Poprzedni temat «» Następny temat
Francja
Autor Wiadomość
Felix Lorenzo


Felix Lorenzo

Boston


44

chirurg

już nie kawaler

Wysłany: 2018-09-08, 22:08   Francja
  

  
  
  
  
  

  
  
Love me tender, love me sweet, never let me go.


Często się denerwował nie potrafiąc zrozumieć jej niezadowolenia z tego w jaki sposób się spotykali. Dla niego to ukrywanie się nie było niczym nadzwyczajnym, w dużej mierze nawet takt tego nie odbierał, a jednocześnie starał się bardzo nie wzbudzać podejrzeŃ w sąsiedztwie i otoczeniu pracowniczym. Szybko jednak o tym zdenerwowaniu zapomniał, bo po krótkich spięciach i tak dochodziło do porozumienia i zajmowali się czymś zupełnie innym. Uwielbiał z nią spędzać czas - nie ważne czy pomagał jej w nauce by nie została w tyle przez utraconą możliwość przystąpienia do egzaminu, czy też rozchodziło się o coś zupełnie innego. Wprowadziła do jego życia coś czego nie potrafił pojąć, ale bardzo się mu to podobało. Ostatnio jednak znów doszło do spięcia, a on choć wciąż nie chciał robić z ich relacji otwartej na wszystkich ludzi sprawy postanowił jakoś jej to wynagrodzić. Po upewnieniu się, że jej stan zdrowia pozwala na taką podróż kupił bilety do Europy, gdzie mieli spędzić wspaniały miesiąc zamieniając motele poza miastem na najlepsze hotele, pełna obsługę i swobodne poruszanie się wspólnie po mieście, w dodatku nie jednym. Wylądowali we Francji zaczynając od Paryża zwiedzili kolejno najpiękniejsze miejsca w kraju, o poranku zajadali się francuskimi croissantami w hotelowym zaciszu, odkrywali gorsze i lepsze knajpy podczas obiadów, by wieczorami spacerować po miastach i znów lądować w hotelu. Pomiędzy tym wszystkim regularnie znajdował czas by ćwiczyć na lokalnych torach wyścigowych do zbliżającego się wyścigu. Finał tej wyprawy był już na dniach i ciężko było sobie wyobrazić powrót do BostoŃskiej rzeczywistości, ale przed tym czekał ich dzisiejszy wyjazd o La Mans, gdzie miało odbyć się przygotowanie do wyścigu. SłoŃce wpadło do hotelowego pokoju, obudził się zerkając z lekkim uśmiechem na jeszcze śpiąca Saskię i po cichu wstał wychodząc z pokoju aby zamówić im śniadanie, ale po chwili wysunął się ponownie pod kołdrę kładąc się tuż obok niej i palcem sunął wzdłuż jej tali docierając do ramienia, by w koŃcu delikatnie sunąć po twarzy dotrzeć do jej warg nad którymi pochylił się i musnął czule. Nie pierwszy raz budził ja w ten sposób, to stało się ich iście francuską tradycją.
 
 
Saskia Lovell


Saskia Lovell

bOSTON


28

Forensic Student

sHE LOVES HER dOC!

Wysłany: 2018-09-08, 22:54   
  

  
  
  
  
  

  
  
I will love you 'til the end of time, I would wait a million years


Saskię denerwowało przede wszystkim to, że czuła się trochę jak przestępca, ukrywając się tak skrupulatnie ze wszystkim. Jakby robili coś złego, spotykając się i będąc ze sobą po prostu szczęśliwi. Stąd te wszystkie spięcia, które może i nie trwały długo, ale skutecznie burzyło harmonię, którą zdążyli zbudować. Lovell chciała po prostu wyjść z nim na miasto, trzymając go przy tym za rękę, nie mając żadnych obaw, że ktoś przypadkiem ich zobaczy i co wtedy się stanie. Chciała się cieszyć tym, że ma go przy sobie nie tylko w czterech ścianach podmiejskiego hotelu. Była też zmęczona tłumaczeniem rodzicom, gdzie się wybierała, nieco przy tym kłamiąc – wciąż nie powiedziała rodzicom o Felixie. Nie dlatego, że się bała, że ją odrzucą. Nic z tych rzeczy. Jednakże wiedziała, że rodzicie nie potrafiliby trzymać języka za zębami i zaczęliby się chwalić, że ten nowy kawaler ich córci, to szanowany lekarz jest… Gdy Felix pokazał jej bilety lotnicze do Paryża w pierwszym momencie nie mogła uwierzyć, potem po prostu rzuciła mu się w ramiona, cała w skowronkach i ciesząc się jak dziecko. Wiedziała, że zaczynał sezon wyścigowy i na samą myśl, że będzie przez tyle czasu sama, tak daleko od niego, usychała, a tu taka wspaniała wiadomość. Potem zaczęła się zastanawiać, jak ona rodzicom wytłumaczy wyjazd na miesiąc do Francji. W sumie to bardzo nie skłamała. Powiedziała, że znajomy jest rajdowcem i zaproponował jej, żeby wybrała się z nim w ramach dotrzymania towarzystwa… Przemilczała fakt, że znajomy był zdecydowanie bliższą jej osobą niżeli paŃstwo Lovell sobie wyobrażali, ale to nic. Udało się też przekonać ich, żeby jednak zostali w domu, bo lot jest tak wcześnie, że nie będą przecież skoro świt z łóżka się zwijać.
Miesiąc, który spędzili ze sobą, wydawał się być jak z bajki. Żadnych ograniczeŃ, ukrywania się. Mogli chodzić swobodnie to po ulicach Paryża, to Nantes… Nie kłócili się ani razu podczas tego wspólnego wypadu. Tak szczęśliwej, tak uśmiechniętej Saskii Felix chyba jeszcze nigdy nie widział. Co rusz chwytała go za rękę, ciągnąc w miejsce, które w jakiś sposób ją zachwyciło. Lovell czasem czuła się, jakby byli zaraz po ślubie i spędzali właśnie swój miodowy miesiąc, naprawdę. I wiele razy przechodziło jej przez myśl, że właśnie tego by chciała. Ślubnego kobierca, białej sukni i Felixa czekającego na nią przed ołtarzem.
Uwielbiała się lenić do późnych godzin w łóżku. Miła odmiana po szpitalnym rygorze, gdzie śniadanie było podawane o wpół do dziewiątej i ani minuty później. Najbardziej jednak podobało się jej to, że każdego poranka budziła się obok Felixa, czując jego bliskość i zapach. I miała pewność, że nie będą musieli udawać, że nocy wcale nie było. Tak było i tym razem. Ich mała, francuska rutyna. Zamruczała z zadowoleniem, czując jego dotyk i usta na jej własnych. Otworzyła leniwie oczy, wtulając się jednocześnie w Lorenzo. Tak było dobrze.
DzieŃ dobry – powiedziała, ziewając jeszcze przy tym. Mogłaby się do tego przyzwyczaić, naprawdę. – Co dziś jemy na śniadanie, mon amour? – zapytała. Trochę języka francuskiego liznęła podczas pobytu tutaj. Dosłownie i w przenośni.
 
 
 
Felix Lorenzo


Felix Lorenzo

Boston


44

chirurg

już nie kawaler

Wysłany: 2018-09-10, 09:17   
  

  
  
  
  
  

  
  
Love me tender, love me sweet, never let me go.


