Poprzedni temat «» Następny temat
MUREK NAD WODĄ
Autor Wiadomość
Massachusetts


Massachusetts

Wysłany: 2018-06-20, 11:11   MUREK NAD WODĄ



 
 
California paxton


california paxton

concord


34

szukam

nie szukam

Wysłany: 2018-08-20, 02:14   
  

  
  
  
  
  

  
  
YOU WANNA GET WEIRD? LET'S GET WEIRD


/początek! + outfit

What to do, what to do, what to do?
What to do indeed.

Wielka szkoda, że California nie miał swojego własnego Misia o bardzo małym rozumku, który nawet, jeśli nie pomógłby mu rozwiązać problemu pod tytułem co zrobić z życiem, to chociaż posiedziałby obok i pocieszył go swoją obecnością. To byłoby bardzo miłe. Oczywiście Cal wcale się tym tak bardzo nie przejmował, przynajmniej nie na co dzieŃ, tylko dziś wypadł mu taki nostalgiczny dzieŃ, kiedy to spacerował po tych miejscach w Concord, które pamiętał z wczesnej młodości. Po Walden Pond też biegał, gdy był dzieckiem, a na murku nad wodą siadał z dziewczynami, które próbował wtedy podrywać, choć wszystkie po prostu śmiały się z jego żartów, a miały go dosyć, kiedy nie potrafił przestać żartować.
Dziś nie żartował, dziś był poważny i zamyślony (a jego twarz przybrała przy tym wyraz kociej mordki, której właściciel sra na pustyni), w dłoni trzymał sznurek, do którego przywiązany był czerwony balonik, ale nawet nie poprawił mu nastroju. Ani widok wody i odbijających się w tafli promieni słoŃca, bo dzieŃ był dziś przecież uroczy, ani widok i odgłosy rodzin, które korzystały z pięknej pogody.
Rozstanie z Laurą nie było oczywiście koŃcem świata, tak właściwie, to przez cały czas trwania ich związku był pewien, że to nie jest do koŃca prawdziwe, no i cóż, chyba się specjalnie nie pomylił. Najwidoczniej Laura też miała dość jego żartów i wolała poszukać sobie bardziej odpowiedniego mężczyzny, takiego, który miał wielkie ambicje i może nawet trochę rozumiał kobiety. Cal nigdy nie posiadł takiej supermocy, właściwie, gdyby już coś miał wymieniać, to potrafił wypić kufel piwa jednym duszkiem, ale po dwóch latach związku to przestało Laurze imponować. On sam był wciąż takim Calem, jak wtedy, gdy się poznali, ale jej z jakiegoś powodu przestało to odpowiadać. Nie rozumiał do koŃca, dlaczego, ale skoro dokładnie wyłożyła mu, że to koniec, i że ma się wyprowadzić, bo ona znalazła już sobie kogoś innego, to chyba nie pozostało mu zrobić nic więcej, niż postąpić zgodnie z jej życzeniem. Wydawało mu się, ze ją kocha, ale nie zamierzał wyjść na żałosnego chłopaczynę i przynajmniej próbował zniknąć z jej życia z godnością. No, niespecjalnie mu się to udało, bo mieszkał jeszcze u niej kilka tygodni, i nawet poznał jej nowego faceta, który był od niego bardziej elegancki, jeździł dużo lepszym autem, i prawdopodobnie miał też znacznie lepszą pracę, ale Paxton w koŃcu się wyniósł i dał im wszystkim święty spokój.
Chyba znacznie bardziej zabolała go utrata pracy. Nie lubił jej, wcale, ale w jakiś sposób był do niej przywiązany, bo przecież to jego pierwsza poważna praca, no i naprawdę spędził tam wiele lat. Choć miał jakieś oszczędności na czarną godzinę, to nie zamierzał ich wykorzystywać na bezczynne siedzenie w Nowym Jorku. Nowego Jorku też właściwie nigdy specjalnie nie lubił. Wolał swoje rodzinne Concord. I choć nie miał pojęcia, co mógłby tu robić, to chyba powrót do domu brzmiał dla niego wystarczająco zachęcająco, by faktycznie znów się tu znaleźć. Było fantastycznie. Mimo tego, że wciąż nie mógł znaleźć pracy, i po kolejnej dyskusji na ten temat z ojcem nie tryskał dziś wyjątkowo dobrym humorem, właściwie to jego humor był tak zły, ze nawet czerwony balonik nie mógł go poprawić, to zapach jeziora był dla niego bardzo przyjemny i Cal zdecydowanie chciał tu jeszcze kilka chwil posiedzieć. Przynajmniej tu nikomu nie przeszkadzał, i na nikim nie pasożytował, jak to wypomniał mu dziś pan Paxton w porywie nerwów i emocji. Może spróbuje przenieść się do siostry? Mógłby robić jej za niaŃkę. Na pewno byłby super wujkiem dla małej Maddie. Uczyłby ją, jak podrzucać sąsiadom pod drzwi psią kupę zawiniętą w płonącą gazetę, i jak celnie rzucać kamykami w te paskudne, wszędzie srające gołębie. Za takie dzieciŃstwo niejedno dziecko duszę by oddało.
Siedział tak sobie na tym murku, wspominając Beverly, która towarzyszyła mu osiemnaście lat temu w tym samym miejscu, w podobny dzieŃ, jak dzisiaj, tyle tylko, że wtedy oboje byli roześmiani, wystawiali swoje twarze do słoŃca, rude włosy Beverly żywo błyszczały. Trzymali się za ręce i Beverly oparła głową na jego ramieniu, a ponieważ powoli zmierzchało i mimo ciepłej pogody wokół nie było już zbyt wielu ludzi, Cal drugą rękę wsuwał ostrożnie pod jej obcisłą bluzeczkę do pępka, taką, jakie wtedy były modne, bo nosiła się w nich Britney Spears. I być może udałoby mu się nawet musnąć ledwie wyrośniętą pierś Beverly, gdyby tylko wredny, paskudny kundel nie zdecydował się do nich podbiec i obsikać jego kurtki, która leżała na trawie tuż obok. Czar prysł, Cal musiał oderwać się od Beverly i pogonić psa, a potem jeszcze kłócić się z jego właścicielem, aż w koŃcu dziewczyna zdecydowała się na powrót do domu i nie obdarowała Paxtona nawet buziakiem na do widzenia. Właściwie to tydzieŃ później i tak widziano ją na imprezie z Chace'm Cunnighamem, który grał w szkolnej drużynie sportowej, i Beverly już nigdy nie odezwała się do Cala, jedynie obdarzając go kilkoma uśmiechami, o których potem i tak już zapomniała. Nie była to pierwsza miłość Paxtona, ani nawet taka, która byłaby dla niego w jakiś sposób wyjątkowa, ale tak sobie o niej teraz pomyślał, bo jej włosy wyglądały wtedy bardzo ładnie, a ostatnio widział ją w Concord, jak szła z trojką dzieci, w wypłowiałym, niskim kucyku, zmęczona i przygarbiona, i z tego, co Cal zdołał wyszperać na fejsbuku, to była żoną innego brudnego fagasa, który chodził z nimi do liceum. Trochę jej szkoda, ale może gdyby się nie puszczała, to skoŃczyłaby lepiej.
Beverly nie była też jedyną dziewczyną, jakie tutaj przyprowadzał, przed i po niej było kilka innych, przy czym żadna tak naprawdę nie polubiła go na dłużej, bo nie potrafił rozmawiać o poezji ani o popowych gwiazdkach, bo w tych ostatnich właściwie bardziej interesowały go plakaty z Britney czy Shakirą w skąpych ciuszkach, niż ich jako taka muzyka. Całkiem możliwe, że kiedyś pogonił stąd Arizonę, kiedy nakrył ją z kolejnym brudnym fagasem, który nie miał w ogóle prawa tykać jego siostry, tylko trzeba było mu to dość dosadnie wbić do zakutej makówki. Mimo tego wszystkiego, Cal wciąż dobrze wspominał Concord, i te miejsca, które pamiętał jeszcze z czasów szkoły, i chyba zaczynał trochę żałować, że nie wrócił tu po studiach. Skoro jednak teraz nie wiedział, co mógłby tu robić, to czy inaczej byłoby dziesięć lat temu? To właściwie była najważniejsza sprawa, jaką powinien się teraz zająć, ale wcale nie chciało mu się o tym myśleć, wolał przymknąć oczy i wystawić twarz ku słoŃcu, łapiąc trochę sierpniowego ciepła i uśmiechając się samemu do siebie, bo jakby jednak nie spojrzeć, to to wszystko nie układało się przecież tak źle. Może udałoby mu się znaleźć pracę w jakimś kiosku, gdzie w wolnych chwilach zacząłby pracować nad książką. To całkiem dobry plan, pomijając oczywiście kilka nieistotnych szczegółów, jak to, że aktualnie żadna z ofert pracy, jakie widział, nie dotyczyła posady sprzedawcy w kiosku, a on sam nie miał pojęcia, o czym mógłby napisać książkę, by ktoś w ogóle chciałby ją przeczytać. Sam był całkiem nudny, musiał popracować nad wymyślaniem ciekawych historii. Tym się jednak zajmie kiedy indziej. Na razie mógł sobie beztrosko machać nogami, które wisiały tuż nad taflą wody, trochę niżej, niż osiemnaście lat temu, gdy siedział tu z Beverly, a czerwony balonik dyndał nad jego głową niczym jakaś flaga na rowerku przedszkolaka, nauczony jednak tamtą przygodą sprzed lat, bluzę trzymał na kolanach. Jeszcze tego mu tylko brakowało, by obsikał ją jakiś kundel. Tego dnia miał już dość przykrych rzeczy.
_________________
now what, so I say?
 
