Poprzedni temat «» Następny temat
MUREK NAD WODĄ
Autor Wiadomość
BostoŃczyk


BostoŃczyk

Wysłany: 2018-06-20, 10:11   MUREK NAD WODĄ



 
 
California paxton


Cal paxton

You wanna get weird?

let's get weird


34

Wysłany: 2018-08-20, 01:14   
   Multikonta: Lyelle paddington
   Nazywaj mnie: patką


/początek! + outfit

What to do, what to do, what to do?
What to do indeed.

Wielka szkoda, że California nie miał swojego własnego Misia o bardzo małym rozumku, który nawet, jeśli nie pomógłby mu rozwiązać problemu pod tytułem co zrobić z życiem, to chociaż posiedziałby obok i pocieszył go swoją obecnością. To byłoby bardzo miłe. Oczywiście Cal wcale się tym tak bardzo nie przejmował, przynajmniej nie na co dzieŃ, tylko dziś wypadł mu taki nostalgiczny dzieŃ, kiedy to spacerował po tych miejscach w Concord, które pamiętał z wczesnej młodości. Po Walden Pond też biegał, gdy był dzieckiem, a na murku nad wodą siadał z dziewczynami, które próbował wtedy podrywać, choć wszystkie po prostu śmiały się z jego żartów, a miały go dosyć, kiedy nie potrafił przestać żartować.
Dziś nie żartował, dziś był poważny i zamyślony (a jego twarz przybrała przy tym wyraz kociej mordki, której właściciel sra na pustyni), w dłoni trzymał sznurek, do którego przywiązany był czerwony balonik, ale nawet nie poprawił mu nastroju. Ani widok wody i odbijających się w tafli promieni słoŃca, bo dzieŃ był dziś przecież uroczy, ani widok i odgłosy rodzin, które korzystały z pięknej pogody.
Rozstanie z Laurą nie było oczywiście koŃcem świata, tak właściwie, to przez cały czas trwania ich związku był pewien, że to nie jest do koŃca prawdziwe, no i cóż, chyba się specjalnie nie pomylił. Najwidoczniej Laura też miała dość jego żartów i wolała poszukać sobie bardziej odpowiedniego mężczyzny, takiego, który miał wielkie ambicje i może nawet trochę rozumiał kobiety. Cal nigdy nie posiadł takiej supermocy, właściwie, gdyby już coś miał wymieniać, to potrafił wypić kufel piwa jednym duszkiem, ale po dwóch latach związku to przestało Laurze imponować. On sam był wciąż takim Calem, jak wtedy, gdy się poznali, ale jej z jakiegoś powodu przestało to odpowiadać. Nie rozumiał do koŃca, dlaczego, ale skoro dokładnie wyłożyła mu, że to koniec, i że ma się wyprowadzić, bo ona znalazła już sobie kogoś innego, to chyba nie pozostało mu zrobić nic więcej, niż postąpić zgodnie z jej życzeniem. Wydawało mu się, ze ją kocha, ale nie zamierzał wyjść na żałosnego chłopaczynę i przynajmniej próbował zniknąć z jej życia z godnością. No, niespecjalnie mu się to udało, bo mieszkał jeszcze u niej kilka tygodni, i nawet poznał jej nowego faceta, który był od niego bardziej elegancki, jeździł dużo lepszym autem, i prawdopodobnie miał też znacznie lepszą pracę, ale Paxton w koŃcu się wyniósł i dał im wszystkim święty spokój.
Chyba znacznie bardziej zabolała go utrata pracy. Nie lubił jej, wcale, ale w jakiś sposób był do niej przywiązany, bo przecież to jego pierwsza poważna praca, no i naprawdę spędził tam wiele lat. Choć miał jakieś oszczędności na czarną godzinę, to nie zamierzał ich wykorzystywać na bezczynne siedzenie w Nowym Jorku. Nowego Jorku też właściwie nigdy specjalnie nie lubił. Wolał swoje rodzinne Concord. I choć nie miał pojęcia, co mógłby tu robić, to chyba powrót do domu brzmiał dla niego wystarczająco zachęcająco, by faktycznie znów się tu znaleźć. Było fantastycznie. Mimo tego, że wciąż nie mógł znaleźć pracy, i po kolejnej dyskusji na ten temat z ojcem nie tryskał dziś wyjątkowo dobrym humorem, właściwie to jego humor był tak zły, ze nawet czerwony balonik nie mógł go poprawić, to zapach jeziora był dla niego bardzo przyjemny i Cal zdecydowanie chciał tu jeszcze kilka chwil posiedzieć. Przynajmniej tu nikomu nie przeszkadzał, i na nikim nie pasożytował, jak to wypomniał mu dziś pan Paxton w porywie nerwów i emocji. Może spróbuje przenieść się do siostry? Mógłby robić jej za niaŃkę. Na pewno byłby super wujkiem dla małej Maddie. Uczyłby ją, jak podrzucać sąsiadom pod drzwi psią kupę zawiniętą w płonącą gazetę, i jak celnie rzucać kamykami w te paskudne, wszędzie srające gołębie. Za takie dzieciŃstwo niejedno dziecko duszę by oddało.