Dla Felixa wielkim krokiem było już samo przyznanie się, że coś między nimi jest i choć trudno było wciąż to sprecyzować to był w stanie przyznać to przed nią samą i przed samym sobą. Zrobił krok na tyle duży, że z kolejnymi krokami wstrzymywał siebie i ja przez dobrych parę miesięcy, podczas których ukrywali się jakby popełnili jakąś zbrodnię. Gdzieś z tyłu głowy jakiś cichy głos podpowiada mu, że gdy wszystko wyjdzie na światło dzienne zmieni się znów wiele rzeczy, a on jeszcze nie przyzwyczaił się do obecnych zmian. Ona pragnęła czegoś więcej, a on nie wiedział czy potrafił jej to dać, ale wycieczka do Francji wydawała się być najlepszym rozwiązaniem - jakby czuł, że tam znajdzie odpowiedź na swoje pytania, rozwieje wszelkie niepewności. Nie wierzył, że potrafił tak dzieŃ w dzieŃ cały czas otwarcie być z kimś, a jednak podczas spędzonego wspólnie miesiąca odkrył jak bardzo się mylił. Wiadomo - rok czy wiele lat to znaczna różnica w porównaniu do miesiąca, ale dla takiego Lorenzo znaczy to o wiele więcej niż mogłoby się wydawać, a z drugiej strony nie był typem wybiegającym co go czeka za rok czy parę lat i cieszył się z małych sukcesów. Ta wycieczka była ich małym sukcesem.
Saskia promieniała, nie dało się przejść obok tego obojętnie. Lorenzo był nią oczarowany, zobaczył ją w zupełnie innym świetle. Nigdy nie dał jej szansy być taką w Bostonie, bo trzymał ją pod kloszem, podcinał jej skrzydła. On również był zupełnie inny gdy odrzucił ograniczenia jakie narzucił w Bostonie, jego ramiona zawsze były dostępne i często obejmować w nich młodą Lovell, jego dłonie szukały jej dłoni niezależnie od miejsca, kradł jej pocałunki kiedy tylko zapragnął, a rozmowy zdawały się nie mieć koŃca, a żadna z nich nie dotyczyła przyziemnych spraw jakie czekały na nich w mieście. Dodatkowo mogła odkryć w nim kogoś innego. Owszem, o jego wyścigach trochę wiedziała, ale teraz tak naprawdę mogła dostrzec czym dla niego są i jak wiele dla niego znaczą. Kiedy odwiedzali tory wyścigowe mogła odkryć jego mały świat którym nie dzielił się z nikim, to swego rodzaju wyróżnienie. Włączył ja do czegoś cholernie ważnego dla niego i mogła zobaczyć jak wiele radości mu to daje. To dla niego był kolejny wielki krok, który poczynił instynktownie. Nie zastanawiał się zbyt wiele nad tym tylko po prostu ją do tej części swojego życia wprowadził.
Uwielbiał ją budzić w taki właśnie sposób, przyglądać się jak leniwie otwiera oczy i delikatnie się uśmiecha. - Będziesz miała zaskakujący wybór - bo nie potrafił się zdecydować co dzisiaj zagości na talerzu. Jajka na miękko, jajecznica, naleśnik, tosty, croissanty, owoce, muffinki, kawa, sok, herbata. Wiedział, że będzie smacznie. - Mam coś dla Ciebie - wymruczał i musnął delikatnie ustami jednocześnie sięgając po pudełeczko leżące na nocnej szafce. - Otwórz - uśmiechnął się lekko. Nie było to nic wielkiego i okrutnie błyszczącego. Złota delikatna bransoletka do której doczepione zostały małe zawieszki jak wieża Eiffla, wyścigówka, croissant i parę innych nawiązujących ściśle do ich wyprawy, która powoli dobiegła koŃca. - Chciałem Ci ją dać gdy już wrócimy do Bostonu, ale coś mnie podkusiło by zrobić to dzisiaj - przyznał, a gdy otwarła pudełeczko i zobaczyła co jest w środku sięgnął po bransoletkę, by z kolei sięgnąć po dłoŃ Saskię i przypiąć błyskotkę na jej nadgarstek.
 
 
Saskia Lovell


Saskia Lovell

bOSTON


28

Forensic Student

sHE LOVES HER dOC!

Wysłany: 2018-09-10, 21:15   
  

  
  
  
  
  

  
  
I will love you 'til the end of time, I would wait a million years


Dla Saskii również nie było to łatwe. Ich sytuacja była dosyć niestandardowa ze wielu względów, przez co nabudowali między sobą wiele murów, które powolutku burzyli, krok po kroku. Dużym krokiem było jednak to, że przestali udawać, że między nimi nic nie ma, a te kilka nocy były zwykłą przygodą i nic do siebie nie czuli. Bo to prawdą nie było i oboje doskonale o tym wiedzieli. I wbrew pozorom Saskia też się bała zmian. Z jednej strony chciała czegoś więcej, miała dość ukrywania się na każdym kroku, a z drugiej… nie chciała narażać Felixa w żaden sposób. Dużo osób w środowisku wiedziało, że Lorenzo był jej lekarzem i mogłyby się zacząć plotki, a tego wolałaby uniknąć. Nie robili niczego złego, a jednak się zastanawiała wiele razy, czy powinni. Z wyjazdu do Francji cieszyła się jednak jak dziecko. Wiedziała bowiem, że te wszystkie bariery, które sobie stawiali, po prostu znikną i będą mogli się cieszyć swoim towarzystwem. Jednocześnie się obawiała, że po tygodniu się sobą znudzą. Nic jednak takiego się nie stało. Codziennie było inaczej, aczkolwiek równie cudownie.
Promieniała, to prawda. Była uśmiechnięta, pełna energii, którą zarażała też Felixa. Pewnie nie raz, nie dwa namówiła go do czegoś zupełnie szalonego i zapewne szczeniackiego (zróbmy sobie zdjęcie w fontannie, będzie fajnie!)… ale po prostu chwytała chwilę, ciesząc się tym, czym miała. Felix również pokazywał się z nieco innej strony, co bardzo się jej podobało. Uwielbiała te momenty, w których brał ją z zaskoczenia i skradał pocałunek, gdy chwytał ją za rękę, czy po prostu obejmował ramieniem, gdy wieczorem zaczynało się już robić chłodno. Widziała również, jak bardzo był szczęśliwy na torze. Owszem, trochę się martwiła, gdy wchodził za kierownicę, ale zawsze kibicowała mu pełną piersią. Cieszyła się ogromnie, że pozwolił jej wejść do tego świata i poznać go bardziej.
Ja wiem, że muszę przytyć, Felix, ale bez przesady... – Zaśmiała się. Lorenzo dbał o to, żeby Saskia przez ten miesiąc nabrała trochę wagi, którą straciła… a trochę tego było. W szpitalu nie karmili jakoś wybitnie, nic nie udało się jej przytyć, więc pracę nad tym zaczęła dopiero po powrocie do domu.
Nie spodziewała się żadnego dodatkowego prezentu. Nie potrzebowała niczego więcej tak naprawdę. Sam fakt, że ją tutaj zabrał był dla niej wystarczający. Wzięła od niego jednak pudełko, zastanawiając się co mogło się w nim kryć. Gdy zobaczyła bransoletkę, nie potrafiła ukryć zachwytu.
Piękna. Dziękuję. – Nie wiedzieć czemu, gdy Felix zakładał jej tę bransoletkę, w kącikach oczu zebrały się łzy. Ot, ze wzruszenia. W ciężkich chwilach w Bostonie będzie mogła wspomnieniami wracać do wspólnych wakacji z Lorenzo, a ta bransoletka będzie uświadczyć ją w przekonaniu, że nic się jej nie przyśniło. Uśmiechnęła się do Felixa, by następnie musnąć delikatnie jego usta. – Chyba będziesz mnie musiał na rękach stąd wynieść, bo za nic nie chce mi się ruszać z łóżka... – Wiedziała, że po śniadaniu musieli się spakować i wymeldować z hotelu, by następnie jechać do La Mans… ale złapała kompletnego lenia. I pojawiło się w niej dziwne uczucie niepokoju.
 
 
 
Felix Lorenzo


Felix Lorenzo

Boston


44

chirurg

już nie kawaler

Wysłany: 2018-10-05, 21:51   
  

  
  
  
  
  

  
  
Love me tender, love me sweet, never let me go.