 
BIANCA WALTERS


Bianka Walters

CONCORD


26

zabawia staruszków

haha!

Wysłany: 2018-08-20, 20:27   
  

  
  
  
  
  

  
  
I was so lonesome, I was blue, I couldn’t help it, It had to be you...


To będzie dobry dzieŃ!
Obudziła się jeszcze czując rytmy wczorajszej zabawy - nie byle jakiej. W koŃcu nieczęsto ma się okazję zaszaleć w rytmie starych hitów z gromadą ludzi 60+, a kto tego nie próbował nie wie jak bardzo można się zatracić w zabawie, jak wiele ciekawych tematów poruszyć, jak wiele żartów usłyszeć, o komplementach już nie wspominając. Leżała na łóżku wpatrując się w sufit, który kiedyś w porywie chwili i musicalowego nastroju pomalowała w tęczowe barwy, a z lampy zwisał papierowy jednorożec, który był jedynie marną podróbką dmuchanego helem jednorożca jakiego przyprowadziła ze sobą z jednego festynu jaki odbywał się w Concord, którego żywot skoŃczył się w porywie wiatru przy otwartym oknem. Zupełnie nie przejmowała się tym, że to przecież nie jej dom tylko brata, a sypialnia która zajmowała miała być tylko chwilowym przystankiem. Leżąc tak odtwarzała w głowie wczorajsze historie, a spora część z nich dotyczyła jej ulubionego tematu - miłości. Z początku praca była dla niej tylko rozgrywką bingo i śpiewem dla znudzonych staruszków, którzy z czasem skradli jej serce swoimi historiami.
Ałć, jednak nie taki dobry.
Stwierdziła w myślach gdy oderwała głowę od poduszki. Fakt, staruszkowie wraz z wiekiem i pewnymi lukami w pamięci wcale nie zatracili umiejętności picia. Wraz z bólem jaki uderzył jej do głowy przy pierwszej próbie wstania z łóżka uświadomiła sobie, że banda starców ja upiła! Przykryła się kołdrą próbując zatrzymać fale wstydu, nie udało się. Westchnęła odkrywając twarz i spoglądając na papierowego jednorożca.
Pora wstać.
Pomyślała, tym razem już była gotowa na uderzenie bólu do głowy i walcząc w koŃcu usiadła na skraju łóżka, założyła kapcie, ubrała przeciwsłoneczne okulary i podeszła do okna odsuwając zasłony. Nie dała szansy słoŃcu zakpić sobie z jej kaca i światłowstrętu, ale brat w toalecie już sobie z niej zakupił, gdy w piżamie totalnie zaspana szorowała zęby z okularami na nosie. Wiedziała, że tego dnia się z nimi nie rozstanie.
Gdy względnie doprowadziła się do porządku po tym jak urządzili ja staruszkowie, splądrowała lodówkę brata, zaparzyła litr kawy i odpaliła playlistę z ulubionymi kawałkami czując jak powoli wraca do sił. Muzyka miała jakąś magiczna moc regeneracji w jej przypadku, bo pół godziny po śniadaniu i kawie przemieszczała się po domu śpiewając do butelki z wodą w której rozpuszczały się musujące witaminy. Dziś miała wolny dzieŃ, którego nie chciała zmarnować na siedzenie w domu z kacem i choć nie miała żadnych ambitnych planów postanowiła wsiąść na rower i zobaczyć co w Concord piszczy. Choć miała założone słuchawki to i tak większość ludzi obok których przejeżdżała mogła się domyślić czego słuchała, bo jednocześnie śpiewała, to było silniejsze od niej. Mieszkała tutaj już jakiś czas, ale głównie znała grono bardziej wiekowych ludzi, paru współpracowników, kilku sąsiadów i nikogo więcej. Krótkie i przypadkowe wymiany zdaŃ w sklepach, parku czy po prostu na mieście nie sprawiały, że znalazła tu wielu nowych znajomych. Jeszcze. Uważała, że wszystko przyjdzie z czasem. Większość bliskich osób miała w mieście jeszcze z okresu dorastania czy z liceum, znajomi ze studiów są teraz w różnych częściach świata z tego co zdążyła zaobserwować na portalach społecznościowych, z kolei tutaj musiała pozyskać sobie nowych, co nie należało do trudnych zadaŃ bo była otwarta na nowe relacje, ale jak wszystko wymagało trochę czasu. Pewnie samotne rowerowe wycieczki nie były w tym pomocne, ale może u celu swojej wyprawy pozna kogoś ciekawego?
W małej lodziarni w centrum Concord uśmiechała się uroczo do sprzedawcy o ładnych oczach, a przynajmniej robiła to do chwili w której jakaś fit larwa zakręciła się wokół niego w górze od bikini i skąpych szortach z którym przegrała tą konkurencję. Gdy już pochłonęła swoją lodową nagrodę pocieszenia wsiadła na rower oddalając się od centrum. Bardzo tęskniła za rejsami i odrobinę żałowała, że z nich tak szybko zrezygnowała. Oczywiście mogła znów wszystko tutaj rzucić i zaciągnąć się do pracy na statku, ale jednocześnie nie umiała nagle zostawić tego co powoli budowała w Concord. Nic dziwnego, że przez tą tęsknotę ciągnęło ją do wody, a sporą część wolnego czasu spędzała nad jeziorem. W niczym nie mogło się ono równać z wodą rozciągającą się po horyzont, ale zawsze to jakaś namiastka. Kochała wodę, kochała pływać i to właśnie robiła zaraz po tym jak dojechała nad kąpielisko. Szkoda tylko, że bawiąc się w wodnego głupiego jasia z jakimiś licealistami zgubiła swoje okulary, a słoŃce mogło sobie w koŃcu z niej zakpić. Opalanie, woda, przesolone frytki… Czego mogła chcieć dziś więcej?
Nie przypuszczała, że cokolwiek lub ktokolwiek mógłby ten dzieŃ jej zepsuć, a wsiadając na rower wciąż nie miała zamiaru wracać do domu brata, gdzie zamieszkiwała tymczasowo ze swoim papierowym jednorożcem. Jeździła po okolicy, a bez okularów przeciwsłonecznych nie było takie łatwe jak wcześniej i pewnie jeździłaby tak do zmroku, gdyby jej uwagi nie przykuł czerwony balonik. Zahamowała wpatrując się w oddalony od dróżki murek, zsunęła się z siodełka, złapała gumową piłkę i rzuciła w plecy nieznajomego wołając - orientuj się - dla żartu. Mężczyzna na murku w zaroślach z balonem w ręku wyglądał pewnie dla niektórych podejrzanie; mógł być pedofilem czającym się w krzakach i wabiącym dzieci balonikiem - okropne, ale Biance zwabił, a było z niej czasami duże dziecko. Strach się bać! Mogłaby być takim misiem o bardzo małym rozumku, mogłaby posiedzieć obok tak po prostu i pocieszyć… ale nie była. Była tylko młodą Walters, jedna z dwóch, ta która intensywnie przechodziła każde uniesienia miłosne, a nawet przypadkowy romans w krótki weekend potrafił nieźle nią zakręcić. Niepowodzenia jednak pozostawiała za sobą równie szybko jak potrafiła się zakochać. Problem w tym, że choć wydawało się jej, że dawne uniesienia ma już za sobą, najwyraźniej się myliła, bo gdy mężczyzna odwrócił się ona poczuła dziwne ukłucie w klatce jak wtedy gdy będąc w porcie zobaczyła Cala witającego się z dziewczyną. Nienawidziła gdy mężczyźni to robili - zatajenie faktu, że ma się kogoś zdaniem Bianki było okrutne. Sama nie wiedziała czy gorzej czuła się z tym, że była tak naiwna, że nie zauważyła nawet jak stała się przypadkową rozrywką czy z tym, że podczas tych trzech dni w dziwny sposób go polubiła. Może jednak była głupim misiem o małym rozumku i zbyt szybko otwierającym się serduszku, ale siedzieć i pocieszać to na pewno nie będzie, bo jedyne co właśnie miała zrobić to odwrócić się, wrócić na rower i odjechać tak by się za nią kurzyło. Tak też zrobiła. Odwróciła się, wróciła na rower, ale ruszając napięcie była tak zdenerwowana że noga jej uciekła z pedału, zdarła sobie kostkę i się przewróciła przy okazji zdzierając też kolano, mrucząc jednocześnie pod nosem, że gorzej już być nie mogło. Choć w głowie miała parę pytaŃ lub bardziej zarzutów wolała uciec z miejsca zdarzenia.
 
