesforne kosmyki włosów, które spadły jej na oczy. - Pomożesz mi go zapiąć? Nigdy tego nie robiłam - bycie przed czterdziestką to idealny czas na próbowanie nowych rzeczy, tylko chyba nie w takim stanie, w jakim ona była teraz. Całkiem już zapomniała o swoich pokiereszowanych przedramionach, chociaż czuła momentami lekkie mrowienie czy odrętwienie. Też spojrzała Boydowi w oczy i ledwo zauważalnie skinęło głową - posiadania na głowie kasku pierwszy raz w życiu to dziwne uczucie, nie chciała stracić nad nim kontroli, bo jeszcze za bardzo by tą głową machnęła i przyłożyła z baŃki (kasku) Vernerowi. - Obiecuję - odparła z pełną powagą, nie spuszczając wzroku. Podobały jej się oczy Boyda, wcześniej nawet nie przyszło jej to do głowy.
 
 
Sofia de Lorenzo Lovegood


Wysłany: 2017-10-12, 15:57   

/po wszystkim + outfit

Już jakiś czas temu Sofia zapraszała młodszą siostrę na kolejny wernisaż w swojej galerii. Przyszła do niej jakiś czas temu dziewczyna o niesamowitym talencie, jednak jej wizję ciężko było zrozumieć i mało kto się tego podejmował, dlatego też młoda była coraz bardziej zrezygnowana. Sofia przyjęła ją z otwartymi ramionami. Może nie zrozumiała w pełni jej obrazów, ale rozumiała sytuację, bo kiedyś sama była w identycznej. Chciała być tą, która ją wesprze, uwierzy w nią, być może której zaangażowanie pozwoli młodej malarce na sukces. Tylko jedno niewielkie pomieszczenie przeznaczyła tego wieczoru na swoje obrazy - wisiało tam cztery, może pięć płócien, najbardziej neutralnych, aby nie zaburzać kompozycji, którą stworzyła młoda dziewczyna. Sofia dała jej do dyspozycji największą salę, korytarz i balkon. Phyllis, jak pozwolę ją sobie nazwać z braku lepszych pomysłów, stworzyła kompozycję sama, tylko z niewielką pomocą Sofii, czy też bardziej opierając się na jej radzie i opinii. Tego właśnie chciała Lorenzo. Aby to była jej wystawa i wyglądała dokładnie tak, jak ona tego chce. No i musiała się nauczyć takich rzeczy. Sofia też swego czasu musiała, jeszcze wtedy, gdy pracowała w galerii w Buenos Aires. Wśród obrazów pojawiły się także pojedyncze rzeźby najlepszego przyjaciela Phyllis. Sofii to odpowiadało, chociaż sama nie znała się na rzeźbie.
Beatrice dała jej znać wcześniej, że jednak nie da rady się pojawić. Sofia nie miała jej tego za złe. Liczyła jednak na Felixa. Właściwie wydawało jej się, że gdzieś już jej mignął w tłumie, ale nie ufała aż tak bardzo swojemu wzrokowi (zwłaszcza po kolejnym kieliszku odstawionym na tacę). Poza tym, musiała zająć się ludźmi, którzy byli potencjalnymi nabywcami wystawianych dzisiaj obrazów. Musiała wprowadzić Phyllis i jej przyjaciela do towarzystwa, przedstawić, jako autorkę wystawianych dzisiaj dzieł. Wznieść toast, odpowiedzieć na pytania, przywitać ze sztucznym uśmiechem dawno nie widzianych znajomych z branży. Wiele czasu jej zajęło, by zdobyć w koŃcu na chwilę na rozejrzenie się za bratem. Robiła to na uboczu głównego pomieszczenia, popijając wino z kieliszka i powoli sunąc wzrokiem od jednej twarzy do drugiej.
 
 
Felix Lorenzo


Felix Lorenzo

Boston


44

chirurg

już nie kawaler

Wysłany: 2017-10-13, 11:57   
  

  
  
  
  
  

  
  
Love me tender, love me sweet, never let me go.


| Po Maisie i food truckach.