Czy gdyby wiedzieli jak ulotne są chwile to od początku postępowali by inaczej? Odpowiedź nie jest do poznania, można tylko gdybać. Zamiast cieszyć się sobą bawili się w stawianie murów i burzenie ich. Wyjazd do Francji był ich małym rajem, tu nic nie zbudowali, tu nic nie musieli zburzyć, mogli tak po prostu cieszyć się sobą. Czy to nie oczywiste, że gdy wszystko w końcu dobrze się układa musi runąć na człowieka jakaś bomba? Właśnie nie. To nie jest oczywiste. Beztrosko leżeli w łóżku ciesząc się sobą i nie wiedząc co ich czeka w najbliższej przyszłości. Nawet jeśli wiele ludzi tak ma, że gdy zaczyna się im układać wypatrują zła na horyzoncie, bo przecież nie może być już wiecznie dobrze, to Felix do tej grupy nie należał. On potrafił się czymś cieszyć bez obaw i tak właśnie tutaj czerpał radość z ich wyjazdu nie zastanawiając się nad tym czy to znów zostanie zamknięte w murach po powrocie, czy stanie się coś innego, złego. Zwyczajnie się cieszył wszystkim. Saskia promieniała i bywała szalona wyciągając go w coś czego sam w życiu by nie zrobił, ale po wszystkim nie żałował bo dobrze się bawił. Czemu nie mogli tak cieszyć się sobą w Bostonie? Powodów było wiele, a jednym z nich było to, że tutaj nikt ich nie znał. Niektóre rzeczy przychodziły z łatwością gdy spędzało się czas w obcym towarzystwie, a nie w gronie, które ich znało. Tutaj nie osądzali, a tam czekał ich nie tylko osąd, ale również konsekwencje jeśli ktoś postanowi być uciążliwy… A ludzie lubią być uciążliwi gdy innym się wiedzie, a im samym nie.
Zaśmiał się nieznacznie słysząc jej słowa. - Nie musisz zjeść wszystkiego, ale masz ogromnie smaczny wybór, więc żal nie spróbować wielu rzeczy - to trochę takie oszukiwanie: “Patrz jak to smacznie wygląda. Nie spróbujesz?” w rezultacie pewnie zje więcej niż mogłaby przypuszczać. Zależało mu na tym aby przytyła i wcale tego nie krył, a chodziło głównie o jej zdrowie, a nie o wygląd, choć trzeba przyznać, że dodatkowe kilogramy działały na jej korzyść.
Pomysł bransoletki zrodził się spontanicznie. Zobaczył podobna z drobnymi dodatkami, chciał jej dać coś podobnego, ale nie chciał dać zwykłego świecidełka, stąd pomysł na małe zawieszki nawiązujące do ich wspólnej wyprawy. Za żadne skarby tego świata i nawet po śmierci się nie przyzna do tego jaka sentymentalna z niego bestia, nawet jeśli ta bransoletka wyraża więcej niż tysiąc słów. Uśmiechnął się lekko widząc jej reakcje. - Jesteś urocza - bo nie spodziewał się zaszklonych oczu. Jej reakcja tylko potwierdziła, że to był dobry wybór, nie tylko kupić ale i wręczyć ja w tej chwili.
Z jednej strony wcale nie chciał się pakować i wyjeżdżać, a z drugiej nie mógł się już doczekać wyścigu. To było coś co wprawiało go w stan nie do opisania słowami. - Mógłbym Cię wynieść nawet teraz, wpakować do samochodu i jechać, ale… tutu jest naprawdę dobrze - sam najchętniej cieszył by się tym porankiem jak najdłużej. - La Mans jest ładne. Spodoba Ci się, ma swój urok - choć może to tylko on przez pryzmat wyścigów tak to postrzega.
 
 
Saskia Lovell


Saskia Lovell

bOSTON


28

Forensic Student

sHE LOVES HER dOC!

Wysłany: 2018-10-05, 23:26   
  

  
  
  
  
  

  
  
I will love you 'til the end of time, I would wait a million years


Saskia po części bała się, co będzie, gdy wrócą do Bostonu – czy znowu zaczną kryć się po kątach, spotykać w podmiejskich hotelach i zachowywać, jakby popełniali jakąś zbrodnię? Prawdę powiedziawszy to nie chciała o tym myśleć. Taki układ, jaki mieli w Paryżu, był dla niej najlepszym z możliwych. Mogli sobie pozwolić na otwartość, bez skrępowania i obaw, że ktoś zobaczy, że będą mieć problemy – choć Lovell nie potrafiła pojąć, że niby z jakiej racji – i tak dalej, i tak dalej. Cieszyła się, że mogła bez obaw chwycić Felixa za rękę, pocałować go wtedy, gdy tylko się jej podobało. Szalała z Felixem jak nigdy dotąd. I wcale a wcale nie czuła tej różnicy wieku, która pomiędzy nimi była. Tak naprawdę, dla Saskii ona nie istniała. Felix rozumiał ją jak mało kto tak naprawdę. Miała poczucie, że mogła z nim porozmawiać na każdy temat – zarówno poważny, jak i przyziemny. Saskia przy Lorenzo mogła spokojnie się wyszaleć, a on robił to wraz z nią… Miała nawet czasami wrażenie, że Felix był bardziej przebojowy niż ona sama. Lovell nie pozwalała sobie na co dzień na takie przyjemności… bo zdrowie, bo studia, bo nauka. Prawdę powiedziawszy, to nawet się cieszyła z tej rocznej przerwy. Mogła się trochę wyluzować przed wyścigiem szczurów na rezydenturze… a fakt, że trochę podreperuje swoje zdrowie to był efekt uboczny. Zdecydowanie trochę odpoczynku dobrze jej zrobi. Zwłaszcza, jeżeli będzie odpoczywać z Felixem u boku.
Saskia schudła sporo, to trzeba przyznać. Aktualnie ważyła mniej niż wtedy gabinecie, co dostała od Lorenzo reprymendę za alkohol. Można powiedzieć, że po części to była wina tęsknoty za Felixem. Nie potrafiła jeść, po prostu. Jedzenie czasami stawało jej w gardle… Starała się jednak to nadrobić i wszystko szło ku dobremu. Odkąd wyszła ze szpitala, zdecydowanie lepiej jej szło z tym jedzeniem. Starała się, bo nie chciała przede wszystkim zawieść Felixa.
Ona go przejrzała i wiedziała doskonale, że będzie próbował ją namówić na spróbowanie wszystkiego po trochu, a znając życie to pewnie się na to skusi… Z drugiej strony, kiedy znowu będzie mogła spróbować francuskich specjałów?
Dla Saskii ta bransoletka będzie równie ważna… to taka jedyna rzecz, którą będzie miała na dowód tego, że tu w ogóle była i że to wszystko się jej nie przyśniło. Czasem miała wrażenie, że ro wszystko jest zbyt piękne, by było prawdziwe, przez co potrzebowała się kilka razy upewnić, czy na pewno to jest jawa. Słysząc słowa Felixa, że niby jest urocza, poczuła jak policzki zaczęły wręcz jej płonąć – zarumieniła się. Chcąc to ukryć, po prostu się do niego przytuliła.
Od dłuższego czasu chciała mu coś powiedzieć… coś dla niej bardzo ważnego. Wyjazd do Francji tylko utwierdził ją w przekonaniu, że Felix nie był dla niej tylko jednorazową przygodą i czuła do niego znacznie więcej. Potrafiła nawet te uczucie nazwać. Jednakże nie potrafiła zebrać się na odwagę i mu o tym powiedzieć. Przekładała to bez końca… Obiecała sobie, że mu powie po wyścigu w La Mans. Nie chciała go dekoncentrować taką rzeczą, bo zapewne nie dałoby mu to spokoju i niepotrzebnie namieszałaby mu w głowie.
Nieważne gdzie, byle z Tobą... – powiedziała, uśmiechając się do niego. To się dla niej tak naprawdę liczyło. Że byli razem, że miała go obok i mogła się nim cieszyć bez wszelkich ograniczeń. Reszta to tylko miłe dodatki.
Śniadanie zostało im dostarczone do pokoju. Saskia dzielnie próbowała wszystkiego po trochu, więc zapewne Felix będzie zadowolony z tego, ile udało się jej zjeść. Wypiła do tego herbatkę z miodem… I choć bardzo się jej nie chciało z łóżka zbierać, musieli w końcu się spakować i wymeldować z hotelu, by następnie pojechać do La Mans.
Z każdą kolejną chwilą Saskia stawała się coraz to bardziej milcząca. Nie wiedzieć czemu, coś nie dawało jej spokoju i miała złe przeczucia co do tych treningów przed samym wyścigiem. Starała się odsunąć to gdzieś dalej, ale nie potrafiła… Te uczucie nie opuszczało jej aż do dnia wyścigu. Wstała rano, dużo przed Felixem. Nie potrafiła spać, po prostu. Coś nie dawało jej spokoju, coś jej mówiło, że Felix nie powinien jechać… Wiedziała jednak, że się na to nie zgodzi. Przecież to był finał. Zwieńczenie całego sezonu…
Usiadła w salonie (ich pokój był podzielony na część sypialną i „dzienną”), na kanapie, wpatrując się w okno i wschodzące nad Le Mans słońce.
 