 
California paxton


california paxton

concord


34

szukam

nie szukam

Wysłany: 2018-09-18, 21:09   
  

  
  
  
  
  

  
  
YOU WANNA GET WEIRD? LET'S GET WEIRD


Miłość była aktualnie dla niego tematem dość drażliwym, i nawet niekoniecznie chciałby go poruszać. Sam może nie był zakochany w Laurze do szaleŃstwa, ale niekoniecznie też tego wymagał od życia i bardziej łudził się, że zwyczajnie je sobie już ułożył. Jak się jednak okazało, wcale tak nie było. Laura miała na siebie inny plan, on został sam, i to totalnie - z niczym, wylądował więc tu, w Concord, gdzie za dzieciaka zawsze chciał być, a gdzie teraz nie potrafił się odnaleźć. Nie wpadł nawet na to, że mógłby udać się na bingo dla staruszków, ot tak, w poszukiwaniu siebie czy czegokolwiek innego. Zamiast tego zaopatrzył się w czerwony balonik i siedział nad wodą niczym pedofil czekający na potencjalne dziecko, które zniknie rodzicom z pola widzenia. Pracy powinien poszukać, ot co. Może plany z dzieciŃstwa do niego powrócą i jednak zostanie śmieciarzem? To przecież nie taka wcale zła fucha. Trochę się może śmierdzi, ale wcale nie gorzej, niż po zmianie w maku.
W każdym razie, miłość nie była dla niego i raczej pogodził się już z tym, że nie został do niej stworzony. Czasami jeszcze próbował, ale na pewno nie pokładał w tym wielu nadziei. Czas spędzony na weselnym jachcie, na którym całkiem dobrze bawił się z Biancą nie był nawet taką próbą, a raczej czymś, co po prostu się stało, i tak samo potem zniknęło, a do czego on sam nie wracał. Nawet nie dlatego, bo wrócił do swojej dziewczyny, od której niedługo później przyszło mu się wyprowadzać, co dlatego, że nie wydawało mu się, by mogło wyjść z tego cokolwiek poza wakacyjnym romanse. To jest, weekendowym. Pośmiali się, pobawili, może nawet udało mu się ją pocałować, gdy już wszyscy się spili na tyle, by bawić się do muzyki z płyty, no ale hej, to też nie jest moment, w którym mówisz dziewczynie, że masz już inną. Jej światem były statki czy inne jachty, on miał wrócić do Nowego Jorku, ich drogi miały się już więcej nie spotkać. Dlaczego więc stało się inaczej? Dlaczego pacnęło go piłką w plecy, to stworzenie o zjawiskowym głosie, którego nigdy by się tu nie spodziewał? Jakim prawem?
Jak siedział, tak podskoczył, opadając z powrotem na murek, pacając w niego pośladkami. Ledwo utrzymał równowagę, w ostatniej chwili w jakis pokraczny sposób łapiąc krawędź dłoŃmi, bo wychylił się tak, że o mało co nie wpadł do wody. Oczywiście, szanował dobrą zabawę, lubił porzucać się piłką, ale raczej nie preferował, bu rzucać w niego z zaskoczenia. Zwłaszcza, że orientacji to on nie miał żadnej, zamiast łapać piłkę, tracił równowagę i wydawał z siebie nieoczekiwane dźwięki. Daleko im było do śpiewu Bianki. A gdyby nie fakt, iż siedział, to pierwszy z tego towarzystwa zaliczyłby glebę, zdecydowanie. Oczywiście, że w koŃcu się odwrócił, chcąc dostrzec, kto tak parszywie sobie z niego zakpił. Zaczął podnosić się do pionu - bardziej po to, by odsunąć się od brzegu i uniknąć ewentualnego wpadnięcia do wody, niż po to, aby cokolwiek jej wygarniać. Nie rozpoznał jej od razu, nie zrozumiał więc, czemu dziewczyna próbuje wsiąść na rower i uciec. Prawdopodobnie uznał, że to wciąż taki żart, podły psikus z jego osoby. No cóż, zdarza się, zwłaszcza jemu, nad czym nie zamierzał teraz ubolewać, ale kiedy dziewczę z roweru spadło, bohater Paxton od razu ruszył na ratunek. Pech chciał, że jednocześnie wypuścił z dłoni swój czerwony balonik, który poleciał w powietrze i zaczepił się gdzieś między gałęziami drzewa, pod którym stał, ale w tej chwili zupełnie się tym nie przejął. Zamiast tego szybkim krokiem zbliżył się do blondynki i spróbował ściągnąć z niej rower, tak, by łatwiej było jej się podnieść z ziemi.
- Nic ci nie jest? - spróbował ująć ją jakoś delikatnie za ramię, aby mogła się na nim oprzeć, podeprzeć, czy zrobić cokolwiek innego, co uznałaby za słuszne. Dopiero teraz - gdy jakoś bardziej skupił na niej swoją uwagę, a do tego jej włosy czy zapach w jakiś sposób pobudziły jego pamięć, dotarło do niego, z kim ma do czynienia. - Och. Cześć - zreflektował się od razu, puszczając ją i odsuwając się od niej, jakby bał się, że zrobi jej krzywdę, albo że ona wcale nie chce, by w ogóle ją dotykał. Zaraz jednak wystawił te swoje ręce znowu w jej kierunku, aby przypadkiem nie straciła równowagi i znów nie runęła na ziemię. - Jesteś cała? - dopytał jeszcze, marszcząc brwi i rozglądając się za miejscem, w którym mogłaby usiąść, gdyby jednak nie czuła się najlepiej. Suprise surprise: nie znalazł takiego, ale mogła sobie przecież przycupnąć na tym ładnym murku, na którym on sam siedział jeszcze przed kilkoma chwilami, prawda? Dopóki ona nie uskuteczniła zamachu na jego życie, w wyniku którego omal nie wpadł do wody.
 