Siedział tak sobie na tym murku, wspominając Beverly, która towarzyszyła mu osiemnaście lat temu w tym samym miejscu, w podobny dzieŃ, jak dzisiaj, tyle tylko, że wtedy oboje byli roześmiani, wystawiali swoje twarze do słoŃca, rude włosy Beverly żywo błyszczały. Trzymali się za ręce i Beverly oparła głową na jego ramieniu, a ponieważ powoli zmierzchało i mimo ciepłej pogody wokół nie było już zbyt wielu ludzi, Cal drugą rękę wsuwał ostrożnie pod jej obcisłą bluzeczkę do pępka, taką, jakie wtedy były modne, bo nosiła się w nich Britney Spears. I być może udałoby mu się nawet musnąć ledwie wyrośniętą pierś Beverly, gdyby tylko wredny, paskudny kundel nie zdecydował się do nich podbiec i obsikać jego kurtki, która leżała na trawie tuż obok. Czar prysł, Cal musiał oderwać się od Beverly i pogonić psa, a potem jeszcze kłócić się z jego właścicielem, aż w koŃcu dziewczyna zdecydowała się na powrót do domu i nie obdarowała Paxtona nawet buziakiem na do widzenia. Właściwie to tydzieŃ później i tak widziano ją na imprezie z Chace'm Cunnighamem, który grał w szkolnej drużynie sportowej, i Beverly już nigdy nie odezwała się do Cala, jedynie obdarzając go kilkoma uśmiechami, o których potem i tak już zapomniała. Nie była to pierwsza miłość Paxtona, ani nawet taka, która byłaby dla niego w jakiś sposób wyjątkowa, ale tak sobie o niej teraz pomyślał, bo jej włosy wyglądały wtedy bardzo ładnie, a ostatnio widział ją w Concord, jak szła z trojką dzieci, w wypłowiałym, niskim kucyku, zmęczona i przygarbiona, i z tego, co Cal zdołał wyszperać na fejsbuku, to była żoną innego brudnego fagasa, który chodził z nimi do liceum. Trochę jej szkoda, ale może gdyby się nie puszczała, to skoŃczyłaby lepiej.
Beverly nie była też jedyną dziewczyną, jakie tutaj przyprowadzał, przed i po niej było kilka innych, przy czym żadna tak naprawdę nie polubiła go na dłużej, bo nie potrafił rozmawiać o poezji ani o popowych gwiazdkach, bo w tych ostatnich właściwie bardziej interesowały go plakaty z Britney czy Shakirą w skąpych ciuszkach, niż ich jako taka muzyka. Całkiem możliwe, że kiedyś pogonił stąd Arizonę, kiedy nakrył ją z kolejnym brudnym fagasem, który nie miał w ogóle prawa tykać jego siostry, tylko trzeba było mu to dość dosadnie wbić do zakutej makówki. Mimo tego wszystkiego, Cal wciąż dobrze wspominał Concord, i te miejsca, które pamiętał jeszcze z czasów szkoły, i chyba zaczynał trochę żałować, że nie wrócił tu po studiach. Skoro jednak teraz nie wiedział, co mógłby tu robić, to czy inaczej byłoby dziesięć lat temu? To właściwie była najważniejsza sprawa, jaką powinien się teraz zająć, ale wcale nie chciało mu się o tym myśleć, wolał przymknąć oczy i wystawić twarz ku słoŃcu, łapiąc trochę sierpniowego ciepła i uśmiechając się samemu do siebie, bo jakby jednak nie spojrzeć, to to wszystko nie układało się przecież tak źle. Może udałoby mu się znaleźć pracę w jakimś kiosku, gdzie w wolnych chwilach zacząłby pracować nad książką. To całkiem dobry plan, pomijając oczywiście kilka nieistotnych szczegółów, jak to, że aktualnie żadna z ofert pracy, jakie widział, nie dotyczyła posady sprzedawcy w kiosku, a on sam nie miał pojęcia, o czym mógłby napisać książkę, by ktoś w ogóle chciałby ją przeczytać. Sam był całkiem nudny, musiał popracować nad wymyślaniem ciekawych historii. Tym się jednak zajmie kiedy indziej. Na razie mógł sobie beztrosko machać nogami, które wisiały tuż nad taflą wody, trochę niżej, niż osiemnaście lat temu, gdy siedział tu z Beverly, a czerwony balonik dyndał nad jego głową niczym jakaś flaga na rowerku przedszkolaka, nauczony jednak tamtą przygodą sprzed lat, bluzę trzymał na kolanach. Jeszcze tego mu tylko brakowało, by obsikał ją jakiś kundel. Tego dnia miał już dość przykrych rzeczy.
 
