Poprzedni temat «» Następny temat
California paxton
Autor Wiadomość
California paxton


Cal paxton

You wanna get weird?

let's get weird


34

Wysłany: 2018-07-25, 17:32   California paxton
   Multikonta: Lyelle paddington
   Nazywaj mnie: patką



California "Cal" Paxton

Biografia
Pierwsze dziecko jest jak pierwszy naleśnik.


To przykre, ale nawet nie zawsze prawdziwe - u Paxtonów to drugi syn został naleśnikiem rodu, tym samym nie do koŃca potwierdzając tę ważną, życiową myśl. Za nic nie dało się u niego doszukać odpowiedzialności czy skłonności do opieki nad resztą z dzieciaków odkąd sam może sięgnąć pamięcią. Jednak nigdy nie był też tym paskudnym bratem, który im dokuczał, albo który podjudzał ich do najgłupszych pomysłów, skąd. Był po prostu ciapą, która czasami potrzebowała trochę więcej czasu, by coś zrozumieć, by gdzieś dobiec, by po prostu odnaleźć się w świecie.

Jego małym światem było Concord i gdy jeszcze był dzieckiem, nigdy nie zamierzał stąd wyjeżdżać. Nie chciał, jak ojciec, jeździć do pracy do Bostonu. Mógł zostać nawet śmieciarzem, byle tylko zostać w tej mieścinie, a jego szczęście było takie, że w przeciwieŃstwie do młodszego rodzeŃstwa, on nie został wysłany do szkoły w dużym mieście. Rodzice nie mieli jeszcze wówczas za bardzo takiej możliwości. A może nie uznali go za na tyle zdolnego? Albo był po prostu królikiem doświadczalnym, po którym stwierdzili, że szkoła w Concord to nie najlepsze miejsce dla ich dzieci? Cal wcale na nią nie narzekał. To był jego świat, i tu potrafił się wpasować. Wielkomiejskie dzieciaki to nie jego towarzystwo.

Nie miał pojęcia, na jakie studia mógłby pójść, więc nie poszedł na żadne. Początkowo miał być to tylko gap year, ale zamiast jeździć po świecie, siedział na dupie, aż w koŃcu rodzice przycisnęli go do znalezienia pracy i został sprzedawcą w najbliższym kiosku. To było to! Praca marzeŃ. Oczywiście, nie na długo, bo w koŃcu wylądował i w college’u na jakichś studiach bez perspektyw na przyszłość (a przynajmniej tak mu się wtedy wydawało), na podrzędnej uczelni, byle tylko przestać słuchać rodziców, którzy gderali mu nad uchem. Był pewien, że nie odnajdzie się w dużym mieście, jakim był Nowy Jork, ale… poszło mu lepiej, niż się spodziewał. Może był po prostu taką ciapą, która wcale wiele od życia nie wymagała?

W akademiku żyło mu się świetnie. Odnalazł się w towarzystwie frajerów, był jednym z tych wiecznie biednych studentów, którzy żerują tylko na tym, co dają mu rodzice, ale mimo nadmiaru wolnego czasu do pracy się nie wybiorą. Tak mu minęło pięć lat, bo tyle potrzebował, by ukoŃczyć studia, a potem idąc za ciosem (i za znajomymi) zamiast wracać do domu, pokusił się na wynajęcie z grupką przyjaciół mieszkania i… znalezienia pracy. Plan był dobry, choć na jego zrealizowanie Cal potrzebował niemal pół roku, w międzyczasie tylko dorabiając sobie na jakichś zleceniach, chociaż prawda była taka, że przez cały ten czas żył na koszt rodziców.

W koŃcu został korposzczurem – w podrzędnym korpo, bez perspektyw na przyszłość. Cholera, czy tak właśnie miało wyglądać jego życie? Gdzieś po cichu pragnął czegoś więcej, choć sam nie wiedział, czego właściwie, zwłaszcza, że do koŃca nie wiedział nawet, co on w tym korpo właściwie robi… ale robił. Przynajmniej przez jakiś czas, nawet nie starając się o żaden awans. Jego życie tak się toczyło – skupiał się na pracy i na wylegiwaniu w mieszkaniu, na zabawach z kolegami, którzy w pewnym momencie zaczęli sobie znajdować życiowe partnerki, a potem się do nich wyprowadzać, planować z nimi życie i w koŃcu California dostawał kolejne zaproszenie na ślub, na który wcale nie chciał iść, ale szedł z sympatii, sam, bo i nie miał nawet z kim.