 
 
Gość

Wysłany: 2018-10-16, 06:55   

Myśli o powrocie były dla niego tak bardzo odległe, a jednak powrót zbliżał się okrutnie szybko. Czas w Francji był dla nich czasem beztroski podczas której wyzbyli się barier i, aż ciężko było nawet pomyśleć o tym co czeka ich po powrocie - rzeczywistość. Sam nie wiedział czy byłby zdolny wrócić do ukrywania się niczym dzieciaki, kiedy spróbował życia z nią na inny sposób. Może i był typem, który zapierał się nogami i rękami przed zobowiązaniami, ale tutaj w Europie jakoś nie odczuwał strachu, potrafił cieszyć się każdą ulotna chwilą z nią i nie bać się tego jak ognia. Sam nie wiedział czy to zasługa miejsca czy może kwestia uczuć, które powoli brały górę nawet jeśli wciąż bał się do nich przyznać na głos. Jego zachowanie i gesty wyrażały na swój sposób bardzo wiele, a przychodziły one mu swobodnie nawet jeśli słowami ciężko było mu to poprzeć. Słowa były bardzo zobowiązujące, a wypracowana przez lata ostrożność kazała mu milczeć. Coś jednak brało w nim górę, powoli, bez pośpiechu, tip topami, ale kiedyś… kiedyś w końcu przestanie milczeć.
Jej utracone kilogramy go nie odstraszały, a dbał o jej wagę tylko w kwestii zdrowotnej. Pragnął by odzyskała utracone siły, nabrała przed okresem rezydentury, który jest ciężki i nie powinna startować z brakami nawet na tej płaszczyźnie. Chciał by się starała, ale przede wszystkim chciał by zrozumiała, że robi to dla siebie, a nie dlatego… by go nie zawieść. To mu pewnie schlebia, ale mija się z celem. W kwestii jej wagi nic nie dotyczyło jego, tu chodziło tylko i wyłącznie o nią. Felix był tylko takim małym drogowskazem na jej drodze do lepszego stanu zdrowia, podsuwał jej dobre jedzenie w dużych ilościach, które zjadała pod jego czujnym okiem.
Kiedy jej policzki zaczęły czerwienić się uśmiechnął się szerzej, a potem zwyczajnie ja do siebie przytulił. - Teraz jesteś jeszcze bardziej urocza - odparł gdy użyła jego ramion jako kryjówki. Sentymentalny drobiazg był ważny, zarówno dla niej jak i dla niego. W normalnych warunkach przecież nie kupił by czegoś podobnego, wystarczyłoby zwykłe świecidełko lub obeszło by się bez żadnego, a tutaj… Nawet jeśli w słowach nie potrafi ująć jak ważne dla niego jest to co mają, nawet jeśli jego całe ciało i umysł broni się przed przyznaniem co czuje, ta bransoletka jest takim drobnym promykiem nadziei, że kiedyś się odważy i przełamuje te bariery. Teraz jednak musiała wystarczyć. On nie był głupi, ba! Był bardzo spostrzegawczość. Czuł jak Saskia próbuje się zebrać by coś mu powiedzieć, ale nie wyciągał od niej tego. Jej odwaga, a raczej jej brak w wypowiedzeniu tych słów działała na jego korzyść. Nie był na to gotowy,więc skutecznie odganiał to wszystko od siebie i skupiał się a dobrej zabawie tu i teraz…z nią. Jej uśmiech i to bardzo była za nim ‘ nieważne gdzie byle z Tobą’ choć wiedziała jakim potrafi być bucem, jej charakter i wiele innych czynników składało się na to, że była po prostu dobrą dziewczyną. Uwielbiał jej dobroć i uwielbiał jej śmiech, więc nim śniadanie pojawiło się pokoju zdążył powalić ją na łóżko bezczeszcząc je łaskotkami.
Tym dużym śniadaniem i próbą łaskotani każdego milimetra jej ciała być może próbowali odciągnąć wyjazd z hotelu, a jednocześnie z każdą chwilą czuł jakieś magnetyczne przyciąganie do La Mans i powoli oczyszczał myśli zapominając o bożym świecie. Będąc na miejscu miał czas na ostatnie poprawki, treningi, oczyszczenie myśli. Wcale nie spał dłużej niż zwykle, ale zdziwił się, że gdy tylko otworzył oczy jej nie było obok niego. Powoli zszedł z łóżka wędrując do salonu, gdzie miał przed sobą wschód słońca i ja. - Nie możesz spać? - zapytał cicho pochylać się nad nią i muskając jej szyję. Miał właśnie w planach bieg przez budzące się do życia miasteczko. Musiał koniecznie oczyścić myśli, pobudzić ciało.
 
 
Felix Lorenzo


Felix Lorenzo

Boston


44

chirurg

już nie kawaler

Wysłany: 2018-10-16, 06:56   
  

  
  
  
  
  

  
  
Love me tender, love me sweet, never let me go.


Myśli o powrocie były dla niego tak bardzo odległe, a jednak powrót zbliżał się okrutnie szybko. Czas w Francji był dla nich czasem beztroski podczas której wyzbyli się barier i, aż ciężko było nawet pomyśleć o tym co czeka ich po powrocie - rzeczywistość. Sam nie wiedział czy byłby zdolny wrócić do ukrywania się niczym dzieciaki, kiedy spróbował życia z nią na inny sposób. Może i był typem, który zapierał się nogami i rękami przed zobowiązaniami, ale tutaj w Europie jakoś nie odczuwał strachu, potrafił cieszyć się każdą ulotna chwilą z nią i nie bać się tego jak ognia. Sam nie wiedział czy to zasługa miejsca czy może kwestia uczuć, które powoli brały górę nawet jeśli wciąż bał się do nich przyznać na głos. Jego zachowanie i gesty wyrażały na swój sposób bardzo wiele, a przychodziły one mu swobodnie nawet jeśli słowami ciężko było mu to poprzeć. Słowa były bardzo zobowiązujące, a wypracowana przez lata ostrożność kazała mu milczeć. Coś jednak brało w nim górę, powoli, bez pośpiechu, tip topami, ale kiedyś… kiedyś w końcu przestanie milczeć.
Jej utracone kilogramy go nie odstraszały, a dbał o jej wagę tylko w kwestii zdrowotnej. Pragnął by odzyskała utracone siły, nabrała przed okresem rezydentury, który jest ciężki i nie powinna startować z brakami nawet na tej płaszczyźnie. Chciał by się starała, ale przede wszystkim chciał by zrozumiała, że robi to dla siebie, a nie dlatego… by go nie zawieść. To mu pewnie schlebia, ale mija się z celem. W kwestii jej wagi nic nie dotyczyło jego, tu chodziło tylko i wyłącznie o nią. Felix był tylko takim małym drogowskazem na jej drodze do lepszego stanu zdrowia, podsuwał jej dobre jedzenie w dużych ilościach, które zjadała pod jego czujnym okiem.
Kiedy jej policzki zaczęły czerwienić się uśmiechnął się szerzej, a potem zwyczajnie ja do siebie przytulił. - Teraz jesteś jeszcze bardziej urocza - odparł gdy użyła jego ramion jako kryjówki. Sentymentalny drobiazg był ważny, zarówno dla niej jak i dla niego. W normalnych warunkach przecież nie kupił by czegoś podobnego, wystarczyłoby zwykłe świecidełko lub obeszło by się bez żadnego, a tutaj… Nawet jeśli w słowach nie potrafi ująć jak ważne dla niego jest to co mają, nawet jeśli jego całe ciało i umysł broni się przed przyznaniem co czuje, ta bransoletka jest takim drobnym promykiem nadziei, że kiedyś się odważy i przełamuje te bariery. Teraz jednak musiała wystarczyć. On nie był głupi, ba! Był bardzo spostrzegawczość. Czuł jak Saskia próbuje się zebrać by coś mu powiedzieć, ale nie wyciągał od niej tego. Jej odwaga, a raczej jej brak w wypowiedzeniu tych słów działała na jego korzyść. Nie był na to gotowy,więc skutecznie odganiał to wszystko od siebie i skupiał się a dobrej zabawie tu i teraz…z nią. Jej uśmiech i to bardzo była za nim ‘ nieważne gdzie byle z Tobą’ choć wiedziała jakim potrafi być bucem, jej charakter i wiele innych czynników składało się na to, że była po prostu dobrą dziewczyną. Uwielbiał jej dobroć i uwielbiał jej śmiech, więc nim śniadanie pojawiło się pokoju zdążył powalić ją na łóżko bezczeszcząc je łaskotkami.
Tym dużym śniadaniem i próbą łaskotani każdego milimetra jej ciała być może próbowali odciągnąć wyjazd z hotelu, a jednocześnie z każdą chwilą czuł jakieś magnetyczne przyciąganie do La Mans i powoli oczyszczał myśli zapominając o bożym świecie. Będąc na miejscu miał czas na ostatnie poprawki, treningi, oczyszczenie myśli. Wcale nie spał dłużej niż zwykle, ale zdziwił się, że gdy tylko otworzył oczy jej nie było obok niego. Powoli zszedł z łóżka wędrując do salonu, gdzie miał przed sobą wschód słońca i ja. - Nie możesz spać? - zapytał cicho pochylać się nad nią i muskając jej szyję. Miał właśnie w planach bieg przez budzące się do życia miasteczko. Musiał koniecznie oczyścić myśli, pobudzić ciało.
 