Teraz panował taki czas, kiedy ludzie uwielbiali wykorzystywać stwierdzenie przesilenie jesienne na swoją korzyść, tłumacząc tym swoje marudzenie i ból dupy, lenistwo i znudzenie własnym życiem. Felix tego tak nie określał, on w ogóle nie definiował tych gorszych okresów w swoim życiu, ale pech chciał, że właśnie teraz, gdy na dobre rozszalała się jesieŃ - on spochmurniał, praca nie cieszyła jak wcześniej, brak wyścigów doskwierał jak nigdy, a przede wszystkim ludzie niebywale go irytować, szczególnie Ci, którzy dopytywali się: Co, Ciebie też dopadło przesilenie jesienne? Był lekarzem, więc chyba to oczywiste, że był zbyt dumny, by zdefiniować u siebie jakąkolwiek chorobę, a przesilenie jesienne było dla niego wymówką dla słabeuszy, którzy mają trudności adaptacyjne, bo pogoda nagle ulega zmianie. Nie wypierał się tego, że ostatnio miał problemy i chodził lekko rozkojarzona, ta aura pogodowa mogła każdemu się udzielić, ale bez przesady. Wychodził z założenia, że po prostu trzeba ruszyć tyłek z domu, a nie zamykać się pod kocem z grzaŃcem i płakac jak mu jest źle. Serio, czy tak robią mężczyźni? Do galerii też pewnie by się nie wybrał, bo to nie do koŃca są jego klimaty, ale miał słabość do swojego rodzeŃstwa już od najmłodszych lat i pewnie gdyby chciał uchylił by im nieba, ale nie przesadzając - skoro zaprosiła go Sofia postanowił się wybrać i chyba nawet ładnie się ubrać, by nie wyglądać jak sierota w jeansach i t’shircie. Od czasu do czasu lubił wskoczyć w coś bardziej okazjonalnego, tym razem miał okazję inna sprawa, że po tym wszystkim miał ochotę wyjść gdzieś na miasto i się upić. Za jednym wyjściem z domu planował załatwić dwie sprawy, a na jego korzyść było to, że następnego dnia miał wolne, mógł się sponiewierać - oczywiście nie w galerii. Pomimo tego wkładka musiała być, więc nie rezygnował, gdy kelnerzy podsuwali mu szampana pod nos i przechadzał się po pomieszczeniach rozglądając się co właściwie wystawa przedstawia, a jednocześnie poszukując swojej siostry. W koŃcu zauważył ją na uboczu pomieszczenia, rozglądała się po sali i czekał, aż w koŃcu natrafi na niego… i tak, mamy to. Uśmiechnął się i skierował kroki w jej stronę. - Przyszło sporo ludzi - właściwie to chyba nie przypuszczał, że będzie aż tak wiele ludzi tutaj. - Zadowolona? - zapytał, bo choć widział, że to wciąż wszystko się dzieje i wszystko może się wydarzyć, ciekawiło go jakie ma wrażenia z wystawy tej dziewczyny, a często miał problemy by rozgryźć Sofię i wyczytać coś z jej twarzy.
 