Na którymś z kolejnych wesel poznał Laurę. Była to piękna, inteligentna i ambitna dziewczyna – czyli dokładnie taka, u której Cal nigdy nie miałby szans – jednak niedawno została podle potraktowana przez swojego chłopaka i na wesele też przyszła sama. Nie było tam zbyt wielu singli, toteż usadzono ich przy jednym stoliku, by mogli wspólnie celebrować swój życiowy przegryw wyróżniający się na tle wszystkich innych wygrywów, z parą młodą na czele. Laura szukała chyba tylko kogoś na pocieszenie, a Paxton był pod ręką – uraczył ją kilkoma żartami, porwał na parkiet (bardziej ona prowadziła, niż on, ale i tak poszło im całkiem nieźle), udawał interesującego jegomościa, a po całej imprezie zafundował jej taksówkę do domu. A może po prostu poleciała na jego ładne oczy? Nie było to specjalnie istotne, bo dotychczasowe miłostki Cala były raczej przelotne, a choć w jakiś sposób czuł, że Laura zwyczajnie nie jest kobietą dla niego, to próbował stworzyć z nią coś lepszego, bardziej stałego. Próbował to dobre określenie. Nic z tego nie wyszło. Ona próbowała go zmienić, dopasować do siebie, do swojego idealnego świata, idealnych znajomych i idealnej jej samej. Początkowo trochę jej to wychodziło. California zrezygnował dla niej z rozciągniętych t-shirtów i zaczął wciskać się w koszule, zaczął starać się o awans, z którego akurat nigdy nic nie wyszło, wyprowadził się do niej z mieszkania, w którym żył od koŃca studiów, a z którego wszyscy jego znajomi dawno już się wynieśli na swoje, ale szczerze – coraz mniej mu się to podobało. Laura go męczyła. Ciągała go po bankietach i kazała uśmiechać się do zdjęć, których istoty on kompletnie nie rozumiał. Coraz częściej się na niego denerwowała, nie śmieszyły jej już te żarty, przy których kiedyś pokładała się ze śmiechu, coraz częściej się kłócili, coraz rzadziej się kochali, a on wcale nie miał zamiaru zmieniać pracy na lepszą, bo jednocześnie wiązałoby się z nią przecież więcej obowiązków. Nigdy nie był chętny, by jakiekolwiek na siebie ściągać.

Kolejna kłótnia przerodziła się w jadę na weekend do rodziców, tym samym na kolejne wesele California znów poszedł sam. Czy też właściwie popłynął, bo jego kumpel z ławki dorobił się żony z niezłym posagiem, więc wesele urządzili sobie na statku. Jak szaleć to szaleć! Nie spotkał tam kolejnej Laury, na jego szczęście, ale udało mu się złapać dobry kontakt ze śpiewającą dziewczyną, z którą chyba bawił się lepiej, niż z innymi gośćmi. Wszyscy byli tacy sztywni, kiedy ona po prostu się bawiła. Czy właśnie nie tego chciał w życiu Cal? Wiecznej zabawy? Trzydniowy rejs (cholera, kto organizuje tak długie wesela) zaowocował krótkim romansem, w co do tej pory Paxton sam nie do koŃca wierzy, ale wszystko co dobre, szybko się koŃczy – takim sposobem z dwóch panienek jednocześnie, kilka dni później został zupełnie sam. Laura przywitała Cala zaraz po zejściu na ląd, przyjechała go odebrać, bo najwidoczniej weekend u rodziców natchnął ją do poważnych rozmów. Sam jej widok wystarczył, by Bianca odsunęła się w cieŃ. Bywa i tak, nie pierwsza i nie ostatnia, która okazała się być tylko przelotną znajomością. Laura jednak nie chciała się pogodzić, czy pomówić o tym, jak on się czuje. Nie uznała ich związku za godnego ratunku. Postawiła sprawę jasno: koniec, finito. Było miło, ale się skoŃczyło, idź być nieudacznikiem gdzie indziej, a ja ułożę sobie życie po swojemu.