 
Saskia Lovell


Saskia Lovell

bOSTON


28

Forensic Student

sHE LOVES HER dOC!

Wysłany: 2018-10-18, 00:02   
  

  
  
  
  
  

  
  
I will love you 'til the end of time, I would wait a million years


Saskia również nie chciała myśleć o powrocie do rzeczywistości. Tak przyzwyczaiła się do tego, że nie mieli nad sobą tak naprawdę żadnych ograniczeń, że mogli się sobą cieszyć bez obaw, że ktoś ich zobaczy i ktoś jeszcze nie wiadomo co sobie pomyśli. Lovell kochała tę swobodę, która pozwalała jej na trzymanie Felixa za rękę, gdy szli wieczorem przez Paryż. Do tulenia się do niego, do swobodnego wyrażenia wszelkich czułości, że powrót do Bostonu wydawał się być niczym powrót do klatki. Nie chciała wracać do starego układu – ukrywania się po kątach, jakby robili coś złego, będąc ze sobą po prostu szczęśliwi. Męczyło ją to okropnie, to powodowało, że między nimi były spięcia i kłótnie, a takowe niczego tak naprawdę nie ułatwiały, wręcz przeciwnie. Saskia nie potrafiła udawać, że to, co między nimi było to tylko zwykła przygoda. Zaangażowała się w ich relację bardziej niżeli by tego chciała i nie potrafiła tego przerwać. Jeszcze nigdy żaden mężczyzna nie namieszał jej tak w głowie i w uczuciach jak Lorenzo.
Starała się to jakoś nadrobić – powoli to jakoś jej szło, aczkolwiek Saskia nie należała do tych osób, którym było łatwo przytyć, wręcz przeciwnie. Trochę stresu i to, co udało się jej przybrać, to traciła z nawiązką… A ostatnimi czasy dosyć dużo się denerwowała, choć nie było to wskazane dla niej z wielu powodów, nie tylko przez tą nieszczęsną wagę.
Za każdym razem, gdy Lovell myślała, że Felix ją już niczym nie zaskoczy, ten wpadał na coś, przez co się peszyła niczym mała dziewczynka, tak jak teraz. Skryła się w jego ramionach… Czuła się w nich tak bezpiecznie. Wiele razy przechodziło jej przez myśl, że mógłby ją tak obejmować przez następne kilka, kilkanaście lat i zapewne by się jej to nie znudziło. Kochała mieć go blisko siebie, czuć ciepło i zapach jego ciała, smak jego ust… Takie proste rzeczy, a sprawiały, że czuła się najszczęśliwszą kobietą na ziemi, jednocześnie przez właśnie takie chwile jak te, zakochiwała się w nim coraz to bardziej.
Chciała mu powiedzieć tyle razy… zaczynała nieśmiałym Felix, by w ostatniej chwili zmienić zdanie i powiedzieć zupełnie coś innego. Brakowało jej odwagi. Nawet teraz jakaś cząstka niej pragnęła wypowiedzieć te dwa magiczne słowa, których była stuprocentowo pewna… jednak nie potrafiła. Zamiast tego wtuliła się bardziej w Lorenzo.
Widziała, jak bardzo Felixowi zależało na tym wyścigu i jak dużo energii w to wkładał, dlatego nic nie mówiła. Po prostu go wspierała, uśmiechała się i starała się nie dać po sobie poznać, że coś nie daje jej spokoju. Jednakże teraz, w dniu wyścigu, niepokój dał górę. Nie potrafiła odsunąć tego uczucia gdzieś na bok, przez co nie mogła spać.
Chyba stresuję się tym wyścigiem bardziej niż Ty... – starała się jakoś wybrnąć, aczkolwiek z marnym skutkiem. Nie zareagowała w żaden sposób na te muśnięcie w szyję, co było do niej niepodobne. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w okno, nie spoglądając jednak na Felixa. – Mam złe przeczucia. – Chyba jednak nie potrafiła dłużej tego w sobie trzymać. Westchnęła ciężko, odwracając się w końcu do Lorenzo. Jak miała prosić go to, by zrezygnował z udziału, albo chociaż nie szarżował? Przygryzła wargę, by następnie objąć drobnymi dłońmi jego twarz… – Wiem jak bardzo Ci zależy na tym wyścigu, włożyłeś wiele serca i energii w to, by się do niego przygotować… ale na samą myśl, że mogłoby Ci się coś stać… – tutaj jej głos na chwilę się zawahał. – Nie mam prawa Cię o to prosić, wiem o tym… – Nie wiedziała jak to wszystko ubrać w słowa… westchnęła ciężko. – Byłabym spokojniejsza, jakbyś nie szarżował... – Doskonale wiedziała, że to nie było możliwe. Wyścigi to ryzyko, czasem trzeba było je podjąć, zwłaszcza, że dzisiaj miała rozegrać się tak naprawdę gra o wszystko. To był finał i nikt nie zamierzał się tu bawić w kotka i myszkę.
 
 
 
Felix Lorenzo


Felix Lorenzo

Boston


44

chirurg

już nie kawaler

Wysłany: 2018-10-21, 10:10   
  

  
  
  
  
  

  
  
Love me tender, love me sweet, never let me go.


Obawiali się powrotu jakby choć wcale nie musieli, wystarczyłoby po zejściu z samolotu na płytę lotniska w Massachusetts po prostu zachowywać się tam jak w Paryżu. To wcale nie musiało być trudne, bo ludzie osąd Ali wszędzie, nawet w Francji dostrzegli różnice wieku i snuli domysły na ich temat, tylko tutaj oni się tym nie przejmowali. Trzeba przełamać sytuację z rodziną czy jego zawodową, ale poza tym czym różnił się Paryż od Bostonu? Łatwo było jednak tak planować, a gorzej wcielić to w życie. Czy w ogóle będą mieli okazję wcielić to w życie? Może nie będzie miał okazji zejść z samolotu na płytę lotniska?
Nawet się nad tym nie zastanawiał, bo dla niego przyszłość za kilkanaście lat wydawała się być straszna. Młody duch w starym ciele. Za kilkanaście lat będzie już stary, a ona wciąż brutalnie młoda, a to zwyczajnie mogło przytoczyć każdego. Jak długo nie będzie “za stary” dla niej, kiedy pojawi się granica, że juz się nie nadaje. On nigdy nie kupował tych związków gdzie stary dziadek był sobie z zaskakująco młodą kobietą, a teraz sam budował coś podobnego z nią? Wolał nie wychodzić myślami w przyszłość, bo go zwyczajnie przytłaczała, przerażała, a dokładając do tego jego fobie 2 odniesieniu do zobowiązań… cóż, lepiej nie psuć tego wyjazdu.
Uśmiechnął się nieznacznie. - Nie szczególnie mnie to dziwi, to w końcu nowość, masz prawo się stresować, w odróżnieniu do mnie… Stres jest niewskazany, trzeba być w pełni skupionym - wyjaśnił. Nauczył się z tym walczyć, potrafił wyzbyć się strachu i ostatecznie odczuwał tylko przyjemny dreszcz nadchodzących emocji. Czuł jednak, że ona jest jakaś nieobecna. - Rozluźnij się - odparł kładąc jej dłonie na ramionach i masując delikatnie. - Saskia, wszędzie może się coś stać. Mało było w Francji zmasowanych ataków przez terrorystów w ciężarówkach czy na koncertach? Wszędzie mogło się coś stać - a mimo tego beztrosko spędzali czas. - Nie rób tego - poprosił, gdy zaczęła snuć obawy i prosić o coś czego nie mógł zrobić. - Nie proś mnie o coś niewykonalnego - jej słowa o złych przeczuciach teraz w ogóle nie trafiały do niego. - To jest coś czym się z Tobą dzielę, ale nie zrezygnuje z tego. Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy - dla jego wyścigi były czymś co trudno było ubrać w słowa. Wiedział, że w końcu jego kariera się skończy, wiek weźmie górę, ale póki może startować to nie zamierza kończyć kariery.
Nie był w stanie obiecać jej czegoś przez co nie mógłby zacięcie walczyć na torze wyścigowym. Próbował uspokoić jej obawy przed wyścigiem, zająć ja czymś innym, ale musiał też poświęcić czas na wyciszenie się. W końcu ruszyli w miejsce, gdzie miała zacząć się przygoda na którą czekał przez cały martwy sezon oddając się chirurgii. Znaleźli się na torze, ona miała miejsce z dobrym widokiem na wszystko, na tor, na ekrany, które miały łapać każdy urywek, na jego zespół, ale też miejsce gdzie mogą odpocząć, bo czekały ich długie godziny tutaj. Pożegnał ją pocałunkiem pełnym pasji, a przy tym był coraz to bardziej pochłonięty wyścigiem. Skupił się już tylko na przygotowaniu do startu i odpowiednim wyciszeniu, Choć teraz słowa siedzącej w oddali Saskię o złym przeczuciu wracały do niego jak bumerang. Odciął się jednak od tego, by ostatecznie wsiąść za kółko, zrobić próbną jazdę, poprawić w boksie co nieco i w końcu stanąć na starcie, szykują się do wyścigu. To był walka całego zespołu, trzyosobowa drużyna, która miała za zadanie w ciągu doby odbyć jak największą liczbę okrążeń i wszyscy Ci, którzy dbali o ich bezpieczeństwo podczas jazdy. Rozpoczynał pierwsza zmianę oddając się uczuciom nie do opisania. Tęsknił za tym niebywale, w końcu był w swoim małym raju na ziemi. Kolejne okrążenie i kolejne. Jedno za drugim, skupiał się na tym co robił starając się uzyskać przewagę już na starcie. W końcu nastąpiła zmiana, w czołówce nie byli, ale byli blisko, sęk w tym, że to zwyczajna loteria i różne wypadki losowe mogą zepchnąć człowieka na sam koniec. Odetchnął, zaraz po zejściu do sfery swojego zespołu wdał się w dyskusję na temat przejażdżki, napił się, by ostatecznie usiąść obok Saskię na chwilę i odetchnąć. Miał trochę czasu do kolejnej tury. - Brakowało mi tego… - westchnął - niepotrzebnie się martwilaś, warunki są świetne!
 