 
Sofia de Lorenzo Lovegood


Wysłany: 2017-10-17, 16:27   

Feniksowi dokuczało przesilenie jesienne, do którego nie chciał się przyznać, za to jego młodsza siostra w ciągu roku przeżywała zmianę nastroju niezliczoną ilość razy. Czasami było to zależne od pogody albo innych czynników zewnętrznych, a czasami wcale nie i w najpiękniejszy, najbardziej słoneczny dzieŃ była w stanie malować obrazy pełne goryczy i smutku. W jakiś dziwny sposób, przywykła do tego. Czy też właściwie w jej głowie, było z nią wszystko w porządku. Nie musiała chodzić codziennie do pracy, trzymając się określonych ram czasowych, bo kiedyś utrzymywał ją mąż, a teraz miała własny biznes, z którym robiła co chciała. Z fortuny otrzymanej w spadku nawet do tej galerii dokładała, ale dopóki odpowiednia ilość zer utrzymywała się koncie, wszystko było w jak najlepszym porządku. Malowała, kiedy dopadło ją natchnienie. Nie potrzebowała wiele. Prowadziła powolny styl życia w zupełności dopasowany do jej niestabilności psychicznej. Inna sprawa, że to wcale nie było dla niej dobre, a już na pewno nie wtedy, kiedy celowo krzywdziła samą siebie.
Bardzo doceniłaby plany brata, gdyby o nich wiedziała. Jej zostało delektowanie się szampanem podawanym na tacach i żywienie nadziei, że nie wypiją jej wszystkiego. Wolałaby mieć w zapasie kilka butelek, kiedy już wszyscy wyjdą, a ona będzie pić sprzątając, przestawiając, żegnając i zamykając galerię. I w drodze do domu Felixa też pewnie będzie piła, chyba, że wcześniej jej się wino i szampan skoŃczą. Od uszkodzonej wątroby minie zaraz rok. Jeszcze na początku grzecznie chodziła na kontrole, trzymając dietę (prawie) bezalkoholową, ale kiedy powiedziano jej, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, odpuściła sobie i już nie szczędzi sobie alkoholu.
- Cieszę się, ze jesteś - przywitała Felixa z otwartymi szeroko ramionami, ale odpuściła sobie obejmowanie go przed tłumem. Nie tylko on miał problemy z wyczytywaniem emocji z jej twarzy, teraz jednak było to bardzo proste. Uśmiechała się szeroko, a jej oczy lśniły z podniecenia. - Oczywiście, ze tak, jest wspaniale. Phyllis jest zadowolona, to jest najważniejsze, trzy obrazy mają już rezerwacje, jutro będziemy finalizować sprzedaż, no i ona świetnie się odnajduje w tym towarzystwie. Świetnie. Cudownie - potrząsnęła głową, tylko po to, aby zaraz odgarnąć dłonią kosmyki opadające na twarz, a drugą ręką przystawić kieliszek do ust. - A tobie jak się podoba? - spojrzała na niego z wyczekiwaniem. Wiedziała, że to, co robi, robi dobrze i prawdopodobnie, pomimo trudności z obiektywną oceną samego siebie oraz niestabilności emocjonalnej, łatwiej było jej stwierdzić, czy wernisaż się udał, czy też nie. A jednak zdanie brata było dla niej ważne, poza tym, był laikiem, a taka opinia też się liczyła. Nie chodziło tylko o to, aby trafić sztuką do krytyków i profesjonalistów. Zwykły Kowalski też mógł się tym zainteresować.
 
 
Felix Lorenzo


Felix Lorenzo

Boston


44

chirurg

już nie kawaler

Wysłany: 2017-10-26, 20:51   
  

  
  
  
  
  

  
  
Love me tender, love me sweet, never let me go.


Jak na wiecznie zadowolonego z życia kawalera był lekko zawiedziony tym, że dopadły go gorsze dni. Nie był facetem, którego dopadają takie dni, a już na pewno nie jakieś fejkowe przesilenie jesienne. Rozumiał jeśli ktoś miał problemy lub z natury miewał chwiejne nastroje, ale on jako ten optymistyczny wcale nie tak młody człowiek nie był przygotowany na to poirytowanie, znużenie i ciągłe poczucie braku czegoś. On nie był taki! Czasami bywał zbyt wyluzowany, na tyle przesadnie, że nie był w stanie zauważyć, że jego siostra boryka się z jakimiś problemami. Gdy jeszcze byli dziećmi świetnie sobie radził w rozwiązywaniu problemów, a wpierw w dostrzeganiu ich, jednak z czasem chyba utracił tą zdolność i teraz był taki nieświadomy tego co dzieje się wokół niego. Nie dotyczyło to jego pacjentów, bo w szpitalu jego spostrzegawczość była niewiarygodna, ale w życiu codziennym nie szło mu najlepiej.
Tak właściwie to nawet niewiarygodne jest, że mieszkając pod jednym dachem tak mało zauważał, chociaż akcja z wątrobą mu nie umknęła (a przynajmniej tak wnioskuję skoro on pracuje w szpitalu, bo mi umknęła). Pewnie jeszcze przyjdzie czas, w którym będzie się obwiniał za tą nieuwagę, bo powinien był być bardziej czujnym starszym bratem.
- No przecież wiem - uśmiechnął się szczerze i w odróżnieniu do niej nie miał oporów przed objęciem siostry, ale nie było to nic wielkiego, nie klepał jej po plecach i nie ściskał jak stęskniony wujek, którego w ogóle się nie pamięta, na pogrzebie ciotki z drugiej linii. Po prostu się przywitał, może nawet dał jej całusa w policzek, a później uśmiechnął się szeroko widząc jej podekscytowanie.
- Naprawdę się cieszę - stwierdził słysząc jej zadowolenie, a na pytanie zaśmiał się lekko. - Wiesz, że większość moich obrazów to jakiejś masowej produkcji dzieła zakupione w Sears? - pewnie znalazł je gdzieś w dziale dekoracyjnym, typowe. - Jednak jeśli chodzi o to co wystawione jest tutaj dzisiaj to przyznam, że wpadają w oko - nigdy nie ogarniał jakiś ciapek, mazideł czy jednej kreski sprzedającej sie za miliony monet i szedł tutaj trochę z nastawieniem, że właśnie to go czeka, ale pozytywnie go zaskoczyły.