Jasne, ze Calowi było trochę smutno, zwłaszcza, że chwilo nie bardzo miał nawet gdzie zamieszkać. Jak najbardziej przedłużał wyprowadzkę, ale niestety nie jest to coś, co mógł ciągnąć w nieskoŃczoność, zrzucił się więc w koŃcu ze swoimi rzeczami do jakiegoś kumpla, jednego z ostatnich, który został na placu boju, ale to też nie był układ na dłuższą metę. Słyszeliście kiedyś o tym, że nieszczęścia chodzą parami? U Cala nieszczęścia chodzą całymi oddziałami, przez całe życie miał jakiegoś niezrozumiałego pecha, ale tuż po tym, jak wyprowadził się od Laury, jego wyniki w pracy spadły. Trochę więcej wieczorów spędzał przy piwie, użalając się nad swoim marnym losem, a trochę mniej skupiał na papierkach, co widać było zwłaszcza dlatego, bo przecież przez chwilę próbował robić więcej. Cięcia budżetowe w korpo bez perspektyw poskutkowały tym, że Cal dostał wypowiedzenie. Przez jego okres nie udało mu się znaleźć nowej pracy, ale nie oszukujmy się, specjalnie też przecież nie szukał. Zamiast zostawać w Nowym Jorku, spakował się, połowę niepotrzebnych rzeczy wyrzucając, i wrócił do domu, do Concord, znów zwalając się ze swoją pasożytniczą dupą do rodziców. To dopiero człowiek, który coś w życiu osiągnął!
DODATKOWE INFORMACJE
• Są ludzie, którzy twierdzą, że przypadki nie istnieją. California uważa siebie za dowód numer jeden na to, że to nieprawda. Całe jego życie jest przypadkiem, pasmem decyzji, których podjęcie było dla niego trochę nieświadome, a wszelkie dobre rzeczy, jakie mu się kiedykolwiek trafiły, też z przypadku wynikały. I jeśli Karma faktycznie istnieje, to chyba musiała go ostentacyjnie pominąć… Bycie ofiarą losu nie zasługuje przecież na jakieś specjalne względy.

• Szczerze mówiąc, pasuje mu taki układ. Nie lubi mieć wpływu na rzeczy, podejmowanie decyzji nie jest jego mocną stroną, za to uciekanie od odpowiedzialności – jak najbardziej. To właśnie to, co robi przez całe życie.

• W kontaktach z kobietami jest trochę nieporadny, bo czasami zapomina o podstawach savoir vivre’u, jego żarty bywają żenujące, a palnięcie czegoś głupiego to u niego norma. Trochę z niego typ Piotrusia Pana, nic więc dziwnego, że lepiej mu w towarzystwie kumpli – i to takich, którzy podobnie jak on, wcale nie zamierzając sobie układać życia, bo już czas.

• Czasami za bardzo narzeka, zwłaszcza na samego siebie. Brak mu wiary w siebie, jego samoocena jest trochę zbyt niska, ale nie potrafi takiego narzekania przekuć w realne dążenie do zmian.

• Przymierza się do napisania książki, ale jeszcze nie wymyślił, o czym mogłaby być.

• Król prokrastynacji. Odkłada na później wszystko, co tylko się da, a dedlajn to dla niego moment, w którym wypadałoby wziąć sprawy w swoje ręce. Oczywiście jego ręce są dziurawe niczym sitko i raczej rzadko kiedy wychodzi z tego coś dobrego.

• Przez ostatnich trzynaście lat żył w Nowym Jorku, do Concord wrócił kilka tygodni temu. Znów żyje na koszt rodziców, zwalił im się na głowę i choć dzielnie udaje, że szuka pracy, to póki co nic mu z tego nie wyszło, jest za to dumnym pasożytem Paxtonów.