 
BIANCA WALTERS


Bianka Walters

CONCORD


26

zabawia staruszków

haha!

Wysłany: 2018-10-11, 10:29   
  

  
  
  
  
  

  
  
I was so lonesome, I was blue, I couldn’t help it, It had to be you...


Bianka zawsze przeżywała wszystko w sposób spotęgowany. Wakacyjna przygoda, która tak w zasadzie nie miała w sobie jakiś większych uniesień miłosnych i tak wprawiła ją w pokręcony stan. Wystarczyło, że Cal miał ładne oczy i był nawet zabawny, a ona dość szybko przepadała. Kiedy więc odkryła, że w porcie czeka na niego dziewczyna poczuła się oszukana. Nawet jeśli nie wydarzyło się między nimi nic wielkiego to jednak coś się wydarzyło, a zamiast weekendowej przygody poczuła się jak weekendowa odskocznia dla tego pana. Nie wiedziała jak jego losy się potoczyły, ale chciała się gdzieś schować i zrobić sobie przerwę. Chyba sobie uświadomiła, że niejednokrotnie mogła robić za odskocznię, no ale trudno. Postanowiła, że teraz będzie inaczej: znajdzie pracę i nie będzie zakochiwać się nałogowo, bo przez to ma zaburzone racjonalne myślenie i same problemy. Oczywiście średnio jej to wychodziło, ale przynajmniej się starała, ale los najwyraźniej postanowił sobie z niej zakpić - zapewne dlatego, że bardzo szybko poleciała na czerwony balonik! Gdyby wcześniej wiedziała, że na murku siedział Cal to albo ominęła by ten rejon szerokim łukiem, albo pacnęła by go piłką, ale tak by do tej wody wpadł! Jednak nie wiedziała, więc w chwili gdy on ledwo utrzymał równowagę ona w duchu się cieszyła, że nie zrobiła obcemu mężczyźnie, aż takiego psikusa. Bianka tak naprawdę nie potrafiła być złośliwa czy też długo się gniewać, bo to wprowadzało jakąś złą aurę do jej życia, które przecież miało być wesołym musicalem. Z Calem miało pójść łatwo, w końcu nie przypuszczała, że jeszcze go zobaczy, wystarczyło uporać się z tą złością sam na sam… a teraz… Co teraz miała zrobić? Był tutaj, a ona nie miała okazji wcześniej dać upustu swojej złości, więc ona wróciła psując całą wesołą aurę jaka sobie utworzyła i na domiar złego starła sobie kolana. Miło było, że zdjął z niej rower i próbował pomóc jej wstać, choć ona dobrze wiedziała z kim ma do czynienia i upierała się, że poradzi sobie sama, ale w momencie gdy on zorientował się z kim ma do czynienia i ją puścił ona o mały włos ponownie wylądowała na ziemi. Jakimś cudem złapała równowagę spoglądając na jego wyciągnięte ręce, a potem prosto w oczy. - Jak widać - chciała zabrzmieć trochę tak jakby nic właśnie się nie wydarzyło, ale stało się. Piekły ją kolana, które sobie zdarła, miała obolały nadgarstek na który upadła i mocno orbita kostkę, bo gdy próbowała przenieść ciężar ciała na lewą stronę to - ałć - bolało. Rozglądnęła się po okolicy, bo zwyczajnie musiała gdzieś usiąść na moment i jedynym rozsądnym miejscem była albo trawa, gdzie co krok roiło się od mrówek i skończyłaby jak Telimena w Panu Tadeuszu, albo właśnie murek. Logiczne, że wybrała opcję numer dwa. Poczlapała tam starając się wyglądać jak okaz zdrowia i milion dolców, ale z daleka było widać, że bliżej jej do zombie, bo kostka dała się jej we znaki i bardziej ciągnęła ją za sobą niż szła z gracją. - Co ty tutaj robisz? - zapytała nie ukrywając zdziwienia. Nowy Jork, a Concord? Dla niej to w ogóle nie miało ładu i składu, no ale nie ma się co dziwić, nie wiedziała, że tutaj ma swoją rodzinę. Grzebiąc w torebce, w której było wszystko i nic, w końcu dotarła do jakiś prowizorycznych plasterków, które nakleiła na swoje kolana, a później zsunęła buty i usiadła w miejscu, gdzie woda była nico bliżej i zamoczyła w niej stopy.
 
 
California paxton


california paxton

concord


34

szukam

nie szukam

Wysłany: 2018-10-28, 18:13   
  

  
  
  
  
  

  
  
YOU WANNA GET WEIRD? LET'S GET WEIRD


Wcale nie chciał zmieniać czy, o zgrozo, niszczyć czyjegokolwiek życia, a zwłaszcza nie Bianki, która przecież była bardzo miła i zabawna, i naprawdę spędził z nią bardzo miły czas, ale... co mógł zrobić? Pojawiła się nagle, wcale się jej nie spodziewał, a Laura byłą gdzie indziej, wciąż oficjalnie do niego przyczepiona, choć tak naprawdę od jakiegoś czasu już żadne z nich nie czuło niczego, co powinno się czuć w związku. Panna Walters była dla niego powiewem świeżości, któremu nie mógł się oprzeć, ale kiedy on wracał do Nowego Jorku, ona chyba wracała znów na statek, a Laura... Och, no cóż, wciąż rościła sobie do niego jakieś prawa, a on był zdany na jej łaskę - zapewne dlatego mieszkał u niej jeszcze po tym, jak już zdecydowała się go rzucić. Nie potrafił sam o siebie zadbać ani podejmować jakichkolwiek decyzji, no i proszę, tak znalazł się tutaj, wracając do domu rodzinnego z podkulonym ogonem, bez pracy i jakichkolwiek dalszych perspektyw. No i z balonikiem, na który poleciała Bianka - tego to by się nie spodziewał, żeby dorosła kobieta miała zostać poderwana na balonik, huh. Może jednak są sobie pisani? Póki co, Bianca chciała wrzucić Cala do wody, a on chciał zapaść się pod ziemię, zwłaszcza kiedy dziewczyna znów straciła równowagę tylko dlatego, bo ją puścił. No cóż, nie przewróciła się, jego szczęście, ale niemal zaraz mu uciekła, a choć nie miała zabójczego tępa, to on tylko stał i patrzył na nią ze zdziwieniem. Skoro już poradziła sobie bez jego pomocy, to zdecydował się na podniesienie roweru i podprowadzenie go ze sobą. Szkoda, żeby leżał na środku ścieżki, ktoś mógł go przecież zabrać w chwili ich nieuwagi. Oparł go o drzewo tuż obok murku, a potem sam przycupnął obok niej. Nie to, że czuł się jakoś wielce za nią odpowiedzialny, ale przynajmniej tyle wrażliwości w sobie miał, by nie chcieć zostawiać jej samej. Mogła przecież uderzyć się w głowę i nic mu nie powiedzieć, co jeśli by poszedł, a ona straciłaby przytomność, wpadła do wody i się utopiła? Nie miał chyba aż takiej wyobraźni, ale wolał się upewnić, że wszystko jest w porządku. Nie wiedział, jak jej pomóc, więc tylko obserwował, jak przykleja plastry na kolana, aż w końcu zaskoczyła go pytaniem.
- Och, siedziałem tylko. Poszedłem na spacer - wzruszył ramionami. Zupełnie nie zrozumiał jej pytania. Skąd miał wiedzieć, że chodziło jej o fakt, iż ostatnio widzieli się w NYC? Dla niego bycie w Concord nie było niczym dziwnym. Jej pobyt tu mógłby być dziwniejszy, ale do takich wniosków on też nie doszedł. Równie dobrze mogła tu przecież przypłynąć. Tak to sobie wyobrażał - że całe życie pływała.
_________________
now what, so I say?
 