 
BIANCA WALTERS


Bianca Walters

śpiewała ludziom na rejsach, a teraz

prowadzi rozgrywki bingo w domu starców


25

Wysłany: 2018-08-20, 19:27   

To będzie dobry dzieŃ!
Obudziła się jeszcze czując rytmy wczorajszej zabawy - nie byle jakiej. W koŃcu nieczęsto ma się okazję zaszaleć w rytmie starych hitów z gromadą ludzi 60+, a kto tego nie próbował nie wie jak bardzo można się zatracić w zabawie, jak wiele ciekawych tematów poruszyć, jak wiele żartów usłyszeć, o komplementach już nie wspominając. Leżała na łóżku wpatrując się w sufit, który kiedyś w porywie chwili i musicalowego nastroju pomalowała w tęczowe barwy, a z lampy zwisał papierowy jednorożec, który był jedynie marną podróbką dmuchanego helem jednorożca jakiego przyprowadziła ze sobą z jednego festynu jaki odbywał się w Concord, którego żywot skoŃczył się w porywie wiatru przy otwartym oknem. Zupełnie nie przejmowała się tym, że to przecież nie jej dom tylko brata, a sypialnia która zajmowała miała być tylko chwilowym przystankiem. Leżąc tak odtwarzała w głowie wczorajsze historie, a spora część z nich dotyczyła jej ulubionego tematu - miłości. Z początku praca była dla niej tylko rozgrywką bingo i śpiewem dla znudzonych staruszków, którzy z czasem skradli jej serce swoimi historiami.
Ałć, jednak nie taki dobry.
Stwierdziła w myślach gdy oderwała głowę od poduszki. Fakt, staruszkowie wraz z wiekiem i pewnymi lukami w pamięci wcale nie zatracili umiejętności picia. Wraz z bólem jaki uderzył jej do głowy przy pierwszej próbie wstania z łóżka uświadomiła sobie, że banda starców ja upiła! Przykryła się kołdrą próbując zatrzymać fale wstydu, nie udało się. Westchnęła odkrywając twarz i spoglądając na papierowego jednorożca.
Pora wstać.
Pomyślała, tym razem już była gotowa na uderzenie bólu do głowy i walcząc w koŃcu usiadła na skraju łóżka, założyła kapcie, ubrała przeciwsłoneczne okulary i podeszła do okna odsuwając zasłony. Nie dała szansy słoŃcu zakpić sobie z jej kaca i światłowstrętu, ale brat w toalecie już sobie z niej zakupił, gdy w piżamie totalnie zaspana szorowała zęby z okularami na nosie. Wiedziała, że tego dnia się z nimi nie rozstanie.
Gdy względnie doprowadziła się do porządku po tym jak urządzili ja staruszkowie, splądrowała lodówkę brata, zaparzyła litr kawy i odpaliła playlistę z ulubionymi kawałkami czując jak powoli wraca do sił. Muzyka miała jakąś magiczna moc regeneracji w jej przypadku, bo pół godziny po śniadaniu i kawie przemieszczała się po domu śpiewając do butelki z wodą w której rozpuszczały się musujące witaminy. Dziś miała wolny dzieŃ, którego nie chciała zmarnować na siedzenie w domu z kacem i choć nie miała żadnych ambitnych planów postanowiła wsiąść na rower i zobaczyć co w Concord piszczy. Choć miała założone słuchawki to i tak większość ludzi obok których przejeżdżała mogła się domyślić czego słuchała, bo jednocześnie śpiewała, to było silniejsze od niej. Mieszkała tutaj już jakiś czas, ale głównie znała grono bardziej wiekowych ludzi, paru współpracowników, kilku sąsiadów i nikogo więcej. Krótkie i przypadkowe wymiany zdaŃ w sklepach, parku czy po prostu na mieście nie sprawiały, że znalazła tu wielu nowych znajomych. Jeszcze. Uważała, że wszystko przyjdzie z czasem. Większość bliskich osób miała w mieście jeszcze z okresu dorastania czy z liceum, znajomi ze studiów są teraz w różnych częściach świata z tego co zdążyła zaobserwować na portalach społecznościowych, z kolei tutaj musiała pozyskać sobie nowych, co nie należało do trudnych zadaŃ bo była otwarta na nowe relacje, ale jak wszystko wymagało trochę czasu. Pewnie samotne rowerowe wycieczki nie były w tym pomocne, ale może u celu swojej wyprawy pozna kogoś ciekawego?