 
Saskia Lovell


Saskia Lovell

bOSTON


28

Forensic Student

sHE LOVES HER dOC!

Wysłany: 2018-10-22, 00:10   
  

  
  
  
  
  

  
  
I will love you 'til the end of time, I would wait a million years


Saskia nawet w Bostonie z wielką chęcią zrzuciłaby z siebie całą tę otoczkę tajemnicy co do ich… związku? Sama nie była pewna, czy mogła nazwać ich relację i to co między nimi było w ten sposób, jednakże spotykali się regularnie, jednocześnie robiąc z tego wielki sekret. Przecież już tyle kłótni o to przeprowadzili. Lovell była zmęczona tym ukrywaniem się. Chciała z czystym sumieniem wpaść do niego do szpitala z śniadaniem, które zapomniał wziąć z domu. Chciałaby wyjść na miasto na kolację, bez obaw, że ktoś ich zobaczy i co wtedy… Chciała by każdy dzień w Bostonie był Paryżem. Pragnęła być budzona przez niego pocałunkiem każdego ranka. Niby tak niewiele, a wydawało się to nieosiągalne, a chociaż w Bostonie.
Ona nie myślała w ten sposób. Za dziesięć lat też najmłodsza nie będzie… i naprawdę jej to nie przeszkadzało. Nie czuła kompletnie tej różnicy wieku pomiędzy nimi – bo te spięcia między nimi były spowodowane raczej tym, że Felix miał syndrom Piotrusia Pana aniżeli wiekiem. Chciałaby zbudować z nim coś bardziej stałego, wiele razy o tym myślała – bała się jednak mówić o tym na głos. Miała wrażenie, że gdyby powiedziała Felixowi o swoich uczuciach to ten by uciekł i tyle z tego było. Dlatego to w sobie dusiła, chcąc mieć go przy sobie jak najdłużej, z nadzieją, że Lorenzo odwzajemni jej uczucia. Choć trzymanie tego w sobie nie było łatwe… A wyjazd do Francji tylko utwardził ją w tym, że to nie tylko zwykłe zauroczenie jego osobą.
To nie tak, że ona kazała mu zrezygnować ze swojej pasji. Nie to miała na myśli. Próbowała nieudolnie poprzez słowa wyrazić swoje zmartwienie i te złe przeczucia, które miała. Westchnęła ciężko, słysząc jego słowa… miała wrażenie, jakby mówił z wyrzutem.
Felix, to nie tak… Nie każę Ci rezygnować ze swojej pasji. Cieszę się, że mnie wpuściłeś do tak ważnej części swojego życia… Bo ja… serce by mi pękło, gdyby coś Ci się stało. – Nie chciała używać tych dwóch magicznych słów, więc starała się wyrażać swoje uczucia na około, a jednocześnie tak, by było to wszystko względnie klarowne. Ujęła jego twarz w swoje drobne dłonie, by móc mu spojrzeć prosto w oczy. – Po prostu uważaj na siebie, dobrze? – szepnęła, by następnie delikatnie musnąć jego usta. Nie chciała się kłócić, nie teraz, gdy musiał się skupić na wyścigu. To był jego priorytet w tym momencie i nie powinna go w żaden sposób dekoncentrować.
Starała się tak bardzo o tym nie myśleć – miała być wsparciem dla Felixa, a nie dodatkowym powodem do zmartwień. Dlatego zepchnęła swoje czarne myśli gdzieś w bok, by uśmiechać się jak gdyby nigdy nic. Polubiła ekipę Lorenzo – miała wrażenie, że ze wzajemnością – i z wielką chęcią uczestniczyła we wszystkich przygotowaniach (w ten sposób się trochę uspokajała, widząc, jak chłopcy pieczołowicie sprawdzają każdy element samochodu Felixa).
Pokaż im, co potrafisz – powiedziała tuż przed pierwszą turą. Pocałunek oddała z równie dużą pasją co Felix (swoją drogą, chyba jeszcze nigdy w miejscu publicznym aż tak się nie odnosili ze sobą), by następnie przyglądać się jego poczynaniom na torze.
Na korzyść dla zszarganych nerwów Saskii działał fakt, że Felix radził sobie świetnie i warunki były sprzyjające. Dlatego, obserwując pierwszą turę, czuła się już trochę spokojniejsza, jednakże ta myśl z rana gdzieś dalej w niej była.
Byleś świetny – powiedziała, gdy ten usiadł koło niej. Nie przejmując się żadnymi konwenansami, oparła głowę o jego ramię i splotła palce ich dłoni. Mieli chwilę dla siebie, więc chciała to wykorzystać… a potrzebowała trochę bliskości. No cóż, była przylepą i starała się wykorzystać obecność Lorenzo w stu procentach; swoją drogą, jeżeli tylko Felix spojrzy na ich ręce, to zobaczy na nadgarstku Saskii bransoletkę, którą dał jej przed wyjazdem do La Mans. Nie rozstawała się z nią nawet na krok.
 
 
 
Felix Lorenzo


Felix Lorenzo

Boston


44

chirurg

już nie kawaler

Wysłany: 2018-10-28, 06:42   
  

  
  
  
  
  

  
  
Love me tender, love me sweet, never let me go.


