Poprzedni temat «» Następny temat
#2 you could live without me
Autor Wiadomość
jack daniels


Jack Daniels

BUSSINESMAN, WHISKeY DRINKER, CIGARETTE SMOKER, FAST HORSES ENTHUSIAST

I SOLD MY SOUL FOR MONEY


31

Wysłany: 2019-01-13, 17:47   #2 you could live without me
   Multikonta: Lyelle paddington
   Nazywaj mnie: patką


Święta minęły mu... niemal po ludzku. Odwiedził Petunię, która zaprosiła ich wszystkich na świąteczny obiad, spotkał resztę swojego rodzeństwa, odwiedził też Helenę i Zoey, zostawiając im świąteczne, nic nie znaczące upominki, a Julie i Jamesa nie zastał w mieszkaniu, więc przesyłki wysłał im pocztą, tak, by doszły, kiedy wrócą już do mieszkania. Właściwie nie wiedział, kiedy to będzie, przynajmniej z początku, ponieważ wewnątrz wciąż znajdowały się jego rzeczy, a on, po swoich ostatnich wybrykach, stracił klucz - co za tym szło, skontaktował się z Julie, by umówić się na jakiś termin, kiedy będzie mógł je odzyskać. Wymagało to jej obecności w mieszkaniu. Ktoś musiał go przecież wpuścić.
Umówili się na dzisiejszy dzień, na dokładną godzinę, którą Jack odmierzał na zegarku, którym obwiązany był jego nadgarstek. Wysiadając z samochodu odczekał jeszcze dwie minuty. Był jak zawsze punktualny, ale nie chciał zaskakiwać Julie zbyt wcześnie, choć dwie minuty nie powinny robić zbyt wielkiej różnicy. Dopiero gdy samochód z szoferem zniknął za rogiem, by gdzieś zaparkować, Jack wszedł do budynku i windą ruszył na górę. Po chwili stał przed drzwiami z numerem 402, czekając, aż te się uchylą i jego - jeszcze - żona pozwoli wejść mu do środka. Do spakowania miał głównie ubrania, ale także część kosmetyków czy jakichś bibelotów. Większość zostawiał Julie, on sam świetnie sobie radził, a tak naprawdę jeśli czegokolwiek mu brakowało, to z łatwością mógł to sobie kupić. Nie potrzebował w życiu wiele, toteż przy odrobinie szczęścia będzie to jego ostatnia wizyta w tym miejscu, przynajmniej póki Julie nie zdecyduje się na wyprowadzkę i nie odda mu mieszkania. Nie zamierzał jej popędzać. To mieszkanie było dla niej, jemu nie przeszkadzało mieszkanie w hotelu. Był zawsze na miejscu, to miało wiele zalet, a i jego apartament w zupełności mu wystarczał.
Miał ze sobą dwie, całkiem spore walizki, a także worki, chociaż miał nadzieję, ze nie okażą się potrzebne. Chciał uporać się z tym szybko i nie zawracać jej głowy. Domyślał się, że wcale tego nie chciała. Jemu też nie było to bardzo na rękę, ale w jakimś stopniu szkoda było mu tych drogich garniturów, które tak dobrze na nim leżały. To wcale nie takie proste, znaleźć pasujący garnitur. Jack Daniels był zdecydowanie człowiekiem o specyficznych priorytetach. W tej chwili chyba nic innego już mu nie pozostało. Został sam, w swoim ogromnym hotelu, z całą ich siecią na Wschodnim Wybrzeżu, z szafą pełną garniturów, kontem pełnym pieniędzy, barkiem pełnym butelek whsky. Sercem zupełnie pustym. Uschniętym, skurczonym do rozmiarów rodzynki i dokładnie jak ona się prezentującym. Życie pełne sukcesów.
_________________

Everywhere I go I got a million different people tryna' kick it but I'm still alone in my mind.
 