W małej lodziarni w centrum Concord uśmiechała się uroczo do sprzedawcy o ładnych oczach, a przynajmniej robiła to do chwili w której jakaś fit larwa zakręciła się wokół niego w górze od bikini i skąpych szortach z którym przegrała tą konkurencję. Gdy już pochłonęła swoją lodową nagrodę pocieszenia wsiadła na rower oddalając się od centrum. Bardzo tęskniła za rejsami i odrobinę żałowała, że z nich tak szybko zrezygnowała. Oczywiście mogła znów wszystko tutaj rzucić i zaciągnąć się do pracy na statku, ale jednocześnie nie umiała nagle zostawić tego co powoli budowała w Concord. Nic dziwnego, że przez tą tęsknotę ciągnęło ją do wody, a sporą część wolnego czasu spędzała nad jeziorem. W niczym nie mogło się ono równać z wodą rozciągającą się po horyzont, ale zawsze to jakaś namiastka. Kochała wodę, kochała pływać i to właśnie robiła zaraz po tym jak dojechała nad kąpielisko. Szkoda tylko, że bawiąc się w wodnego głupiego jasia z jakimiś licealistami zgubiła swoje okulary, a słoŃce mogło sobie w koŃcu z niej zakpić. Opalanie, woda, przesolone frytki… Czego mogła chcieć dziś więcej?
Nie przypuszczała, że cokolwiek lub ktokolwiek mógłby ten dzieŃ jej zepsuć, a wsiadając na rower wciąż nie miała zamiaru wracać do domu brata, gdzie zamieszkiwała tymczasowo ze swoim papierowym jednorożcem. Jeździła po okolicy, a bez okularów przeciwsłonecznych nie było takie łatwe jak wcześniej i pewnie jeździłaby tak do zmroku, gdyby jej uwagi nie przykuł czerwony balonik. Zahamowała wpatrując się w oddalony od dróżki murek, zsunęła się z siodełka, złapała gumową piłkę i rzuciła w plecy nieznajomego wołając - orientuj się - dla żartu. Mężczyzna na murku w zaroślach z balonem w ręku wyglądał pewnie dla niektórych podejrzanie; mógł być pedofilem czającym się w krzakach i wabiącym dzieci balonikiem - okropne, ale Biance zwabił, a było z niej czasami duże dziecko. Strach się bać! Mogłaby być takim misiem o bardzo małym rozumku, mogłaby posiedzieć obok tak po prostu i pocieszyć… ale nie była. Była tylko młodą Walters, jedna z dwóch, ta która intensywnie przechodziła każde uniesienia miłosne, a nawet przypadkowy romans w krótki weekend potrafił nieźle nią zakręcić. Niepowodzenia jednak pozostawiała za sobą równie szybko jak potrafiła się zakochać. Problem w tym, że choć wydawało się jej, że dawne uniesienia ma już za sobą, najwyraźniej się myliła, bo gdy mężczyzna odwrócił się ona poczuła dziwne ukłucie w klatce jak wtedy gdy będąc w porcie zobaczyła Cala witającego się z dziewczyną. Nienawidziła gdy mężczyźni to robili - zatajenie faktu, że ma się kogoś zdaniem Bianki było okrutne. Sama nie wiedziała czy gorzej czuła się z tym, że była tak naiwna, że nie zauważyła nawet jak stała się przypadkową rozrywką czy z tym, że podczas tych trzech dni w dziwny sposób go polubiła. Może jednak była głupim misiem o małym rozumku i zbyt szybko otwierającym się serduszku, ale siedzieć i pocieszać to na pewno nie będzie, bo jedyne co właśnie miała zrobić to odwrócić się, wrócić na rower i odjechać tak by się za nią kurzyło. Tak też zrobiła. Odwróciła się, wróciła na rower, ale ruszając napięcie była tak zdenerwowana że noga jej uciekła z pedału, zdarła sobie kostkę i się przewróciła przy okazji zdzierając też kolano, mrucząc jednocześnie pod nosem, że gorzej już być nie mogło. Choć w głowie miała parę pytaŃ lub bardziej zarzutów wolała uciec z miejsca zdarzenia.
_________________
Bianca Walters
Thank you for the music The songs I’m singing. Thanks for all the joy They’re bringing. Who can live without it?
 