[ten post ssie, wybacz]
 
 
Sofia de Lorenzo Lovegood


Wysłany: 2017-10-31, 14:08   

Jako dzieci cała ich gromada była inna. Każde z nich borykało się z innymi problemami. Największym była utrata rodziców, Felix stanął wtedy na wysokości zadania i wziął odpowiedzialność za rodzeŃstwo, choć nie zawsze mu się to podobało. Sofia niewiele z tego rozumiała, chociaż też odczuła nagły brak matki. Wtedy nie wykazywała jednak żadnych oznak wariacji. Była normalną nastolatką, z najlepszą przyjaciółką, chłopakiem, bandą innych dzieciaków, z którymi całkiem dobrze się bawiła. Przeżywała zwyczajne rozterki, które tak bardzo się nie różniły od rozterek dzisiejszej młodzieży - czy mnie kocha? czy nie zostanę szesnastoletnią matką? czy babcia pozwoli mi iść na tę imprezę? A potem wyjechała do wielkiego miasta, za kimś, kogo przez chwilę nazywała miłością swego życia, kto ją skrzywdził, zostawił na pastwę losu. Trafiła na przyszłego męża, który był wspaniałym człowiekiem i pomógł jej w potrzebie, a choć spędzili razem piętnaście lat, to on też nie zauważył, że nagle z Sofią zaczyna się dziać coś złego. Jak więc winić Felixa? Miał swoje życie, pracę, która w dużej mierze go pochłaniała. Sofia wiedziała, ze jest dla niego w jakimś stopniu ciężarem. Starała się nie zawracać mu głowy i też żyć własnym życiem, nie zawsze jej to wychodziło, jednak ostatnimi czasy spędzała większość doby w galerii, tworząc i ogarniając inne rzeczy. Felix nie musiał wiedzieć, że do namalowania rzek, w której brodzą któreś z kolei słonie, użyła krwi z własnych przedramion. To Boyd ją opatrzył i Sofia nie udała się z tym do lekarza. Może powinna, może tam by ją skierowali na jakieś badania na głowę. Felixowi na pewno nie umknęła sprawa z wątrobą, to było na tym nieszczęsnym Halloween, kiedy terroryści napadali na sklepiki z cukierkami. Nie pamiętam, czy ją ktoś dźgnął, czy tylko skopał, ale wątroba było ciut pęknięta. Doszła na szczęście do siebie i teraz Sofia nie przejmowała się już wątrobą, a zamiast tego wpadła w szał twórczy, który całkiem chętnie podsycała napojami alkoholowymi.
Uśmiechnęła się szeroko. Ona też się cieszyła, jednak uznanie brata było czymś więcej i niezmiernie ją satysfakcjonowało.
- Wiem. Powinieneś to zmienić. Otaczanie się sztuką z supermarketu nikomu jeszcze nie wyszło na dobre - i szczerze wątpiła, aby on miał być pod tym względem wyjątkiem. Szanowała jednak jego prywatność, nie wyrzucała mu nic z domu, nie przemeblowywała, nie dekorowała ścian po swojemu. Co najwyżej, rzucała mu delikatne aluzje i sugestie. Była gościem, choć już prawie dwa lata, to nie wypadało jej tego zmieniać. Wypadałoby natomiast na nowo się usamodzielnić, no ale jak? - Też tak myślę. Phyllis ma mnóstwo do przekazania, chociaż to nie zawsze dobre rzeczy, trochę siedzi w jej głowie. Dobrze, sztuka nie może przekazywać tylko tego, co dobre. Musi oddziaływać na emocje i na estetykę - no więc na obrazach widniały zniekształcone, płonące postaci, czasami w aktach albo scenach prokreacji, czasem przy najzwyczajniejszych, codziennych czynnościach. Na pewno było to wymowne i coś przekazywało albo nawet uświadamiało, autorka i Sofia to wiedziały, może znawcy, krytycy czy nabywcy też potrafili to dostrzec. My i Felix mamy trochę gorzej, ale Sofia nie widziała w tym nic złego. Taka była sztuka, każdy ją odbierał i interpretował na swój sposób. Każdy miał własną historię, która odnajdzie się w sztuce. Nie można nikomu narzucać jej odbioru.
 