 
JULIE DANIELS


Julie Daniels

PANI Menadżer

TERAZ Mama na pełen etat


29

Wysłany: 2019-01-14, 16:43   
   Multikonta: West paxton
   Nazywaj mnie: Arla


Święta zdecydowała się spędzić wraz z synem w Nowym Jorku w towarzystwie ojca i bliskich, ponieważ tutaj w Bostonie niekoniecznie miała z kim świętować. Nie chciała też ściągać tutaj taty, który przecież zawsze ten okres spędzał w rodzinnym mieście, podobnie zresztą jak i ona. Prawdopodobnie jeszcze nigdy nie spędziła świątecznych dni poza swoim nowojorskim mieszkaniem, dlatego też nie chciała tego zmieniać. Poza tym już na ten moment z Bostonem wiązało się wiele trudnych i dość smutnych chwil, w końcu to tutaj zdecydowała się na rozwód, a jej relacje z mężem diametralnie się zmieniły, poniekąd nawet przestały istnieć, bo kontakt mieli bardzo sporadyczny. W ogóle rozważała powrót do Nowego Jorku, ale ponieważ podjęła się pracy w tym konkretnym hotelu w Bostonie, to na razie chciała to doprowadzić jednak do końca. Cały ten czas minął jej bardzo spokojnie i nawet rodzinnie, obyło się bez zbędnych komentarzy na temat jej życia prywatnego, więc mogła jakoś w spokoju to znieść. Całość jednak odbyła się w wesołej atmosferze, a oczywiście najszczęśliwszy w tym wszystkim był mały Jamie, który dostał całą mase prezentów, głównie od dziadka, który uwielbiał go przecież rozpieszczać. Przywitali również wspólnie nowy rok, w którym to przyszło im już wrócić do Bostonu, chociaż jakoś szczególnie jej się to nie uśmiechało. Wcale nie miała wielkich planów, liczyła się przecież z tym, że nowy rok przyniesie jej rozwód i ostateczne rozstanie z mężem, a to oznaczało, że będzie musiała jakby zacząć wszystko od nowa. Jack już się z nią kontaktował, nim jeszcze wróciła, więc wiedziała również, że zaraz czeka ją spotkanie z nim w mieszkaniu, w którym nadal mieszkali, chociaż powoli rozglądała się już za czymś nowym.
Pierwszy dzień po powrocie był nieco trudny, bo jakoś ciężko było jej się odnaleźć. Dodatkowo James ciężko zniósł podróż i był po prostu marudny, więc miała ręce pełne roboty. Na szczęście dzisiaj nie musiała jeszcze wracać do pracy, dlatego też zdecydowała się dzisiaj spotkać ze swoim – nadal jeszcze mężem – i mieć to już po prostu z głowy. Chciał zabrać stąd swoje rzeczy, więc właściwie nie miała nic przeciwko temu, nie zamierzała mu też tego utrudniać. Dodatkowo jednak Jack zdecydował się na ten drobny gest z prezentem, który rzeczywiście był dość miły. Ale doceniała to, głównie dlatego, że również James coś od niego dostał, a przecież wcale nie musiał zawracać sobie tym głowy. Gdy teraz w końcu udało jej się położyć małego do spania, bo był już najwyraźniej zmęczony od tych swoich humorków, to odetchnęła i ogarnęła troche mieszkanie, nim pojawił się Jack. Jak już usłyszała dzwonek, podeszła do drzwi i otworzyła.
- Cześć. – Rzuciła krótko i odsunęła się od drzwi, by mógł swobodnie wejść do środka. Cóż, chociaż nawet chciałaby zachowywać się oschle i z dystansem, jakoś szczególnie jej to nie wychodziło. – Wejdź. Jamie miał dzisiaj ciężki dzień, dopiero zasnął, więc staram się zachować ciszę, żeby się nie obudził. – Wyjaśniła, gdy już znalazł się w środku i mogła zamknąć za nim drzwi. Spojrzała na niego i przez chwilę tak milczała. – Twoje rzeczy są nadal w pokoju, wiesz gdzie, więc…
_________________
<div style="font-family: 'Cookie', cursive; color: #6B7981; letter-spacing: -1px; font-size: 40px; padding-left: 20px; text-shadow: 0px 0px 5px #a1abb1; made-by: konwers;">Julie Daniels<div style="font-family: 'Alegreya Sans SC', sans-serif; weight: 300; font-size: 10px; padding-left: 22px; line-height: 10px; padding-top: 5px; margin-left: -20px;">I guess it must be true
I'm intoxicated by you
<div style="margin-top: -10px;"><img src="https://images2.imgbox.com/8f/1d/U7dJ2Bc1_o.gif" height="120" style="border-right: #D0DED7 2px solid; border-top: #6B85AA 2px solid; border-left: #6B85AA 2px solid; border-bottom: #6B85AA 2px solid; "><img src="https://images2.imgbox.com/7f/a0/ww1HRu4h_o.gif" height="120" style="border-left: #D0DED7 2px solid; border-right: #6B85AA 2px solid; border-top: #6B85AA 2px solid; border-bottom: #6B85AA 2px solid;">
 
 
jack daniels


Jack Daniels

BUSSINESMAN, WHISKeY DRINKER, CIGARETTE SMOKER, FAST HORSES ENTHUSIAST

I SOLD MY SOUL FOR MONEY


31

Wysłany: 2019-01-20, 18:51   
   Multikonta: Lyelle paddington
   Nazywaj mnie: patką