 
BIANCA WALTERS


Bianka Walters

CONCORD


26

zabawia staruszków

haha!

Wysłany: 2018-11-04, 06:29   
  

  
  
  
  
  

  
  
I was so lonesome, I was blue, I couldn’t help it, It had to be you...


W dużej mierze to jak się czuła po wszystkim było jej winą - w końcu to ona była łatwo wierna i zbyt szybko bujała w obłokach, ale z drugiej strony to nie ona była zajęta. Wszystko jednak prysnęło podczas zejścia na ląd, gdzie zwyczajnie chciała go zaczepić i spotkać się raz jeszcze w innych okolicznościach, ale jej intencje nie pokryły się z jego, bo witał zupełnie inna dziewczynę w porcie. Może nie zniszczył jej życia (to zdecydowanie za wiele powiedziane), ale na pewno nieco je zmienił i ostatecznie zrobiła sobie przerwę od rejsów ładując najpierw w rodzinnym Bostonie, a później w pobliskim Concord. Miała się całkiem nieźle tutaj, od dziecka uwielbiała festiwale lokalne w tym miasteczku i… wojskowych, których tutaj można było spotkać dość często, a jak wiadomo - za mundurem Panny sznurem. Były też bardzo niepozorne czerwone baloniki w środku lasu, a właściwie jeden i to on przywiódł ją właśnie tutaj wprost do niego. Raczej nie taki obrót wydarzeń wyobrażała sobie po dotarciu do balonika, ale skoro już tutaj była musiała temu sprostać. W całym zamieszaniu, aż zapomniała o swoim rowerku i zostawiła go na pastwę losu na środku ścieżki, ale widok Cala totalnie zabił ją z tropu i nie do końca wiedziała jak powinna się zachować. Powinna udawać, że się nie znają? Nic nie zaszło? W końcu ma już dziewczynę, o zgrozo, a może ona gdzieś tutaj jest, a balonik należy do niej? Zaczęła zastanawiać się bardzo intensywnie nad tym wszystkim, jednocześnie opatrując sobie kolanka i przez chwilę nie orientując się, że przysiadł obok niej i jeszcze przyniósł ze sobą jej rower. Westchnęła lekko słysząc jego odpowiedź. - Nie chodziło mi o las, a o Concord - nawet w najmniejszym procencie nie przypuszczała, że on jest stąd, tu się wychowywał o dorastał. Wielokrotnie przekonała się, że świat jest mały i najwyraźniej musi przekonać się raz jeszcze by to ogarnąć swoim małym rozumkiem.
 
 
California paxton


california paxton

concord


34

szukam

nie szukam

Wysłany: 2018-11-25, 11:29   
  

  
  
  
  
  

  
  
YOU WANNA GET WEIRD? LET'S GET WEIRD


Na tym nieszczęsnym weselu spędzili ledwie dwa dni, więc ciężko było mówić o czymkolwiek poważnym i z perspektywą na przyszłość. Nie tylko dlatego, bo wówczas Laura wciąż była w jego życiu, ale też dlatego, bo ledwie się znali, mieszkali daleko od siebie (a przynajmniej tak się wydawało Paxtonowi) i dzieliło ich sporo lat. No i nie oszukujmy się, mało kto leciał na dowcipy i nieudolne flirtowanie tego faceta, więc nawet, jeśli już się taka znalazła, to Cal i tak był zdania, że to tylko na chwilę. Na czas rejsu, ewentualnie, dopóki jej się nie znudzi i nie uzna, że jednak po trzydziestce powinien być trochę poważny. Z takiego założenia wyszła przecież Laura, która w jakimś stopniu była toksyczną osobą. Cal za to nie był poważny ani trochę. Nie umiał w życie i wolał uciekać od odpowiedzialności - właśnie dlatego znów siedział w Concord.
- A. - Skwitował krótko jej pytanie. No tak, to wiele wyjaśnia. Spacer do Concord oczywiście też miał miejsce, ale to, zdaje się, nie była odpowiednia odpowiedź. Na pewno nie taka, jakiej oczekiwała. - Wróciłem do rodziców - wyjaśnił w końcu, krótko, ale całkiem szczerze, bo i przecież nie widział powodu, by Biankę okłamywać. Nie mógł przecież oszukiwać świata, że nie był cipką, skoro nią był. Właściwie, zgrywanie nieudacznika było trochę łatwiejsze. Ludzie nie wymagali od niego tyle. Nawet jego ojciec machnął już ręką i nie miał nic przeciwko temu, by Cal zajmował swój stary pokój, prosił go jedynie, by znalazł jakąś pracą. Cal szukał, oczywiście, ale to wcale nie oznaczało, że był w stanie znaleźć cokolwiek. - Macie tu jakiś przystanek w czasie rejsu? - spytał teraz on, bo skoro ona już wiedziała, skąd wziął się tu Paxton, to równie dobrze, ona mogła się wytłumaczyć. Zwłaszcza, że okazuje się, iż to on był tym miejscowym. Co prawda wciąż był w stanie zagubić się w bocznych uliczkach, choć główną część miasteczka można było przejść pieszo w maksymalnie kilka godzin, ale jednak tu się wychowywał i tu był jego dom. Skoro teraz to ona wchodzi do niego z butami - czy też wjeżdża na rowerze, to równie dobrze mogła powiedzieć, dlaczego. Albo na ile. A może będzie go unikać przez resztę swojego pobytu tutaj? Nie miałby nic przeciwko. To znaczy, nie cieszyłby się, bo nawet polubił Biankę, ale nie szukałby jej na siłę. I tak by pewnie nie znalazł, a skoro ona nie miałaby ochoty się z nim widywać, to przecież nie będzie jej zmuszał i stawiał w niekomfortowej sytuacji. Po co? Niech dobrze zapamięta Concord, bo mimo obecności Cala Paxtona, to było całkiem ładne miejsce.
_________________
now what, so I say?
 
 
BIANCA WALTERS


Bianka Walters

CONCORD


26

zabawia staruszków

haha!

Wysłany: 2018-11-28, 15:48   
  

  
  
  
  
  

  
  
I was so lonesome, I was blue, I couldn’t help it, It had to be you...


Dwa dni to tak niewiele, co w ciągu nich mogło wydarzyć się nic wielkiego – przynajmniej dla przeciętnego człowieka. Bianka nie była przeciętna, ona była zupełnie inna. Jej serce czasami sprawiało wrażenie jakby pochodziło z zaczarowanego lasu, skore do oddania się od pierwszego wejrzenia (lub żartu - jak kto woli) i ponad wszystko wierzyła w szczęśliwe zakończenia, a przynajmniej do momentu, w którym nie widziała tych innych zakończeń, gorszych, niekiedy przyprawiających ją o mdłości, czasami frustrację, a niekiedy łzy. Tutaj skończyło się na zaciśnięciu pięści, zejściu na ląd i do tej pory nie wróciła na statek. Musiała sobie wszystko przemyśleć, a w rezultacie postanowiła coś zmienić w swoim życiu i zabawiła na lądzie nieco dłużej. Już dawno powinna dorosnąć i zrozumieć, że bajkowe szczęśliwe zakończenia nie są częścią tego świata i pora przestać bujać w obłokach czy też wierzyć w przeznaczenie. To nie jego wina, ale te dwa dni, podczas których nie powinno wydarzyć się nic wielkiego zmieniły w jej życiu tak wiele, że ona sama teraz była odrobinę inna. Przelała się szala rozczarowań jakie miała ze strony mężczyzn i gdzieś w tym wszystkim zagrzebała swoją wiarę w szczęśliwe zakończenia pod stertą realizmu.
Oczy prawie wyskoczyły jej z orbit. - To Ty tutaj mieszkasz?! - zdziwiła się na chwilę odrywając od opatrywania swoich kolan i spoglądnęła na niego nie kryjąc zaskoczenia. Takiego obrotu spraw to ona się nie spodziewała. Wróciła do opatrywania swoich kolan, ale zaledwie na parę sekund, bo jego pytanie wybiło ją z tej czynności. - Mój ostatni przystanek był wtedy, kiedy się ostatni raz widzieliśmy - stwierdziła też nie widząc powodu do kłamstwa. - Zrezygnowałam z rejsów na jakiś czas - wyjaśniła i skupiła się całkowicie na kolanach, choć jakby celowo się z tym ociągała, unikając spoglądania na niego podczas rozmowy. Bianka jednak pomimo wielu zmian wciąż była małą gadułą i nie potrafiła zbyt długo siedzieć cicho. Cisza doprowadzała ją teraz do szaleństwa, więc jak na nią przystało znów zaczęła mówić. - Chwilę mieszkałam w Bostonie, gdzie dorastałam, ale znalazłam pracę w Concord i też tutaj mieszkam - a gdy się jej nie przerywało zaczynała mówić więcej, czasami zbyt wiele. - To balonik Twojej dziewczyny? Ona gdzieś tutaj jest? - zapytała obojętnie, a przynajmniej bardzo starała się być obojętna. Do tego czasu pewnie nawet nie wiedział, że miała jakiekolwiek pojęcie o istnieniu jego (byłej już) dziewczyny, no ale tak się złożyło, że miała.
 