 
Felix Lorenzo


Felix Lorenzo

Boston


44

chirurg

już nie kawaler

Wysłany: 2017-11-06, 15:53   
  

  
  
  
  
  

  
  
Love me tender, love me sweet, never let me go.


Rozpisałaś się, ale nie zagwarantuje tego samego, bo coś marnie mi idzie. Więc jeśli będzie krótki i beznadziejny placek to mi wybacz.
Jak zacznie pluć krwią to wtedy na ratunek jej wątroby może być odrobinę za późno, a Lorenzo coś o tym wie jako lekarz, ale w roli brata w ostatnich czasach nie spisuje się najlepiej, być może tłumacząc sobie to wcześniej poświęconymi latami, cholera jedna wie. Sęk w tym, że nie był gotowy na to aby stracić jeszcze kogoś, rodzice, babcia… miał rodzeŃstwo i nawet jeśli ich drogi raz po raz rozchodziły się i schodziły to nie oznaczało, że był gotowy na utratę kogokolwiek. Właściwie nigdy nie będzie na to gotowy, ale teraz to nie był ich czas. Może trochę by go zabolało (ba, cholernie bardzo), że nie zauważył problemów Sofie, że nie pomógł jej gdy ta ewidentnie się borykała z przeszłością, jednak sęk w tym, że o niczym nie wiedział. Żył w błogiej nieświadomości wiodąc życie idealne, wielki dom odwiecznego kawalera, praca, hobby i dziewczyna niestosownie młodsza, ale lubiła się z nim spotykać. Podobało się mu swoje życie, może na tyle, że nie chciał w swoim otoczeniu doszukiwać się jakiś problemów.
- Obrazy z supermarketu to chyba żadna sztuka - roześmiał się na zestawienie słów, którego użyła siostra - ale podobają mi się, a zabawa w zmienianie tego wszystkiego… nah, nie kręci mnie - stwierdził wzruszając bezradnie ramionami. - Ale… - zaczął pospiesznie - gdybyś Ty chciała się pobawić w zmianę sztuki z supermarketu na coś na poważnie związanego ze sztuką to masz wolną rękę… no, przynajmniej na tyle by nie puścić mnie z torbami - nie było go stać na jakiś wielkich artystów, a skoro siostra ma do tego dryg to czemu miałby jej zabraniać wprowadzenia jakiś zmian. - Tylko może odpuśćmy sobie te ze scenami prokreacji czy sposobami śmierci na tysiące sposobów - mógł na to spojrzeć, mógł się zachwycić lub być tym zniesmaczony, mogło się mu nawet nie podobać, lub zwyczajnie mógł nie rozumieć, ale nie musiał mieć wtedy tego u siebie. Gustował w tych dobrych rzeczach, a nie jakiś odchyleniach, które pojąć mógł jedynie artysta lub dobry fan czy krytyk.
 