Dla Jacka także były to pierwsze od kilku lat święta w Bostonie. Nie był rodzinnym człowiekiem, święta nie były dla niego ważne, bardziej liczyły się interesy, więc nie nalegał na powroty do Bostonu. Zapewne odwiedzali Petunię kilka dni przed czy po świętach, ale świąteczne śniadanie jedli wraz z ojcem Julie. W tym roku było inaczej, co Petunię uszczęśliwiło i zasmuciło chyba w takim stopniu. Jack jednak nie wnikał w swoje prywatne sprawy. Nie chciał i nie potrafił mówić o tym wszystkim, co nagle mu się zwaliło na głowę, poczynając jeszcze od jego siostry zarabiający w sposób najbardziej uwłaczający kobiecie, choć powoli przestawał sobie z tym radzić sam. Pierwszym dowodem było jego ostatnie potknięcie, kiedy zjawił się tu pijany jak bela. Nie chciał, aby się to powtórzyło, dobrze wiedział, że nie było to żadne rozwiązanie. Niestety, innego też nie potrafił znaleźć. Do tego wszystkiego, spodziewał się też, że jego współpraca z Carringtonem wkrótce zawiśnie na włosku. Będzie musiał wrócić do Nowego Jorku, skonfrontować się z nim, ratować swój hotel. Nawet nie miał siły teraz o tym myśleć. Choć nie widział na oczy prezentów, jakie dostali Julie i James, to przeglądanie zdjęć z bukietami było dla niego swego rodzaju odskocznią. Teraz już nawet nie pamiętał, że na cokolwiek się wysilił. To drobiazgi, które nie zaprzątały mu głowy. Był jednak wdzięczny Julie, że potrafi podejść do sprawy, jak na dorosłego człowieka przystało - nie utrudniała mu odbierania rzeczy, nie robiła scen w hotelu, nie próbowała go upokorzyć. Miał jedynie nadzieję, że to nie cisza przez wielką intrygą, w trakcie której knucia była. Wolał wierzyć, że wszystko rozejdzie się po kościach - przynajmniej na tyle, na ile mógł się rozejść rozwód.
- Witaj - skinął jej głową, a gdy zrobiła mu miejsce w drzwiach, wszedł do środka, wnosząc za sobą walizki. Udało mu się nie zrobić tego głośno, co, jak się po chwili okazało, wyszło na dobre im wszystkim. - Jasne, postaram spakować się jak najszybciej - obserwował ją, czekając na pozwolenie, by wejść wgłąb mieszkania, a kiedy padło, Jack skierował swoje kroki w stronę sypialni. Jego buty stukały o panele, nie był to jednak dźwięk na tyle głośny, by obudzić dziecko. Nie ściągnął nawet płaszcza, jedynie go rozpiął, by nie zgrzać się za bardzo. Chciał uwinąć się jak najszybciej i zniknąć, nie chciał się im narzucać ze swoją obecnością czy w jakikolwiek sposób przeszkadzać. Rozumiał jej niechęć do jego osoby, choć miał wrażenie, że nie wyczuł takowej w głosie Julie. Rozumienie kobiet nie było jednakże jego mocną stroną.
Rozłożył walizki na podłodze, jedną z nich otworzył i przysunął do szafy, z której zaczął wyciągać swoje ubrania, by następnie je pakować. Obok wisiały jej sukienki i spódnice. Zawahał się przez chwilę, po jednej z nich przesunął dłonią - miała delikatny, zwiewny materiał, podobnie jak ta, w której wybrała się z nim na pierwszy wspólny spacer po Central Parku. A może to była ta sama? Nie mógł być tego pewien. Chwycił za trzy ze swoich koszul i ściągnął je wraz z wieszakami, które odłożył na łóżko, by móc koszule złożyć i wpakować do walizki. W składaniu ubrań też nie był najlepszy, ale teraz nie zależało mu na tym, by wszystkie kanty były równe. Po prostu włożył je do torby i zabrał się za następne ubrania.
_________________

Everywhere I go I got a million different people tryna' kick it but I'm still alone in my mind.
 