Felix częściowo obawiał się reakcji otoczenia i konsekwencji jakie wynikałyby z tego wszystkiego, a częściowo obawiał się zaburzenia własnej codzienności. Ujawniając wszystko na światło dzienne zmieniłby swoją codzienność na oczach innych, dopuszczając do siebie kogoś tak blisko, że można było uznać to za “związek” a definicja tego słowa chyba go przytłaczała i odstraszała. To nie tak, że on w ogóle tego nie chciał - bo w Paryżu wielokrotnie myślał, że tak mogłoby to wyglądać w Bostonie - chciał, a jednocześnie miał opory przed jakąkolwiek zmianą.
Ona nie będzie młodnieć to fakt, ale kiedy z niego będzie się robił dziadek, ona wciąż będzie kobietą młodą z długim życiem przed sobą. Dla niego to było pokręcone i na to chwilę trochę niekomfortowe, wolał uniknąć okresu gdy będzie robił się niedołężny, ale z racji, że to nieuniknione, wolałby jej tego oszczędzić. Dobrze zrobiła nie mówiąc mu o tych wnioskach, bo obecnie był na etapie, w którym ucieczka była wielce prawdopodobna, a jego natura brała górę.
I dobrze, bo w życiu by z niej nie zrezygnował. Ta pasja to coś więcej, coś co trudno ująć w słowa, to byku uczucia, których nie potrafił opisać w żaden sposób, ale do których przyznawał się bez skrupułów. Cokolwiek chciała powiedzieć zabrzmiało jak prośba rezygnacji, której nie mógłby spełnić, a która nawet go denerwowała, jednak jej tłumaczenie się nieco go uspokoiło.
- To dobrze, bo nie jest to coś z czego mógłbym zrezygnować - odparł bez wahania. Lekko był rozdrażniony, bo nawet delikatna sugestia była nie do strawienia dla niego. Westchnął jednak słysząc jej wytłumaczenie i usilnie starając się nie doszukiwać w nim większych wyznań na które nie był gotowy. - Nic się mi nie stanie, obiecuję - lecz ta obietnica niestety nie była żadna gwarancją. Na torze nie miał wpływu na wiele rzeczy, a Bogiem nie był, by móc składać takie obietnice. Spojrzał w jej oczy i uśmiechnął się lekko wtulając nieznacznie w jej dłoń. - Będę uważał - zawsze uważał, ale teraz… Teraz istniało coś, a właściwie ktoś do kogo chciał wracać po wyścigu i świętować zakończenie, nawet jeśli nie będzie oni wygraną. Teraz interesowało go coś poza torem bardziej niż kiedykolwiek by przypuszczał. Zawsze był szpital, ale teraz było coś więcej.
Na torze był skupiony w stu procentach i jeśli winić coś co mogło przyczynić się do tragedii jaka miała miejsce na torze to na pewno nie był to brak jego skupienia. Był moment, w którym pokazał co potrafił, był moment w którym był świetny i był moment, w którym los mu nie sprzyjał. Była jeszcze jedna osoba, której losy tego dnia się zakończyły. Ten moment, ta jedna chwila, a jednak serca wszystkich widzów zatrzymały się na moment, a później już nikt nie mógł wyjść z szoku. Z jednej strony to normalne - wyścigom towarzyszą wypadki, głównie tragiczne, szokujące, z drugiej strony to przerażające. Wprawdzie zdawał sobie sprawę z ryzyka jakie niesie za sobą to hobby, ale z drugiej strony nie sądził, że kiedyś znajdzie się w sytuacji bez wyjścia. Dosłownie. Uwięziony w samochodzie słyszał jedynie pisk, czuł się jak uwięziony pod taflą wody. Ogłuszyło go, nie wiedział co się stało. Wyleciało mi z pamięci to jak przed chwilą starał się ominąć wypadek przeciwnika jadącego przed nim. To było nieuniknione, znalazł się w pułapce pędzącej tak szybko, że nie był w stanie nic zrobić, ale próbował. Teraz jednak nie wiedział nic. Wisiał głową w dół, ta cisza przerażała, w ustach czuł krew, a jedyne co widział to bransoletkę na ręce Saskie, która jeszcze nie tak dawno trzymał w swoich objęciach. Ta chwila wydawała się trwać w nieskończoność. Nagle ktoś próbował go wyciągać, pojawili się nad nim ludzie, poruszali ustami, ale nic nie mówili. To jeszcze bardziej przerażało. Nic nie słyszał, jedynie świst, a powieki się poddawały, opadły. Nie miał siły. Wciąż nie wiedział co się wydarzyło. Wyłączał się co chwilę - jawa przeplatała się z wspomnieniami: z rodzinnego domu, z końca świata, ze studiów, z pierwszych chwil w szpitalu, poznania syna, tych chwil spędzonych z nią… raz po raz widział albo tor na którym nic nie słyszał, nic nie rozumiał, albo wspomnienia, gdzie wszystko wydawało się takie przejrzyste. Za każdym razem gdy ktoś próbował go ocucić on walczył o te wspomnienia, nie chciał otwierać oczu i tkwić tej ciszy. Znalazł się w karetce, a później w szpitalu choć nie bardzo zdawał sobie z tego sprawę. Teraz był w ciepłym francuskim apartamencie, leżąc w łóżku obejmował Saskię i zastanawiając się czy tak by było, gdyby posłuchał jej przeczucia? Wyrwany został z tych wspomnień brutalnie będąc na urazówce. Teraz już wszystko słyszał - skakali nad nim jakby nie wiedzieli co, robić, od czego zacząć. Chciał się poderwać, uciec - bolało. Próbowali nawiązać z nim kontakt, ale on tylko chciał zobaczyć ją. “Saskia” powtarzał jak mantrę, ktoś złapał go za rękę zapewniając, że wszystko będzie dobrze, a ktoś inny zastanawiał za co zabrać się na stole operacyjnym wcześniej - by tego nie spieprzyć. Powoli rozumiał kolej rzeczy: tor, jazda, wypadek, szpital. Wszystko widziała, została tam sama, a on… Chciał ją tylko mieć przy sobie. Wyjechali z urazówki na salę operacyjną i wszystko się urwało. Miał w głowie tylko niezakłócone niczym wspomnienia. Miał w końcu ja przy sobie i nie musiał się budzić.
 
 
Saskia Lovell


Saskia Lovell

bOSTON


28

Forensic Student

sHE LOVES HER dOC!

Wysłany: 2018-11-08, 17:46   
  

  
  
  
  
  

  
  
I will love you 'til the end of time, I would wait a million years


Tak naprawdę przed nimi była jeszcze bardzo długa droga, zanim dojdą do momentu, w którym to bez żadnych obawach będą spacerować po ulicach Bostonu trzymając się za ręce. Saskia chciała jednak wierzyć, że kiedyś to nie będą tylko marzenia, a najprawdziwsza jawa. Wszystko stopniowo, w swoim czasie – rozumiała, że dla Felixa nie było to łatwe, bo dla niej samej do najłatwiejszych to nie należało, po prostu. Nim do niej samej dotarło, co czuje do Lorenzo i zaakceptowała to, minęło trochę czasu, a wciąż gdzieś w niej tkwi ta niepewność, czy na pewno dobrze robią, czy idą odpowiednią ścieżką. Wiele pytań kotłowało się w głowie Lovell, jednakże na żadne z nich nie miała jeszcze konkretnej odpowiedzi.
Nie ma co myśleć o tym, co będzie za kilka czy kilkanaście lat, bo naprawdę bardzo wiele może się w tym czasie stać… Biorąc pod uwagę problemy zdrowotne Saskii to może okazać się, że to Lorenzo będzie się nią przez większość czasu opiekować. Wszystko jest możliwe. Dlatego blondynka nie zawracała sobie tym głowy, chcąc się cieszyć chwilą, mając Lorenzo przy sobie i po prostu czerpać jak najwięcej szczęścia z ich znajomości. To dla niej liczyło się najbardziej.
Nie zamierzała kazać mu rezygnować ze swojej pasji. Widziała ile radości sprawiają mu wyścigi. Po prostu się o niego, po ludzku, martwiła i chciała, by zachował szczególną ostrożność. Zwłaszcza, że ufała swojej intuicji, a ta dawała jej sporo powodów do niepokoju. Nie mogła jednak w żaden sposób go zatrzymać i doskonale o tym wiedziała. Miała nadzieję, że przeczucie ją myliło i wszystko będzie dobrze, po prostu. Taka cicha nadzieja.
Oglądała cały czas poczynania Felixa, trzymała za niego mocno kciuki, jednocześnie modląc się w duchu, żeby było już po wszystkim, żeby cały i zdrowy do niej wrócił, a następnie uczcili jego zwycięstwo – bo była przekonana, że wygra… do czasu. Gdy zobaczyła dachujące auto Felixa, serce podeszło niemal jej do gardła. Przez chwilę siedziała sparaliżowana, jakby chcąc od siebie odrzucić obraz, który przed chwilą zobaczyła. Dopiero potem wszystko zaczynało do niej docierać. Łzy napłynęły jej do policzków i gwałtownie wstała.
Felix! – wydusiła jedynie z siebie, by następnie zbiec na dół, do jego ekipy… chłopcy byli tak samo zdruzgotani jak Saskia, która trzęsła się niczym osika. Chciała wejść na tor, byle tylko go zobaczyć, ale nikt jej na to nie pozwalał. Siłą ją trzymali, nie chcąc jednocześnie zbyt wiele powiedzieć – dopiero koślawym francuskim nakłamała sanitariuszom, że jest jego narzeczoną i musi wiedzieć, gdzie go zabierają, bo na podróż karetką nikt jej nie pozwalał, dlatego pojechała tam wraz z chłopcami z ekipy Felixa.
Sama nie wiedziała, ile przeczekała w poczekalni, nim ktokolwiek coś jej powie. Nie chcieli dopuścić Saskii nigdzie… rzucali tylko lakonicznymi informacjami, potem wiedziała, że jest operowany – to z poczekalni przeniosła się pod blok i czekała. Siedząc z kubkiem kawy, z oczami pełnymi łez i bez żadnej konkretnej wiedzy. Czuła jak ściska ją w sercu – i sama nie była pewna, czy to było spowodowane sytuacją, czy też znowu zaczęło odmawiać jej posłuszeństwa.
Pozostało tylko czekać.
 