 
California paxton


california paxton

concord


34

szukam

nie szukam

Wysłany: 2019-01-01, 22:30   
  

  
  
  
  
  

  
  
YOU WANNA GET WEIRD? LET'S GET WEIRD


Można też na to spojrzeć z innej strony, te wszystko końce pełne rozczarowań mogły być tak naprawdę początkiem czegoś pięknego, co rzeczywiście da jej trochę szczęścia - i to trochę więcej, niż kilka dni dobrej zabawy. Tam spotkała Cala po raz pierwszy, dopiero się poznali, ale nagle się okazuje, że zejście z tego promu nie było końcem tej znajomości. Spotkali się ponownie w Concord, gdzie nie ma już Laury, i teraz tylko od nich zależy, jak to się dalej potoczy. To może być nowy początek, albo po prostu ten ich nieszczęsny koniec odbija się nieprzyjemną czkawką.
- Eee, no tak - wzruszył ramionami. - To znaczy, na razie. Nie wiem jeszcze, co ze sobą zrobię - oczywiście, od zawsze chciał zostać w Concord, sam do końca nie wiedział, jak to się stało, że wylądował w Nowym Jorku i to na tyle lat, nie miał jednak pewności, że nie wyjedzie znowu. Nie chciał, nie bardzo miał po co, bo i specjalnie nie zależało mu na jakieś wypasionej pracy w zawodzie, chyba bardziej wolałby jakąś cichą i spokojną posadkę, bez wyścigu szczurów, która pozwoliłaby mu... na coś. Na rozwijanie zainteresowań w wolnym czasie, albo na spotykanie ludzie, czy po prostu na bycie sobą. A choć Cal nie wiedział, kim właściwie był, to na pewno nie był korposzczurem i takie życie wcale mu nie odpowiadało. Pięcie się na szczeblach kariery zawodowej go nie satysfakcjonowało. Wolał się spełniać w innej dziedzinie życia, nawet, jeśli nie wiedział jeszcze w jakiej. Nie oznaczało to jednak, że nie znajdzie jakiejś pracy, bo przecież musiał. Wolałby chyba jednak zrobić to w Concord, a nie gdzie indziej.
Nie wiedział z początku, co jej odpowiedzieć, dlatego milczał, ona jednak zaraz zaczęła nawijać dalej. Rany, właśnie taką ją pamiętał. Może tylko bardziej uśmiechniętą. Chyba teraz nie czuła się najlepiej w jego towarzystwie, ups.
- Mojej dziewczyny? - zmarszczył brwi i spojrzał odruchowo na balonik, który teraz utknął pod gałęziami drzewa, przy którym stali. Zaraz jednak pokręcił głową. - Nie, to mój balonik. Szkoda, że poleciał, tobie przydałby się bardziej, niż mi - machnął ręką, wskazując na jej rozbite kolana. Balonik może by ich nie uleczył, ale przynajmniej poprawiłby jej nastrój, prawda? Nic poprawia humoru tak dobrze, jak ładne baloniki. Dopiero po chwili otworzył szerzej oczy, orientując się, o co pytała. Zdolność pojmowania drugiego dna u tego pana w ogóle nie istnieje. - Och, moja dziewczyna. Chodzi ci o Laurę? - nie wiedział, skąd Bianca miałaby ją znać, ale cóż, miała do tego święte prawo. To była jego ostatnia dziewczyna, z którą spędził trochę czasu, i właściwie jednocześnie pierwsza, z którą próbował w cokolwiek poważnego. Żadna inna nawet nie przyszła mu do głowy. - Zostawiła mnie kilka miesięcy temu, już jest z kimś innym - wzruszył ramionami. Nie ruszało go to już tak bardzo, jak wcześniej. Wolał wierzyć, że wyjdzie mu to na dobre. Znów mógł robić rzeczy po swojemu, ona nie robiła z niego pantoflarza, no i wyniósł się z NYC. Czy mogło go spotkać w życiu coś lepszego? - Dlaczego zrezygnowałaś z rejsów? - spojrzał jeszcze na nią, bo trochę go to zainteresowało. Choć było to trochę dawno, a i on pewnie nie był wówczas całkiem trzeźwy, to jednak wydawało mu się, że Bianca czuła się dobrze na statku. Z drugiej strony, to była jej praca, może tylko udawała, żeby nie wyjść na weselnego Grincha? No cóż, nic o niej nie wiedział. Mógł tylko się domyślać. Zabawne, że wylądowali w tym samym miejscu - tak w Concord, jak i tu i teraz, w parku nad jeziorem.
_________________
now what, so I say?
 
 
BIANCA WALTERS


Bianka Walters

CONCORD


26

zabawia staruszków

haha!

Wysłany: 2019-01-05, 10:15   
  

  
  
  
  
  

  
  
I was so lonesome, I was blue, I couldn’t help it, It had to be you...


Można, oj można - sęk w tym, że ona jeszcze nie ogarnęła innej koncepcji, ale ciężko utrzymać jej wyobraźnię na wodzy i kwestią czasu może okazać się doprowadzenie jej do takiego rozmyślania. Teraz jednak sama nie wiedziała czy to nieprzyjemna czkawka, pech czy zwykły przypadek.
- Myhym - przytaknęła starając się zapanować nad swoim zdziwieniem i zbytnio nie przejmować tym faktem. Nie on jeden pierwszy zbałamucił ją swoimi całkiem ładnymi oczami, więc potrafi sobie radzić w takim otoczeniu. Właściwie wygodniej było skupiać się na własnych kolanach, szczególnie gdy odkryła, że jego oczy wciąż są całkiem ładne bez względu na to czy ma dziewczynę czy nie i bez względu na to czy się wciąż na niego złościła, czy też nie.
- Myhym – ponownie przytknęła w ten sam sposób co wcześniej, jakby wyczekiwała jakiejś wyczerpującej odpowiedzi, historii rodem z brukowców, gdzie ona byłaby piątym kołem u wozu i kobiety, która zaraz tutaj wpadnie i zacznie gadać z brytyjskim akcentem, patrzeć na nią pogardliwie i zupełnie nie będzie pasować do niego. To by było wygodniejsze, łagodniejsze do strawienia niż idealnie dobrana para ze swoim wspaniałym balonikiem. - Jeszcze tak daleko nie poleciał - stwierdziła, kiedy skupił się bardziej na baloniku niż odpowiedzi na temat dziewczyny. Spojrzała w górę i obserwowała gałęzie. - Gdybym tak się wspięła tu, tu, tam i tam - szeptała pod nosem totalnie na chwilę wyłączając się z rozmowy i najwyraźniej skupiając się nad czymś tak bardzo, że przez chwilę przypominała dumającego misia o małym rozumku, by w końcu stwierdzić - jestem w stanie go dosięgnąć - stwierdziła pewniej - jeśli wiatr go nie wyswobodzi z gałęzi, ale - oblizała palec i uniosła go w górę - wcale nie wieje – jeszcze. Kiedy jednak padło imię dziewczyny spojrzała na niego i wzruszyła bezradnie ramionami. - Nie wiem, jak miała na imię, ale widziałam Was razem w porcie jakieś kilka godzin po tym jak się całowaliśmy - i wcale nie była uszczypliwa, właściwie brzmiało to jak zwyczajny fakt, a później znów spojrzała na balonik. - Przykro mi - choć wcale nie było, ale tak się mówi prawda. Ktoś kogoś zostawił - przykro mi, po prostu. - Hm, nie tyle zrezygnowałam co zrobiłam sobie chyba przerwę - stwierdziła podchodząc do pnia drzewa zupełnie nie przejmując się, że jest ono tuż nad wodą, ale może to nawet lepiej, jak spadnie to są spore szanse, że runie do wody. - To było jak wieczne wakacje, od przygody do przygody, ludzie ciągle się zmieniali, a po wszystkim wracali do swoich obowiązków, rodzin, dziewczyn - yup - chyba zachciało mi się czegoś stałego - parsknęła lekko już będąc na jakiejś wyższej gałęzi. Parsknęła, bo teraz sobie zdała sprawę, że mając stałą pracę, domek i stałych znajomych wokół siebie ponownie szuka rozrywki i szaleństwa. Stałość chyba nie jest dla niej. Była w połowie drogi, gdy zaczęło zawiewać delikatnie, a ona pieszczotliwie prosiła balonik, by został na swoim miejscu. Cal mógł jedynie stać pod drzewem, trzymać kciuki za powodzenie tej misji i podziwiać białe majtki w wisienki, które wiatr łaskawie ukazywał co jakiś czas spod sukienki Bianki.
 