 
California paxton


Cal paxton

You wanna get weird?

let's get weird


34

Wysłany: 2018-09-18, 20:09   
   Multikonta: Lyelle paddington
   Nazywaj mnie: patką


Miłość była aktualnie dla niego tematem dość drażliwym, i nawet niekoniecznie chciałby go poruszać. Sam może nie był zakochany w Laurze do szaleŃstwa, ale niekoniecznie też tego wymagał od życia i bardziej łudził się, że zwyczajnie je sobie już ułożył. Jak się jednak okazało, wcale tak nie było. Laura miała na siebie inny plan, on został sam, i to totalnie - z niczym, wylądował więc tu, w Concord, gdzie za dzieciaka zawsze chciał być, a gdzie teraz nie potrafił się odnaleźć. Nie wpadł nawet na to, że mógłby udać się na bingo dla staruszków, ot tak, w poszukiwaniu siebie czy czegokolwiek innego. Zamiast tego zaopatrzył się w czerwony balonik i siedział nad wodą niczym pedofil czekający na potencjalne dziecko, które zniknie rodzicom z pola widzenia. Pracy powinien poszukać, ot co. Może plany z dzieciŃstwa do niego powrócą i jednak zostanie śmieciarzem? To przecież nie taka wcale zła fucha. Trochę się może śmierdzi, ale wcale nie gorzej, niż po zmianie w maku.
W każdym razie, miłość nie była dla niego i raczej pogodził się już z tym, że nie został do niej stworzony. Czasami jeszcze próbował, ale na pewno nie pokładał w tym wielu nadziei. Czas spędzony na weselnym jachcie, na którym całkiem dobrze bawił się z Biancą nie był nawet taką próbą, a raczej czymś, co po prostu się stało, i tak samo potem zniknęło, a do czego on sam nie wracał. Nawet nie dlatego, bo wrócił do swojej dziewczyny, od której niedługo później przyszło mu się wyprowadzać, co dlatego, że nie wydawało mu się, by mogło wyjść z tego cokolwiek poza wakacyjnym romanse. To jest, weekendowym. Pośmiali się, pobawili, może nawet udało mu się ją pocałować, gdy już wszyscy się spili na tyle, by bawić się do muzyki z płyty, no ale hej, to też nie jest moment, w którym mówisz dziewczynie, że masz już inną. Jej światem były statki czy inne jachty, on miał wrócić do Nowego Jorku, ich drogi miały się już więcej nie spotkać. Dlaczego więc stało się inaczej? Dlaczego pacnęło go piłką w plecy, to stworzenie o zjawiskowym głosie, którego nigdy by się tu nie spodziewał? Jakim prawem?
Jak siedział, tak podskoczył, opadając z powrotem na murek, pacając w niego pośladkami. Ledwo utrzymał równowagę, w ostatniej chwili w jakis pokraczny sposób łapiąc krawędź dłoŃmi, bo wychylił się tak, że o mało co nie wpadł do wody. Oczywiście, szanował dobrą zabawę, lubił porzucać się piłką, ale raczej nie preferował, bu rzucać w niego z zaskoczenia. Zwłaszcza, że orientacji to on nie miał żadnej, zamiast łapać piłkę, tracił równowagę i wydawał z siebie nieoczekiwane dźwięki. Daleko im było do śpiewu Bianki. A gdyby nie fakt, iż siedział, to pierwszy z tego towarzystwa zaliczyłby glebę, zdecydowanie. Oczywiście, że w koŃcu się odwrócił, chcąc dostrzec, kto tak parszywie sobie z niego zakpił. Zaczął podnosić się do pionu - bardziej po to, by odsunąć się od brzegu i uniknąć ewentualnego wpadnięcia do wody, niż po to, aby cokolwiek jej wygarniać. Nie rozpoznał jej od razu, nie zrozumiał więc, czemu dziewczyna próbuje wsiąść na rower i uciec. Prawdopodobnie uznał, że to wciąż taki żart, podły psikus z jego osoby. No cóż, zdarza się, zwłaszcza jemu, nad czym nie zamierzał teraz ubolewać, ale kiedy dziewczę z roweru spadło, bohater Paxton od razu ruszył na ratunek. Pech chciał, że jednocześnie wypuścił z dłoni swój czerwony balonik, który poleciał w powietrze i zaczepił się gdzieś między gałęziami drzewa, pod którym stał, ale w tej chwili zupełnie się tym nie przejął. Zamiast tego szybkim krokiem zbliżył się do blondynki i spróbował ściągnąć z niej rower, tak, by łatwiej było jej się podnieść z ziemi.
- Nic ci nie jest? - spróbował ująć ją jakoś delikatnie za ramię, aby mogła się na nim oprzeć, podeprzeć, czy zrobić cokolwiek innego, co uznałaby za słuszne. Dopiero teraz - gdy jakoś bardziej skupił na niej swoją uwagę, a do tego jej włosy czy zapach w jakiś sposób pobudziły jego pamięć, dotarło do niego, z kim ma do czynienia. - Och. Cześć - zreflektował się od razu, puszczając ją i odsuwając się od niej, jakby bał się, że zrobi jej krzywdę, albo że ona wcale nie chce, by w ogóle ją dotykał. Zaraz jednak wystawił te swoje ręce znowu w jej kierunku, aby przypadkiem nie straciła równowagi i znów nie runęła na ziemię. - Jesteś cała? - dopytał jeszcze, marszcząc brwi i rozglądając się za miejscem, w którym mogłaby usiąść, gdyby jednak nie czuła się najlepiej. Suprise surprise: nie znalazł takiego, ale mogła sobie przecież przycupnąć na tym ładnym murku, na którym on sam siedział jeszcze przed kilkoma chwilami, prawda? Dopóki ona nie uskuteczniła zamachu na jego życie, w wyniku którego omal nie wpadł do wody.
 