 
Sofia de Lorenzo Lovegood


Wysłany: 2017-11-12, 17:31   

Wybaczę, i dziś chyba powinnam zacząć od tego samego.
Przy ostatniej wizycie kontrolnej jej wątroba miała się całkiem nieźle, na tyle, aby Sofia zignorowała polecenie pojawienia się na kolejnej wizycie i poprawy diety. Mogła nie jeść tłusto, mogła przestać solić, nie stanowiło jej to większej różnicy. Ale zrezygnować z alkoholu, z nikotyny? Po co? Miała coś jeszcze do stracenia? Nie chciała narzucać się Felixowi z problemami, i tak wiele już zrobiła, przyjeżdżając tu, bez zapowiedzi, wprowadzając się do niego, zrzucając mu się na głowę i mieszkając u niego już prawie dwa lata, na dobrą sprawę zaczynając układać tu sobie życie. Założenie tu galerii raczej nie sugerowało, że Sofia wkrótce wróci do Argentyny. Nie musiała dodatkowo zawracać mu głowy swoją samotnością, zagubieniem czy niezrozumieniem. Jego życie też okazało się całkiem inne, niż Sofia się spodziewała, zupełnie jak wszystko inne. Nie miał ukochanej kobiety, mieszkał sam, nieślubne dziecko wychowując na odległość. Po prostu wszystko było nie tak, jak powinno, a ona nie mogła nic na to poradzić, zupełnie tak, jak nie potrafiła naprawić własnego życia.
- To nie tak, sztukę można czasami znaleźć w najbardziej niespodziewanych miejscach. Tylko czasami... Ona nie ma dobrego wpływu. Kiedy jest nijaka i komercyjna - nie żeby jej nie zależało na sprzedaży obrazów w kwotach, o jakich szarym bostoŃczykom się nie śniło, ale to była całkiem inna sytuacja. Nie sprzedawała ich w marketach. - Wolną? Miałabym wyrzucić te dziwne kwiatki i powiesić coś, co zostało faktycznie namalowane, a nie wydrukowane? - uniosła brwi. Zdziwił ją, tak odrobinę. Nie wydawało jej się, aby Felix z taką łatwością pozbywał się rzeczy z domu czy życia. Może już go wcale nie znała? - Jest przecież dużo innych obrazów, nawet Phyllis ma coś... Weselszego. W jaśniejszych, może przyjemniejszych barwach. Chodź, obejrzymy - ujęła go pod ramię i powoli stukając obcasami poprowadziła go w kierunku obrazów, które miała na myśli. Musiała przecież się zorientować, czy Felixowi taka tematyka by pasowała. Może nawet byłby chętny coś zakupić? Dwa wschody słoŃca, na trzecim obrazie słoŃce w zenicie, wszędzie woda i drzewa, nagie kobiety, delikatne i zwiewne, niemal niewidoczne, niczym nimfy i rusałki wychylające się zza drzew bądź opadające w tafle wody. Klimat fantastyczny, absolutnie nie mroczny, trochę jak bajki z dzieciŃstwa, chociaż chyba nie z tego należącego do Lorenzów. Może tego im brakowało, może Felix odnalazłby w tych obrazach coś, czemu by uległ?
 
 
Felix Lorenzo


Felix Lorenzo

Boston


44

chirurg

już nie kawaler

Wysłany: 2017-11-16, 15:38   
  

  
  
  
  
  

  
  
Love me tender, love me sweet, never let me go.


Na Felka to się ostatnio muszę zmuszać i robię to też dziś, bo tak to pewnie nie odpisałabym prędko. #3 jeszcze tyle zostało (o ile nie postanowisz mi czymś dowalić jeszcze dziś) i zajmę się ładnymi rzeczami, więc nie musisz się spieszyć z odpisem.
Pomijanie wizyt, niestosowanie się do odpowiedniej diety, a tej wzbogaconej o alkohol i papierosy - cóż, na pewno nie doprowadzi do czegoś dobrego, a raczej wręcz przeciwnie. Jeśli nie teraz to później, nie mogła oczekiwać czegoś innego postępując w taki sposób. Właściwie to nigdy się mu nie narzucała, a przynajmniej na daną chwilę jeszcze tego nie odczuł, a przecież dzielił z nią swój dom... może to dlatego, że był duży, a może dlatego, że spędzała w nim mało czasu, a dokładając do tego jego wyjazdy i dyżury - mijali się, po prostu.
- Obawiasz się, że dom, w którym większość to sztuka prosto z supermarketu, nie wpłynie na mnie zbyt dobrze? Czy Ty się o mnie martwisz? - drugie pytanie zadał nieco rozczulonym tonem, którego nabrał rzecz jasna celowo, po czym roześmiał się lekko. - Tak wolną... możesz się tym zająć, nawet dziś - dodał z rozbawieniem zdając sobie sprawę, że dziś to raczej tego nie zrobi, w koŃcu tyle się tutaj działo! Ale do świąt pewnie się wyrobi. - W koŃcu to tylko rzeczy z supermarketu – tak, zdecydowanie nie był osobą, która się przywiązuje, nie licząc swoich pamiątek z wyścigów czy zdjęć które wykonał Jesse Alexander. Nie przywiązywał się do ludzi ani do rzeczy, pewnie dlatego był wciąż sam i tak łatwo przychodziły mu zmiany. - Coś takiego będzie na pewno dobre – weselszego i jaśniejszego, yup. Mimo to pokusi się na zobaczenie dzieł, które chce mu pokazać siostra, ale tak czy owak może zostawić jej tą robotę w całości. Niech zmienia co się jej spodoba.
 