• Najgorszy wujek świata. Kiedy nie mógł pojawić się na jakiejś rodzinnej imprezie, wysyłał małej Maddie kartki, a kiedy mógł, kupował zabawki niedostosowane do jej wieku albo rzeczy, które jego zdaniem miały być praktyczne, ale które za nic nie cieszyły małego dziecka. Jeżeli Arizona zostawiła kiedyś małą pod jego opieką, to na pewno potem gorzko tego pożałowała.

• Lubi spędzać wieczory z piwem… i w ogóle lubi piwo, ale kiedy coś mu się w życiu nie udaje, to zamyka się z kubełkiem lodów i płaczliwymi filmami.

• Jest totalnie beznadziejny w każdym z możliwych sportów.

• Bywa zbyt wredny i zbyt szczery, ale wciąż pozostaje przy tym uroczą ciapą!

• Nieświadomie robi czasem tak śmieszne miny, kiedy na przykład nad czymś intensywnie myśli, albo kiedy próbuje być poważny, że nic z tego nie wychodzi, bo wszyscy wokół parskają śmiechem.

• Często używa słów, które nie istnieją.

• Ma problemy ze zrozumieniem swoich własnych emocji, niespecjalnie nad nimi panuje, i do tego wcale ich nie lubi.

• Zdarza mu się mamrotać pod nosem, gdy nad czymś usilnie się zastanawia, a czy powiedziałem to na głos? jest u niego na porządku dziennym.

• Nie wierzy w to, ze życie może piękne, i niekoniecznie potrafi się cieszyć dobrymi chwilami – ale wciąż stara się być śmieszkiem i brać wszystko takie, jakim jest.

• Nie ma pojęcia, co powinien (i co chciałby) robić w życiu.

• Jego randka marzeŃ to burger, piwo i seks.

• Neguje, co tylko się da, i wcale nie używa przy tym sensownych argumentów. Jeśli już pokusi się na jakiekolwiek, to są one tak głupie, że ciężko z nimi handlować.

• Czasami zapuszczał brodę, ale wygląda w niej jak jaskiniowiec – co niezmierni go zresztą bawi, znacznie bardziej, niż jego pedofilski wąs.

• Jest w stanie zjeść prawie wszystko, co jadalne, i kilka niejadalnych rzeczy też.

• Pierwszy chętny do wciskania się w jakieś szalone kostiumy.


Cal Paxton: turning lemonade into lemons since 1984.


Data urodzenia: 22.07.1984
Miejsce urodzenia: Concord
Miejsce ZAMIESZKANIA: CONCORD
Zawód: udaje, że czegoś szuka
Grupa: MYSELF
Wygląd: Jake Johnson
 
 
Caroline Collier


Caroline Blanco-Collier

poślubiła cholernego zazdrośnika

Prowadzi własną cukiernię w Brighton.


30

Wysłany: 2018-08-12, 17:04   
   Multikonta: Julka, Arizona, Lexy, Bianca, Nathan, Seth, Felix, Willie, Joseph
   Nazywaj mnie: Ancymon


Akceptacja!
Witamy na Hello Boston! Cieszymy się, że wybrałeś akurat nasze forum, mamy nadzieję, że będziesz się u nas dobrze czuł i zostaniesz z nami na dłużej. Zapraszamy do założenia podstawowych tematów jak relacje i telefon, a następnie do gry.
_________________
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ZAMKNIĘTY ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Pośród pachnących lasem choinek, aromatu grzanego wina i czekoladowych pierników czeka na Was moc świątecznych niespodzianek i atrakcji. Udekorowane stoiska kuszą ozdobami i jest w czym przebierać: ozdoby choinkowe, upominki, rękodzieła, zabawki, ręcznie wykonane czapki, szaliki, swetry i wiele innych. Z pozostałych miejsc dochodzą również aromatyczne zapachy, a wśród smakołyków nie może zabraknąć oczywiście grzańca i pierniczków. Lady uginają się pod ciężarem świątecznych przekąsek, bakalii, kołaczy, przypraw, herbaty, słodyczy, nalewek, a to tylko początek tej apetycznej przygody. Czujecie już ten bajecznie świąteczny klimat?
Saskia
Calvin
Lovell
Stokes-Brown
Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua.
Strona wygenerowana w 0,22 sekundy. Zapytań do SQL: 8