 
BIANCA WALTERS


Bianca Walters

śpiewała ludziom na rejsach, a teraz

prowadzi rozgrywki bingo w domu starców


25

Wysłany: 2018-10-11, 09:29   

Bianka zawsze przeżywała wszystko w sposób spotęgowany. Wakacyjna przygoda, która tak w zasadzie nie miała w sobie jakiś większych uniesień miłosnych i tak wprawiła ją w pokręcony stan. Wystarczyło, że Cal miał ładne oczy i był nawet zabawny, a ona dość szybko przepadała. Kiedy więc odkryła, że w porcie czeka na niego dziewczyna poczuła się oszukana. Nawet jeśli nie wydarzyło się między nimi nic wielkiego to jednak coś się wydarzyło, a zamiast weekendowej przygody poczuła się jak weekendowa odskocznia dla tego pana. Nie wiedziała jak jego losy się potoczyły, ale chciała się gdzieś schować i zrobić sobie przerwę. Chyba sobie uświadomiła, że niejednokrotnie mogła robić za odskocznię, no ale trudno. Postanowiła, że teraz będzie inaczej: znajdzie pracę i nie będzie zakochiwać się nałogowo, bo przez to ma zaburzone racjonalne myślenie i same problemy. Oczywiście średnio jej to wychodziło, ale przynajmniej się starała, ale los najwyraźniej postanowił sobie z niej zakpić - zapewne dlatego, że bardzo szybko poleciała na czerwony balonik! Gdyby wcześniej wiedziała, że na murku siedział Cal to albo ominęła by ten rejon szerokim łukiem, albo pacnęła by go piłką, ale tak by do tej wody wpadł! Jednak nie wiedziała, więc w chwili gdy on ledwo utrzymał równowagę ona w duchu się cieszyła, że nie zrobiła obcemu mężczyźnie, aż takiego psikusa. Bianka tak naprawdę nie potrafiła być złośliwa czy też długo się gniewać, bo to wprowadzało jakąś złą aurę do jej życia, które przecież miało być wesołym musicalem. Z Calem miało pójść łatwo, w końcu nie przypuszczała, że jeszcze go zobaczy, wystarczyło uporać się z tą złością sam na sam… a teraz… Co teraz miała zrobić? Był tutaj, a ona nie miała okazji wcześniej dać upustu swojej złości, więc ona wróciła psując całą wesołą aurę jaka sobie utworzyła i na domiar złego starła sobie kolana. Miło było, że zdjął z niej rower i próbował pomóc jej wstać, choć ona dobrze wiedziała z kim ma do czynienia i upierała się, że poradzi sobie sama, ale w momencie gdy on zorientował się z kim ma do czynienia i ją puścił ona o mały włos ponownie wylądowała na ziemi. Jakimś cudem złapała równowagę spoglądając na jego wyciągnięte ręce, a potem prosto w oczy. - Jak widać - chciała zabrzmieć trochę tak jakby nic właśnie się nie wydarzyło, ale stało się. Piekły ją kolana, które sobie zdarła, miała obolały nadgarstek na który upadła i mocno orbita kostkę, bo gdy próbowała przenieść ciężar ciała na lewą stronę to - ałć - bolało. Rozglądnęła się po okolicy, bo zwyczajnie musiała gdzieś usiąść na moment i jedynym rozsądnym miejscem była albo trawa, gdzie co krok roiło się od mrówek i skończyłaby jak Telimena w Panu Tadeuszu, albo właśnie murek. Logiczne, że wybrała opcję numer dwa. Poczlapała tam starając się wyglądać jak okaz zdrowia i milion dolców, ale z daleka było widać, że bliżej jej do zombie, bo kostka dała się jej we znaki i bardziej ciągnęła ją za sobą niż szła z gracją. - Co ty tutaj robisz? - zapytała nie ukrywając zdziwienia. Nowy Jork, a Concord? Dla niej to w ogóle nie miało ładu i składu, no ale nie ma się co dziwić, nie wiedziała, że tutaj ma swoją rodzinę. Grzebiąc w torebce, w której było wszystko i nic, w końcu dotarła do jakiś prowizorycznych plasterków, które nakleiła na swoje kolana, a później zsunęła buty i usiadła w miejscu, gdzie woda była nico bliżej i zamoczyła w niej stopy.
_________________
Bianca Walters
Thank you for the music The songs I’m singing. Thanks for all the joy They’re bringing. Who can live without it?
 