 
Sofia de Lorenzo Lovegood


Wysłany: 2017-11-27, 02:10   

No to się nie pospieszyłam, ale za to ładne rzeczy są ładne no i mam nadzieję, że skoro Felek już wyrywa Saskię, to się nie będziesz musiała do niego zmuszać, yay!
Sofia wolała spędzać czas w galerii niż w domu Felixa. Oczywiście było jej u niego bardzo dobrze, po takim czasie mieszkania czuła się tam już dość swobodnie, nigdy nie natknęła się na żadną małolatę (ale kiedyś pewnie tak się stanie), no i było tam ładnie i przytulnie. Chętnie do niego wracała, jednak urządziła sobie pracownię w galerii, a ostatecznie malowanie było wszystkim tym, co jej jeszcze w życiu pozostało. Nie chciała mu brudzić w domu, bo to jednak działało tak, że znaczna część farby nie lądowała na płótnie, ale na ścianach i podłodze. Miała do tego przeznaczone konkretne, niewielkie pomieszczenia i tam było to w jak najlepszym porządku.
Sofia nigdy za bardzo o siebie nie dbała, nie było hipochondrykiem, a wręcz szło to w drugą stronę – często zaniedbywała swoje zdrowie. Popadała w uzależnienia, miała wahania nastrojów, ba, fazy maniakalne i depresyjne, o których istnieniu nie miała zielonego pojęcia, bo nigdy nie wpadła na to, by wybrać się z tym do lekarza. Przecież każdy miewał zmienne humorki, a ona, jako artystka, z natury byłą bardziej wrażliwa, może nawet trochę szalona. To dla niej zupełnie naturalne.
- Zawsze się o ciebie martwiłam, dlaczego sądzisz inaczej? – spojrzała na niego bardzo poważnie, to chyba nie był dla niej temat do żartów. Może nie odczuwał tego za bardzo – jako dziecko nie potrafiła się zaopiekować starszym bratem, a potem on wyjechał, ona tez, prawie się nie widywali, tylko kilka razy do roku wysyłali sobie kartki. RodzeŃstwo było jednak na szczycie listy gości weselnych, kiedy Sofia je organizowała, a ich pierwsze wspólne rodzinne zdjęcie zajmowało szczególne miejsce w mieszkaniu Jose. Na pewno wzięła je ze sobą do Bostonu i teraz stało gdzieś w domu Felixa. – Nie będę ich wyrzucać, schowam je gdzieś, gdybyś kiedyś za nimi zatęsknił – obdarzyła go uśmiechem. Ona przywiązywała się, czasem nawet bardzo, zwłaszcza do ludzi. Nie do każdego, a tylko do tych wyjątkowych osób, które – jak obrazy – wzbudzały w niej emocje i sprawiały, że czuła, że żyje. Może bibeloty z supermarketu były takie dla Felixa, tego nie mogła wiedzieć. Skoro już dotarli do obrazów w innym klimacie, Sofia zerknęła na brata i przygryzła na chwilę dolną wargę, niemalz podekscytowaniem oczekując jego reakcji. – Myślisz, że coś takiego mogłoby wisieć w twoim salonie? – musiała wybadać grunt, a może kto wie, podaruje jeden z nich Felixowi w prezencie?
 
 
Felix Lorenzo


Felix Lorenzo

Boston


44

chirurg

już nie kawaler

Wysłany: 2017-11-27, 12:47   
  

  
  
  
  
  

  
  
Love me tender, love me sweet, never let me go.