 
California paxton


california paxton

concord


34

szukam

nie szukam

Wysłany: 2019-01-14, 23:36   
  

  
  
  
  
  

  
  
YOU WANNA GET WEIRD? LET'S GET WEIRD


Cal też tego nie wiedział, nawet się nad tym nie zastanawiał, po prostu przyjmował do wiadomości fakt, że ona tu była, ale nie wiedział, co z tym zrobić i czy w ogóle coś powinien. Zazwyczaj niewiele robił ze swoim życiem i właściwie całkiem mu to odpowiadało. Kiedy Laura zaczęła planować za niego, a gdzieś przed nim zamajaczyła wizja żony, dziecka i rozwoju kariery, to wcale mu się to nie spodobało. Dobrze, że go zostawiła, dla ich obojga, a on sam chyba powinien nauczyć się trochę więcej asertywności. Nie uwiodła go co prawda swoim brytyjskim akcentem, nie miała takiego, ale wcale do siebie nie pasowali. Pewnie była żywiołowa, elegancka i cycata, zagarniając sobą całą uwagę towarzystwa, a on zawsze stał w jej cieniu i jedynie przytakiwał. Teraz jednak już całkiem zniknęła z jego życia. Nikt więcej się tu nie pojawi, Bianca nie zostanie piątym kołem u wozu, a balonik zostanie jej własnością, skoro się o to postara.
- Zamierzasz wejść na drzewo? - spytał zdziwiony, kiedy ona tak dumała nad tym, jakby się tu wspiąć. Nie podobał mu się wcale ten pomysł. Co innego podnosić ją, kiedy spadła z roweru, ale jeśli cała się roztrzaska, albo faktycznie wpadnie to tej wody? Miałby ją wyławiać? Nie pamiętał nawet, czy umie pływać. - Jest w porządku - pokręcił głową, bo chyba tak się odpowiada na nieszczere przykro mi, chociaż w jego słowach było trochę więcej prawdy. Nie rozpaczał nad Laurą, nad niczym chwilowo nie rozpaczał, zapewne dlatego, bo nie miał żadnych zobowiązań i mógł wrócić do rodziców, niczym się nie przejmując. Tym samym jednak uciął temat swojej byłej dziewczyny. Zajmowała go mniej, niż Bianka w tej chwili. Zwłaszcza, kiedy podeszłą do drzewa, a on pojął, że jej zamiary zaraz miały stać się rzeczywistością. - Może lepiej nie wchodź, jeszcze coś ci się stanie. Może lepiej ja wejdę - mówił, co mu właściwie ślina na język przyniosła, bo wcale nie miał ochoty wchodzić na drzewo, prędzej kupiłby jej drugiego balonika. Nawet dziesięć baloników by jej kupił i nadmuchał własnymi ustami, byle tylko zrezygnowała z tego absurdalnego pomysłu, ale ona już zaczęła się wspinać, a jemu nie zostało nic innego, jak stanąć pod drzewem i obserwować, czy aby przypadkiem nie spada. Nie złapałby jej, ale może chociaż ustawiłby się w dobrym miejscu, tak, że spadłaby na niego i mniej się przy tym poturbowała, jego kosztem? - Czyli co robisz w Concord? To znaczy, tak na co dzień? - bardziej chyba zagadywał siebie, niż ją, bo trzymanie kciuków nie było w porządku. Naprawdę nie chciał, żeby coś jej się stało, a widok majteczek w wisienki nie rekompensował mu tego stresu, gdy tak wystawał pod drzewem. Oczywiście, to był bardzo ładny widok, ale Bianca kilka metrów wyżej, hasająca po gałązkach niczym małpka, wcale nie.
_________________
now what, so I say?
 
 
BIANCA WALTERS


Bianka Walters

CONCORD


26

zabawia staruszków

haha!

Wysłany: 2019-01-18, 10:19   
  

  
  
  
  
  

  
  
I was so lonesome, I was blue, I couldn’t help it, It had to be you...


Wzruszyła lekko ramionami spoglądając na niego jakby zadał naprawdę głupie pytanie. - A co Ty taki zdziwiony jakbyś się nigdy na drzewo nie wspinał? - zapytała, bo dla niej nie było to nic nadzwyczajnego. Uznała z góry, że tego nie zapomina się jak jazdy na rowerze i wcale nie przeszkadzało jej to, że ostatni raz wspinała się na drzewa mając naście lat, chodząc w warkoczykach zaplecionych przez mamę i ogrodniczkach, które były z pewnością wygodniejsze do wspinaczki niż kiecka. Wody nie obawiała się wcale - miała za sobą parę kursów pływackich, bo kiedy jest się na otwartej wodzie przez większą część roku człowiek jednak się zabezpiecza w tej kwestii. Umiejętność pływania daje jednak spore szanse na przetrwanie, podczas różnych wypadków jakie mogą się wydarzyć na statku. - E tam, nic mi nie będzie - bo kiedy już sobie coś postanowiła to zazwyczaj wprowadzała to w życie prędzej czy później. Nawet nie dopuściła do siebie jego propozycji wejścia na drzewo, skoro już sama się tak za to zabrała. Spodobał się jej ten balonik, gdy jeszcze nie wiedziała do kogo należy. Po co jej wiele nowych, skoro ten zaraz odfrunie nie wiadomo gdzie i zakończy się jego żywot. O co to nie. Kiedy on w obawie obserwował wszystko z dołu ona nakłaniała balonik by się trzymał mocno, bo już po niego idzie. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że Cal o coś ją zapytał. Spojrzała na moment w dół - Oooo, całkiem wysoko - zdziwiła się lekko, z dolnej perspektywy nie wyglądało to drzewo na aż tak wysokie. Stwierdzając, że spoglądanie w dół to nie najlepszy pomysł znów skupiła się na swoim baloniku. - Zabawiam staruszków w domu spokojnej starości - jakkolwiek to zabrzmiało - no wiesz, prowadzę rozgrywki bingo, śpiewam i sporo rozmawiamy. Wygadani są, mają wiele ciekawych historii do odpowiedzenia - stwierdziła wchodząc odrobinę wyżej i już naprawdę niewiele dzieliło ją od balonika. Wspięła się na jeszcze jedną gałąź, wysunęła rękę najwyżej jak tylko mogła i próbowała dosięgnąć sznureczka, ale wiatr płatał sobie z niej figle, więc dopiero za trzecim takim podejściem się jej udało. - MAM CIĘ! - krzyknęła najwyraźniej zadowolona z siebie. Teraz musiała tylko wykombinować jak zejść, co z balonikiem w ręce wcale nie wydawało się łatwiejsze. Po chwili namysłu stwierdziła, że nie ma się co zbyt wiele zastanawiać, trzeba działać! Zaczęła więc stopniowo pokonywać gałęzie, ale gdy znalazła się nieco niżej nie było tak łatwo. Owszem, były grubsze i nie chwiały się już tak bardzo pod jej ciężarem, ale ciężko było wśród nich manewrować, a małpką to ona nie była. Pozostały jej już może dwie gałęzie by swobodnie mogła skoczyć w dół, ale gdy postanowiła je pokonać noga zsunęła się z gałęzi, a Bianka runęła w dół. Nie było to wcale wysoko, ale jednak zabolało jej kość ogonową na tyle by się wykrzywiła w paskudnym grymasie – na szczęście, nie puściła balonika. - Ałć!
 