 
JULIE DANIELS


Julie Daniels

PANI Menadżer

TERAZ Mama na pełen etat


29

Wysłany: 2019-01-25, 22:55   
   Multikonta: West paxton
   Nazywaj mnie: Arla


Warto zauważyć ten zapewne najważniejszy punkt tych świąt, pierwszy raz od kilku lat spędziła ja bez Jack'a. Chociaż rzeczywiście nigdy nie był szczególnie rodzinnym człowiekiem, nie wykazywał też radość z nadchodzących świąt, to jednak był to czas, który mogli w jakimś stopniu razem spędzić. Poza tym jej ojciec nigdy nie pozwoliłbym im opuścić wspólnego świętowania, to była już przecież taka tradycja, którą za wszelką cenę podtrzymywał. Mimo to Julie uwielbiała także wpadać do Bostonu, żeby odwiedzić rodzinę męża, bo Ci ludzi zawsze byli dla niej mili. Nie mogła im nic zarzucić, więc zawsze chętnie się z nimi widywała, kiedy tylko było to możliwe. Wizja zamieszkania w tym mieście cieszyła ją jeszcze niedawno również dlatego, że właśnie mogłabym tutaj z nimi polepszyć te rodzinne relacje, bo przecież nie brała tego rozwodu pod uwagę. Mimo tego, że ich małżeństwo w rzeczywistości właściwie w ogóle nie istniało, nadal byli rodziną. A ona ślepo trwała u jego boku, chociaż powinna już dawno go zostawić, mimo to robiła dobrą minę do złej gry. Jej ojciec, gdy poznał już prawdę, bo Julie powiedziała jak to wszystko w ostatnim czasie wyglądało, do tej pory nie mógł jej wybaczyć, że tak długo się z tym wszystkim męczyła sama, bo przecież on by jej pomógł. Tymczasem udawała szczęśliwą żonę i matkę, mydląc oczy nie tylko innym, ale i samej sobie. Teraz jednak na tapetę wszedł już rozwód, formalności zostały dopełnione, maszyna ruszyła i żadne z nich pewnie nie chciało tego zatrzymać. Możliwe, że to powinno wydarzyć się dużo wcześniej, tylko Julie ślepo wierzyła, że cokolwiek mogłoby się jeszcze zmienić. A prawda jest taka, że jej mąż po prostu był takim, a nie innym człowiekiem i nawet ona nie była i nie będzie w stanie sprawić, że cokolwiek w nim ulegnie zmianie. Ale nie chciała także robić mu problemów, mścić się, knuć intryg i utrudniać mu życia. Chociaż oczywiście mogłaby to zrobić i zapewne niejedna osoba by jej w tym pomogła. Nie taka jednak była jej natura, dużo bardziej dojrzała, gdy została matką i miała zdecydowanie inne priorytety. Właśnie dlatego była w stanie z nim rozmawiać, wpuścić go do mieszkania i pozwolić zabrać te rzeczy. Ba, była w stanie nawet kupić mu prezent, chociaż pewnie ojciec by ją wyśmiał.