 
 
Felix Lorenzo


Felix Lorenzo

Boston


44

chirurg

już nie kawaler

Wysłany: 2018-11-21, 06:48   
  

  
  
  
  
  

  
  
Love me tender, love me sweet, never let me go.


Miał ją przy sobie i to mu w zupełności wystarczało, jego słodka Saskia. Nie wiedział czemu zapanowała jego wyobraźnią, ale tak właściwie on nie wiedział co było teraz wybrykiem jego wyobraźni, a co prawdą. Jak przez mgle widział co się stało i jakby to odpychał nie chcąc przyjąć do wiadomości. Operacja minęła, a on znalazł się na OIOM-ie, gdzie miał przetrwać dobę, by znów znaleźć się na stole. Był cięty raz po raz i mijały kolejne doby, ale jego wyobraźnia kreowała mu lepsze obrazy. Spędzał czas z Lovell, każda sekundę jakby chciał nadrobić stracony niejednokrotnie w Bostonie czas. Nic dziwnego, że po tylu operacjach i dobach na pooperacyjnej sali wcale nie miał zamiaru się budzić. Miał coś najcenniejszego przy sobie, choć wcześniej nie zdawał sobie z tego sprawy jak cenne to jest. Problem pojawił się w chwili, gdy tak naprawdę powinien był się obudzić, a tego nie robił. Miał za sobą to co najgorsze, ale jakimś cudem przetrwał, lekarze jednak nie potrafili powiedzieć dlaczego się nie budzi. Powinien. Może gdyby martwił się o małą Lovell samotna w Europie byłoby inaczej, a tak… cóż, jego wyobraźnia utrzymywała ją przy nim i czuł się spokojny. Wcale nie musiał się budzić, było im tak dobrze.
Mijały kolejne doby i nic się nie zmieniało. Nie miał pojęcia czy ona faktycznie jest jeszcze przy nim, czy nie - wciąż spał, aż nagle jego wyobrażenia rozmyły się, zaczął tracić ja z oczu, co gorsza obwiniała go o to. Nie miał pojęcia co się dzieje i dlaczego nie są już razem, czemu oddalali się, czemu odchodziła, by po długiej chwili paniki stwierdzić, że jej nie ma . - Saskia! - krzyknął w świecie swojej wyobraźni. Wtedy jeszcze nie wiedział, że część jego próbowała wymówić jej imię na głos. Był przerażony, nie obecnym stanem, bo jego jeszcze nie rozumiał, nie czuł. Przerażała go utrata jej, chciał krzyczeć i uciec z łóżka, ale nic nie mógł zrobić, jakby był sparaliżowany, a jego mowę utrudniały rurki do których był podpięty. W końcu zlecieli się jacyś ludzie, nie ważne czy lekarze czy pielęgniarkę, wyswobodzili go i mógł z trudem wychrypieć ze strachem - Saskia.
 
 
Saskia Lovell


Saskia Lovell

bOSTON


28

Forensic Student

sHE LOVES HER dOC!

Wysłany: 2018-11-22, 21:53   
  

  
  
  
  
  

  
  
I will love you 'til the end of time, I would wait a million years


On miał ją przy sobie w swojej wyobraźni – to jednak były tylko złudzenia, ta prawdziwa Saskia umierała z niepokoju o niego. Spędzała w szpitalu każdy dzień, przychodziła rano i siedziała do późnej nocy, aż w końcu ktoś z personelu zmusza ją do wzięcia taksówki i przespania się chociażby kilku godzin. Na zmianę z chłopakami z ekipy czuwali przy Felixie, żeby ktoś przy nim był, kogo zna, gdy się obudzi. I mimo że cudem wyrwał się z rąk śmierci, wciąż nie chciał otworzyć oczu… Jak gdyby coś go powstrzymywało. Nikt nie rozumiał dlaczego wciąż tkwił w śpiączce, mimo że powinien się obudzić – ani ona, ani lekarze. Nie traciła jednak nadziei. Godzinami przesiadywała w jego sali, trzymając go za rękę i rozmawiając z nim. Była pewna, że ją słyszał. Wiele razy była bliska płaczu. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak prawdziwe były jej słowa, gdy powiedziała mu, że serce jej pęknie, gdy coś mu się stanie. Ono było aktualnie roztrzaskane na tysiące małych kawałeczków. Starała się być silna, dbać o siebie – wiedziała, że będzie zły, jeżeli dowie się, że zaniedbała swoje zdrowie przez niego – choć łatwe to nie było. Jadła jednak regularnie, brała leki… jakoś się trzymała. Psychicznie była jednak wrakiem, każdy kolejny dzień oczekiwań był niczym mordęga.
Saskia przyjechała do szpitala później niż zwykle. Wyjątkowo przespała całą noc, dając ciału i umysłowi trochę odpocząć, co zdecydowanie wyszło jej na plus. Wzięła rano prysznic, trochę się odświeżyła i zjadła na spokojnie śniadanie w hotelowej restauracji… Nie miała kompletnie apetytu, ale jakoś w siebie wcisnęła tę jajecznicę i warzywa, by następnie zadzwonić po taksówkę i pojechać prosto do szpitala, by kolejny to dzień czuwać przy Felixie. Siedziała długo przy jego łóżku, trzymając za rękę i mówiąc, jak bardzo za nim tęskni, że chciałaby móc znów usłyszeć jego głos.
Nie było jej w momencie, gdy Lorenzo się wybudzał. Jego kolega z ekipy wygonił ją do stołówki na obiad, zmieniając na chwilę. Nie zdążyła jednak zjeść nawet połowy, gdy do środka wpadł niczym poparzony, dzieląc się z nią radosną nowiną. Saskia nie zamierzała kończyć obiadu. Wstała z krzesła, niemalże je przewracając, i pędem poleciała do sali Felixa. Serce biło jej jak szalone, oddech miała przyśpieszony… ale to nieważne. Wparowała do sali pomimo sprzeciwu lekarza, że Lorenzo ma odpoczywać. Uklęknęła przed jego łóżkiem, biorąc go za rękę i muskając ustami jej wierzch.
Felix, kochany, jestem tutaj, jestem... – szepnęła łamiącym się głosem. Tym razem nie powstrzymała łez napływających do oczu. Pozwoliła im po prostu spłynąć po policzkach. – Wróciłeś do mnie... – dodała po chwili. Nie mogła w to uwierzyć. Felix się obudził. Tak bardzo pragnęła go do siebie przytulić, pocałować. Choć na to było o wiele za wcześnie. – Jak się czujesz? – zapytała, siadając w końcu na stołku, tak by móc na niego spojrzeć. Wciąż jednak trzymała jego dłoń.
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Jesteś ambitnym adwokatem, kochającym imprezy studentem, a może mężatką z dwójką dzieci? To nie ma znaczenia – gdy tylko przyjedziesz do Bostonu, poczujesz się jak w domu! Tylko tutaj możesz przejść przez pełen kwitnących, kolorowych kwiatów park, by wyjść tuż obok wielkiego wieżowca, a wracając, nie zapomnij zerknąć na stare, urocze kamieniczki znajdujące się tuż za rogiem! Nie jest to wielkomiejski labirynt z betonu, lecz przyjazne, niezwykle zielone miasto z masą parków, z plażami, zatokami, łodziami zacumowanymi u wybrzeży, pełne biegających i uprawiających sporty ludzi, pełne psów i dzieci. Wiosna w Bostonie to prawdziwe cudo ze względu na ogromne krzewy obsypane kwiatami. Jeśli jednak chcesz być blisko miasta, ale też cieszyć się życzliwością i poczuciem wspólnoty wybierz wspaniałe małe miasteczko jakim jest Concord. Lokalna społeczność ma silną więź, która łączy swoich mieszkańców, tutaj znajdziesz sąsiadów pomagających sąsiadom. Wspólnie można cieszyć się otaczającą przyrodą, zobaczyć słodkowodne żółwie, czaple modry, piżmaki i mnóstwo ptactwa. Odkryj piękno tego miasteczka, w każdym sezonie na nowo. Wiosna to czas lokalnych wydarzeń. Wybierz się na wycieczkę do jednego z wielu lokalnych targowisk i gospodarstw, aby spróbować domowych produktów, serów i syropu klonowego prosto z drzew Nowej Anglii.

Nominacje!

Rozpoczęły się majowe nominacje na postać miesiąca. Czekamy na Waszych ulubieńców.

Read More
Bianka
Jeremy
WALTERS
ASHBORNE
Strona wygenerowana w 0,14 sekundy. Zapytań do SQL: 7