 
California paxton


Cal paxton

You wanna get weird?

let's get weird


34

Wysłany: 2018-10-28, 18:13   
   Multikonta: Lyelle paddington
   Nazywaj mnie: patką


Wcale nie chciał zmieniać czy, o zgrozo, niszczyć czyjegokolwiek życia, a zwłaszcza nie Bianki, która przecież była bardzo miła i zabawna, i naprawdę spędził z nią bardzo miły czas, ale... co mógł zrobić? Pojawiła się nagle, wcale się jej nie spodziewał, a Laura byłą gdzie indziej, wciąż oficjalnie do niego przyczepiona, choć tak naprawdę od jakiegoś czasu już żadne z nich nie czuło niczego, co powinno się czuć w związku. Panna Walters była dla niego powiewem świeżości, któremu nie mógł się oprzeć, ale kiedy on wracał do Nowego Jorku, ona chyba wracała znów na statek, a Laura... Och, no cóż, wciąż rościła sobie do niego jakieś prawa, a on był zdany na jej łaskę - zapewne dlatego mieszkał u niej jeszcze po tym, jak już zdecydowała się go rzucić. Nie potrafił sam o siebie zadbać ani podejmować jakichkolwiek decyzji, no i proszę, tak znalazł się tutaj, wracając do domu rodzinnego z podkulonym ogonem, bez pracy i jakichkolwiek dalszych perspektyw. No i z balonikiem, na który poleciała Bianka - tego to by się nie spodziewał, żeby dorosła kobieta miała zostać poderwana na balonik, huh. Może jednak są sobie pisani? Póki co, Bianca chciała wrzucić Cala do wody, a on chciał zapaść się pod ziemię, zwłaszcza kiedy dziewczyna znów straciła równowagę tylko dlatego, bo ją puścił. No cóż, nie przewróciła się, jego szczęście, ale niemal zaraz mu uciekła, a choć nie miała zabójczego tępa, to on tylko stał i patrzył na nią ze zdziwieniem. Skoro już poradziła sobie bez jego pomocy, to zdecydował się na podniesienie roweru i podprowadzenie go ze sobą. Szkoda, żeby leżał na środku ścieżki, ktoś mógł go przecież zabrać w chwili ich nieuwagi. Oparł go o drzewo tuż obok murku, a potem sam przycupnął obok niej. Nie to, że czuł się jakoś wielce za nią odpowiedzialny, ale przynajmniej tyle wrażliwości w sobie miał, by nie chcieć zostawiać jej samej. Mogła przecież uderzyć się w głowę i nic mu nie powiedzieć, co jeśli by poszedł, a ona straciłaby przytomność, wpadła do wody i się utopiła? Nie miał chyba aż takiej wyobraźni, ale wolał się upewnić, że wszystko jest w porządku. Nie wiedział, jak jej pomóc, więc tylko obserwował, jak przykleja plastry na kolana, aż w końcu zaskoczyła go pytaniem.
- Och, siedziałem tylko. Poszedłem na spacer - wzruszył ramionami. Zupełnie nie zrozumiał jej pytania. Skąd miał wiedzieć, że chodziło jej o fakt, iż ostatnio widzieli się w NYC? Dla niego bycie w Concord nie było niczym dziwnym. Jej pobyt tu mógłby być dziwniejszy, ale do takich wniosków on też nie doszedł. Równie dobrze mogła tu przecież przypłynąć. Tak to sobie wyobrażał - że całe życie pływała.
 