Gdy wszedł już do mieszkania, przyglądała mu się przez chwilę, po czym w końcu pozwoliła wejść mu dalej i odprowadziła go wzrokiem do sypialni, do której skierował swoje kroki. Ona na moment zniknęła w salonie, dając mu chwilę na zajęcie się zalegającymi w szafie ubraniami. Te akurat w ogóle jej nie przeszkadzały, chociaż sama kilkakrotnie łapała się na tym, że wpatrywała się w nie dłużej niż powinna. Dziwnie było na nie patrzeć, wiedząc, że Jack już tutaj nie mieszka. Po kilku minutach podeszła do drzwi, które prowadziły do pokoju i oparła się ramieniem o framugę, obserwując bruneta. Zrobiła to na tyle cicho, że nie mógł jej usłyszeć, więc nie dostrzegł jej obecności, co pozwoliło jej przyglądać mu się przez jakiś czas. Patrzyła na to jak pakuje swoje rzeczy i szczerze powiedziawszy, bolał ją ten widok, mimo tego wszystkiego co jej zrobił. - Nie wiem czy upominki dla mnie i Jamesa wysyłałeś sam, czy zrobił to ktoś za Ciebie, ale dziękuje. - Odezwała się wreszcie, dając znać, że tutaj stoi, co poskutkowało tym, że Jack teraz na nią spojrzał, a ona niespiesznie ruszyła w jego stronę. - Planowałam Ci kupić ten prezent już od dawna i mimo okoliczności, postanowiłam jednak to zrobić, żeby się zrewanżować. - Wyjaśniła, wręczając mu granatowe, eleganckie pudełko. W środku znajdował się najnowszy model zegarka, ponieważ Julie wiedziała, że Jack uwielbia tę markę i ceni sobie jej produkty, a o tym modelu nawet sam kiedyś jej wspomniał, nim ten pojawił się jeszcze na rynku. Wtedy, gdy jeszcze rozmawiali o tak błahych sprawach; gdy w ogóle rozmawiali. - Możesz potraktować to jako prezent od swojego syna, chociaż on nie ma pojęcia co to właściwie jest. - Wsunęła dłonie do kieszeni dżinsów, bo postawiła dzisiaj na zdecydowanie swobodny ubiór i zerknęła na otwartą szafę. - Pomóc Ci z tym?
_________________
<div style="font-family: 'Cookie', cursive; color: #6B7981; letter-spacing: -1px; font-size: 40px; padding-left: 20px; text-shadow: 0px 0px 5px #a1abb1; made-by: konwers;">Julie Daniels<div style="font-family: 'Alegreya Sans SC', sans-serif; weight: 300; font-size: 10px; padding-left: 22px; line-height: 10px; padding-top: 5px; margin-left: -20px;">I guess it must be true
I'm intoxicated by you
<div style="margin-top: -10px;"><img src="https://images2.imgbox.com/8f/1d/U7dJ2Bc1_o.gif" height="120" style="border-right: #D0DED7 2px solid; border-top: #6B85AA 2px solid; border-left: #6B85AA 2px solid; border-bottom: #6B85AA 2px solid; "><img src="https://images2.imgbox.com/7f/a0/ww1HRu4h_o.gif" height="120" style="border-left: #D0DED7 2px solid; border-right: #6B85AA 2px solid; border-top: #6B85AA 2px solid; border-bottom: #6B85AA 2px solid;">
 