Teraz idą święta, więc znów bawię się w ładne rzeczy, ale nie na taką skalę jak poprzednio. :hihi: I Felix jeszcze nic nie wyrywa (jeszcze - słowo klucz), ale to prawda – nie muszę się zmuszać. Felek trochę się rozruszał.
To fakt, Felixa zdecydowanie ciągało do młodszych i tutaj nie chodziło tylko w kontekście relacji z kobietami, ale ogólnie chyba chciał zatrzymać uciekający czas otaczając się młodszymi znajomymi. To było nie w porządku, ale to sprawiało, że czuł się lepiej. Ostatecznie jednak wciąż był starszym bratem Sofie, przekroczył czterdziestkę i miał ośmioletniego syna, a jego związki nigdy nie otrzymywały miana związku, właściwie jakby ich nie było. Przelotne romanse, a do domu wracał sam. Dzielił go tylko z pojawiającym się od święta rodzeŃstwem i synem raz na jakiś czas, a biegające po nim młódki to cieŃ jego przeszłości, a co niesie przyszłość? Tego nawet on nie wiedział. Może w koŃcu Sofia natknie się na jakąś małolatę w jego domu, ale wpierw musi natknąć się na taką, którą do siebie przyprowadzi.
W Sofii można było dostrzec część ich matki - tą która pochłonięta była tak resztą ważnych spraw jakie je otaczały, że nie zwracała uwagi na swoje zdrowie, zaniedbując je. Oboje wiedzą, jak skoŃczyła - nie za dobrze. Gdyby coś stało się jej teraz, pewnie nigdy by sobie tego nie wybaczył... była pod jego nosem, a on niczego nie dostrzegał. Jak kiedyś, tylko niegdyś był dzieckiem, a teraz wykształconym lekarzem.
- Nie bądź taka poważna Sofia - zaśmiał się lekko, choć tak naprawdę nigdy nie dał sobie odczuć, że ktoś z jego rodzeŃstwa martwi się o niego. To on pełnił tą rolę, a potem uciekł w świat, nie dając im szansy na ukazanie tego. W głębi serca mógł zajmować ważne miejsce, ale to on zawsze uważał siebie za tego, który może i powinien się martwić, oraz za tego o którego nie powinno się zamartwiać, bo świetnie sobie radzi sam. - Wiem, że się martwisz... masz dobre serce – tylko zranione.
- W porządku - przytaknął, bo nie zamierzał się z nią kłócić, tylko dać jej wolną rękę. Skoro postanowiła je zachować niech będzie, choć wychodził z założenia, że wcale za nimi nie zatęskni. Inaczej jednak może być, gdy znikną one ze swoich miejsc, a on zacznie odczuwać pustkę. Tak zawsze było - wydawało mu się, że ktoś dla niego nie był ważny, że się nie przywiązywał, a gdy ta osoba znikała czegoś mu brakowało. Na chwilę, bo dość dobrze radził sobie w tłumieniu uczuć, ale mimo wszystko, gdzieś miał podatne na innych ludzi serce.
Nie tak trudno było zauważyć jej podekscytowanie, więc sam lekko uśmiechał się pod nosem. Przyjrzał się temu co chciała mu pokazać, a że nie znajdowało się tam nic odrażającego, zwiastującego śmierć i trzymającego mrocznych klimatów przytaknął. - Nadawałoby się - spojrzał na nią uśmiechając się lekko.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Jesteś ambitnym adwokatem, kochającym imprezy studentem, a może mężatką z dwójką dzieci? To nie ma znaczenia – gdy tylko przyjedziesz do Bostonu, poczujesz się jak w domu! Tylko tutaj możesz przejść przez pełen kwitnących, kolorowych kwiatów park, by wyjść tuż obok wielkiego wieżowca, a wracając, nie zapomnij zerknąć na stare, urocze kamieniczki znajdujące się tuż za rogiem! Nie jest to wielkomiejski labirynt z betonu, lecz przyjazne, niezwykle zielone miasto z masą parków, z plażami, zatokami, łodziami zacumowanymi u wybrzeży, pełne biegających i uprawiających sporty ludzi, pełne psów i dzieci. Wiosna w Bostonie to prawdziwe cudo ze względu na ogromne krzewy obsypane kwiatami. Jeśli jednak chcesz być blisko miasta, ale też cieszyć się życzliwością i poczuciem wspólnoty wybierz wspaniałe małe miasteczko jakim jest Concord. Lokalna społeczność ma silną więź, która łączy swoich mieszkańców, tutaj znajdziesz sąsiadów pomagających sąsiadom. Wspólnie można cieszyć się otaczającą przyrodą, zobaczyć słodkowodne żółwie, czaple modry, piżmaki i mnóstwo ptactwa. Odkryj piękno tego miasteczka, w każdym sezonie na nowo. Wiosna to czas lokalnych wydarzeń. Wybierz się na wycieczkę do jednego z wielu lokalnych targowisk i gospodarstw, aby spróbować domowych produktów, serów i syropu klonowego prosto z drzew Nowej Anglii.

POSZUKUJEMY!

Jeśli jest ktoś chętny wesprzeć administrację od strony porządkowej, czy też pomóc w kwestii tematyki eventów i wydarzeń losowych - zapraszamy do zgłoszenia się na moderatora

Read More
Harper
William
ATWOOD
WALKER
Strona wygenerowana w 0,46 sekundy. Zapytań do SQL: 6