 
BIANCA WALTERS


Bianca Walters

śpiewała ludziom na rejsach, a teraz

prowadzi rozgrywki bingo w domu starców


25

Wysłany: 2018-11-04, 06:29   

W dużej mierze to jak się czuła po wszystkim było jej winą - w końcu to ona była łatwo wierna i zbyt szybko bujała w obłokach, ale z drugiej strony to nie ona była zajęta. Wszystko jednak prysnęło podczas zejścia na ląd, gdzie zwyczajnie chciała go zaczepić i spotkać się raz jeszcze w innych okolicznościach, ale jej intencje nie pokryły się z jego, bo witał zupełnie inna dziewczynę w porcie. Może nie zniszczył jej życia (to zdecydowanie za wiele powiedziane), ale na pewno nieco je zmienił i ostatecznie zrobiła sobie przerwę od rejsów ładując najpierw w rodzinnym Bostonie, a później w pobliskim Concord. Miała się całkiem nieźle tutaj, od dziecka uwielbiała festiwale lokalne w tym miasteczku i… wojskowych, których tutaj można było spotkać dość często, a jak wiadomo - za mundurem Panny sznurem. Były też bardzo niepozorne czerwone baloniki w środku lasu, a właściwie jeden i to on przywiódł ją właśnie tutaj wprost do niego. Raczej nie taki obrót wydarzeń wyobrażała sobie po dotarciu do balonika, ale skoro już tutaj była musiała temu sprostać. W całym zamieszaniu, aż zapomniała o swoim rowerku i zostawiła go na pastwę losu na środku ścieżki, ale widok Cala totalnie zabił ją z tropu i nie do końca wiedziała jak powinna się zachować. Powinna udawać, że się nie znają? Nic nie zaszło? W końcu ma już dziewczynę, o zgrozo, a może ona gdzieś tutaj jest, a balonik należy do niej? Zaczęła zastanawiać się bardzo intensywnie nad tym wszystkim, jednocześnie opatrując sobie kolanka i przez chwilę nie orientując się, że przysiadł obok niej i jeszcze przyniósł ze sobą jej rower. Westchnęła lekko słysząc jego odpowiedź. - Nie chodziło mi o las, a o Concord - nawet w najmniejszym procencie nie przypuszczała, że on jest stąd, tu się wychowywał o dorastał. Wielokrotnie przekonała się, że świat jest mały i najwyraźniej musi przekonać się raz jeszcze by to ogarnąć swoim małym rozumkiem.
_________________
Bianca Walters
Thank you for the music The songs I’m singing. Thanks for all the joy They’re bringing. Who can live without it?
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Niektórym z nas słowo zima nie kojarzy się najlepiej. Ta pora roku zniechęca nas do siebie krótkimi, mroźnymi dniami i opadami śniegu, przez które martwimy się czy dojedziemy do pracy na czas. A na domiar złego w telewizji reklamy straszą nas bólem gardła, katarem i grypą. Ale czy naprawdę zimy nie da się lubić? Wróćmy pamięcią do czasu, kiedy sami byliśmy dziećmi. Pamiętacie tę radość, którą wywoływały pierwsze płatki śniegu? Pamiętacie te bitwy na śnieżki, wspólne lepienie bałwana albo ślizgawkę na szkolnym boisku? Prawda, że miło było pościągać się z przyjaciółmi na sankach? Zima jest całkiem fajna! A my, chociaż lubimy sobie czasem pomarudzić w głębi serca dobrze o tym wiemy.
Saskia
Calvin
Lovell
Stokes-Brown
Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua.
Strona wygenerowana w 0,08 sekundy. Zapytań do SQL: 6