 
jack daniels


Jack Daniels

BUSSINESMAN, WHISKeY DRINKER, CIGARETTE SMOKER, FAST HORSES ENTHUSIAST

I SOLD MY SOUL FOR MONEY


31

Wysłany: 2019-02-13, 18:01   
   Multikonta: Lyelle paddington
   Nazywaj mnie: patką


Rodzina Danielsów - Franklinów była zupełnie różna od tego, co prezentował sobą Jack. On wdał się w swojego ojca, jego rodzeństwo albo w matkę, albo w ojczyma. Daniels senior nie miał już żadnej styczności z tą rodziną, Jack nie wiedział, co się z nim dzieje, i jakoś mu na tym specjalnie nie zależało. Jego rodzeństwo i matka byli momentami bardziej przyjaźni dla Julie, niż sam Jack. Tyle jednak nie wystarczyło, by ich małżeństwo miało rację bytu. Rozwód był kwestią czasu, chociaż jemu ciężko było to dostrzec, a już tym bardziej zmienić ten bieg rzeczy. Był zaślepiony pracą, w pełni nią pochłonięty, i właściwie widział w życiu niewiele więcej. Informacja o chorobie córki z poprzedniego małżeństwa sprawiła, że wybrał się w odwiedziny i zobaczył ją po raz pierwszy po kilku latach, i że właściwie zaczynał troszkę inaczej patrzeć na swoje dzieci i swoje życie, ale do jakichkolwiek widocznych postępów jeszcze daleka droga, no i nawet nie próbował się oszukiwać, że Julie to dostrzeże. Podjęła już decyzję, a on wiedział, że ta decyzja najprawdopodobniej wyjdzie jej na dobre.
Głos Julie stojącej w progu zaskoczył go na tyle, że przerwał na chwilę pakowanie i podniósł głowę, wbijając w nią wzrok. Oczywiście, miała pełne prawo tu stać, czy też go pilnować, bo choć formalnie mieszkanie wciąż należało do niego, to jednak nie czuł się, jakby był tu u siebie. Mieszkał tu tylko przez chwilę, właściwie było to jeszcze przed tym, jak James i Julie przyjechali do Bostonu. Było to jednak za mało czasu, by oswoił się z mieszkaniem, choć tak naprawdę chyba nie miał takiego miejsca, w którym faktycznie czułby się jak w domu.
- Mam nadzieję, że sprawiły wam przyjemność - skinął głową. Na niczym innym mu nie zależało, a już na pewno nie chciał, by Julie czuła się wobec niego do czegokolwiek zobowiązana. Tym bardziej do obdarowywania go tak drogim prezentem. Jakby luksusowym. Odłożył spodnie, które trzymał w rękach, na łóżko, wyprostował się i, unosząc nieco brwi, przyjęła od Julie pudełko z prezentem. Zazwyczaj był oszczędny w słowach, tak i teraz nie zamierzał rzucać banałami pokroju nie musiałaś albo to drogi prezent. To fakty, o których oboje dobrze wiedzieli. Jack nie odczuwał też żadnej niezręczności, kiedy przychodziło mu przyjmować drogie prezenty. Nie raz dostawał drogie butelki z alkoholem czy drobiazgi, których cena była jawną kpiną z klienta. Jemu samemu także zdarzało się takie kupować. Właśnie dlatego, z tych kilku powodów, bez zawahania przyjął od Julie pudełko, po czym stojąc tuż na przeciw niej, otworzył wieko. Jego wargi nieznacznie drgnęły - to zdecydowanie zbyt mało, by stwierdzić, że się uśmiechnął, ale gdyby Julie wpatrywała się w tej chwili w jego twarz, mogłaby to zauważyć. Nie dlatego, bo lubił zegarki, a ten model podobał mu się wyjątkowo, choć jeszcze go nie miał, bo przez zamieszanie z nowym hotelem i oddawaniem szpiku przegapił premierę, ale dlatego, bo Julie rzeczywiście trafiła w jego gust. Może nawet nie pamiętał, że jej o tym wspominał. Może po prostu znała go troszkę lepiej, niż jemu samemu się wydawało?
- Dziękuję - kiwnął nieznacznie głową, zamykając pudełko. Nie był sroką, która musiała wszystko od razu przymierzać, a jego nadgarstek i tak zdobił w tej chwili inny zegarek. Przyszedł tu z konkretną sprawą, a przedłużanie swojej obecności w tym miejscu nie wydawało mu się odpowiednie. - Jemu także podziękuj - dodał, odkładając pudełko na łóżko, obok spodni, do których składania miał zamiar wrócić. Słysząc jej propozycję, również podążył wzrokiem na ubrania zalegające w szafie. - Jeśli jesteś zajęta, to sobie poradzę. Ale jeśli chcesz pomóc, to zapewne szybciej się z tym uporam - czyli tak naprawdę to jej zostawił decyzję. Był przecież dorosłym mężczyzną, a wyjazdy to dla niego chleb powszedni, potrafił się więc, jako tako, pakować. Inna sprawa, że Julie mogła chcieć się go stąd pozbyć nieco szybciej. Nie miałby jej tego za złe. Nie chciał jej zawadzać, w jakikolwiek sposób miałoby to wyglądać.
_________________

Everywhere I go I got a million different people tryna' kick it but I'm still alone in my mind.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Niektórym z nas słowo zima nie kojarzy się najlepiej. Ta pora roku zniechęca nas do siebie krótkimi, mroźnymi dniami i opadami śniegu, przez które martwimy się czy dojedziemy do pracy na czas. A na domiar złego w telewizji reklamy straszą nas bólem gardła, katarem i grypą. Ale czy naprawdę zimy nie da się lubić? Wróćmy pamięcią do czasu, kiedy sami byliśmy dziećmi. Pamiętacie tę radość, którą wywoływały pierwsze płatki śniegu? Pamiętacie te bitwy na śnieżki, wspólne lepienie bałwana albo ślizgawkę na szkolnym boisku? Prawda, że miło było pościągać się z przyjaciółmi na sankach? Zima jest całkiem fajna! A my, chociaż lubimy sobie czasem pomarudzić w głębi serca dobrze o tym wiemy.
Elizabeth
Chris
COVINGTON
Baker
Lexy
River
COTTERMAN
BAKER
Strona wygenerowana w 0,09 sekundy. Zapytań do SQL: 6