 
California paxton


california paxton

concord


34

szukam

nie szukam

Wysłany: 2019-02-14, 19:41   
  

  
  
  
  
  

  
  
YOU WANNA GET WEIRD? LET'S GET WEIRD


Może to i było głupie pytanie, ale przecież to było też bardzo głupie posunięcie ze strony Bianki, takie wchodzenie na drzewo. I to nawet nie dlatego, bo nie była już dzieckiem, albo bo miała na sobie sukienkę, ale po prostu wchodzenie na drzewo było niebezpieczne i... oh, chyba jednak Cal już trochę zdziadział. Chodzenie po drzewach zwyczajnie go przerażało. Pewnie był jednym z tych dzieci, które weszły kiedyś na drzewo i czekały, aż ktoś je zdejmie, a potem pewnie i tak spadł z drzewa, i tak się skończyła jego zabawa. Teraz tylko stał i obserwował, choć żadna to była z jego strony asekuracja. Jedyne, co mógłby zrobić, to chyba zadzwonić po pogotowie, bo co więcej, jak z niego taka oferma życiowa?
- Aha, no to całkiem ciekawie? Jakie historie, na przykład? Moja babcia tam kiedyś pomieszkiwała, ale chyba nie bardzo jej się tam podobało - nawijania, co ślina przyniesie na język, ciąg dalszy. Coraz bardziej się denerwował, ręce mu się trzęsły, kiedy ona wyciągała te swoje po sznurek od balonika, i sam nie wiedział, czy gałąź, na której wisiała, zaraz pęknie, czy to jej ręka się ześlizgnie, czy co się stanie, ale był pewien, że Bianca się zwyczajnie nie utrzyma. A była tak wysoko! Co najmniej kilka metrów. Mogła zawiązać sznurek wokół nadgarstka, albo wziąć go w zęby, byle mieć wolne dłonie, jednak Cal nie podrzucił jej tego pomysłu, bo w nerwach na to nie wpadł. Obserwował, jak blondynka schodzi w dół, a kiedy runęła w dół, krzyknął wystraszony i rzucił się w jej stronę z wyciągniętymi rękami. Oczywiście, nie złapał jej, nie był żadnym superbohaterem, ale zaraz przyklęknął koło niej. - Co ci jest, gdzie cię boli? - na jego twarzy malowało się autentycznie przerażenie, tym bardziej, że nie wiedział, co robić, bo pierwsza pomoc w teorii zasłyszanej gdzieś w telewizji to jedno, a sytuacja na żywo to coś całkiem innego. Przynajmniej nie straciła przytomności, to już coś.
_________________
now what, so I say?
 
 
BIANCA WALTERS


Bianka Walters

CONCORD


26

zabawia staruszków

haha!

Wysłany: 2019-03-01, 21:23   
  

  
  
  
  
  

  
  
I was so lonesome, I was blue, I couldn’t help it, It had to be you...


No zdziadział, nie ma innego określenia na jego zachowanie. Bianka momentami była porywcza, trochę szalona i cóż, wciąż młoda i piękna. Ona nawet nie chciała się zbliżać do etapu, na którym można zdziadzieć, może dlatego porywała się na takie szalone akcje.
- Musiało mnie tam nie być, skoro się jej nie podobało - odparła dość nieskromnie, ale całkiem nieźle szło jej zabawianie staruszków jakkolwiek to brzmi. - Hm, a jeśli chodzi o historie to nie jestem w stanie nawet tego powtórzyć, jedne miłosne, inne tyczyły się szalonych wyskoków w młodości, na które wpadali nie mając do dyspozycji telewizji i internetu, to coś co musi wyjść z ich ust. Zawsze możesz się tam wybrać, oni lubią towarzystwo - świeże mięsko, nowe osoby do przytłoczenia swoimi historiami. Istnieją też takie paskudnie nudne, które ktoś uwielbia powtarzać po sto razy, ale i to Bianka tolerowała w pełni. To zagadywanie z jego strony nawet umiliło jej czas zejścia, bo zajęła się paplaniem, a nie stresowaniem na którą gałązkę postawić swoją stopę. To, że na koniec spadła wcale nie z jakiejś koszmarnej wysokości się nie liczyło. Chwilę zaciskała, żeby w bólu, nawet łezka gdzieś się jej w oku zagnieździła. To taki mocny, ale chwilowy ból. Więc gdy przełknęła ślinę, złapała głęboki oddech, w końcu wstała podpierając się na kucającym tuż obok Paxtonie. - To tylko cztery litery, nic się nie stało. Trochę boli, zaraz przejdzie... - odparła lekko się uśmiechając i przyglądnęła się mu z góry lekko zmartwiona. - Aż zbladłeś z tego wszystkiego, tylko mi tu nie zemdlej – bo jeśli już trzeba będzie wzywać pogotowie to do niego.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Jesteś ambitnym adwokatem, kochającym imprezy studentem, a może mężatką z dwójką dzieci? To nie ma znaczenia – gdy tylko przyjedziesz do Bostonu, poczujesz się jak w domu! Tylko tutaj możesz przejść przez pełen kwitnących, kolorowych kwiatów park, by wyjść tuż obok wielkiego wieżowca, a wracając, nie zapomnij zerknąć na stare, urocze kamieniczki znajdujące się tuż za rogiem! Nie jest to wielkomiejski labirynt z betonu, lecz przyjazne, niezwykle zielone miasto z masą parków, z plażami, zatokami, łodziami zacumowanymi u wybrzeży, pełne biegających i uprawiających sporty ludzi, pełne psów i dzieci. Wiosna w Bostonie to prawdziwe cudo ze względu na ogromne krzewy obsypane kwiatami. Jeśli jednak chcesz być blisko miasta, ale też cieszyć się życzliwością i poczuciem wspólnoty wybierz wspaniałe małe miasteczko jakim jest Concord. Lokalna społeczność ma silną więź, która łączy swoich mieszkańców, tutaj znajdziesz sąsiadów pomagających sąsiadom. Wspólnie można cieszyć się otaczającą przyrodą, zobaczyć słodkowodne żółwie, czaple modry, piżmaki i mnóstwo ptactwa. Odkryj piękno tego miasteczka, w każdym sezonie na nowo. Wiosna to czas lokalnych wydarzeń. Wybierz się na wycieczkę do jednego z wielu lokalnych targowisk i gospodarstw, aby spróbować domowych produktów, serów i syropu klonowego prosto z drzew Nowej Anglii.

POSZUKUJEMY!

Jeśli jest ktoś chętny wesprzeć administrację od strony porządkowej, czy też pomóc w kwestii tematyki eventów i wydarzeń losowych - zapraszamy do zgłoszenia się na moderatora

Read More
Harper
William
ATWOOD
WALKER
Strona wygenerowana w 0,22 sekundy. Zapytań do SQL: 8