Poprzedni temat «» Następny temat
#1
Autor Wiadomość
Laura Salinger


Laura Salinger

boston


29

psychiatra

nie ma czasu

Wysłany: 2019-01-23, 16:16   #1
  

  
  
  
  
  

  
  
wszyscy mamy źle w głowach


[ 1 ]

Laura prawie nie pamiętała już, kiedy w mieszkaniu witało ją cokolwiek ponad głuchą ciszę pustych czterech ścian - nie umiała wyobrazić sobie jednak innego scenariusza po długim dniu w pracy. W takich chwilach doceniała to, że nie miała dzieci ani innych zobowiązań, wymagających teraz jej uwagi. Wróciła późno wieczorem; zdjęła ze stóp buty na wysokim obcasie i zsunęła z ramion płaszcz, żałując, że w podobny sposób nie może zrzucić z siebie zmęczenia, jakie ogarnęło całe jej ciało. O dziwo zaczynała je odczuwać dopiero po przekroczeniu progu: jakby wyćwiczyła swoje mięśnie tak, by nie poddawały się osłabieniu; jakby dozowała racje sił, których starczało dokładnie do momentu, w którym zatrzasnęły się za nią drzwi. Oszukiwania samej siebie i karmienia innych pozorami Laura Salinger uczyła się jednak od najlepszych.
Dopiero uciążliwe burczenie w brzuchu przypomniało jej, że od ośmiu godzin nie miała niczego w ustach. Po krótkiej wizycie w łazience skierowała się zatem prosto do kuchni, gdzie na kolację odgrzała pozostały z poprzedniego dnia makaron z warzywami. Zjadła w całkowitej ciszy - nie miała nawet ochoty zagłuszać jej telewizorem i kolejnymi złymi wiadomościami serwowanymi jej przez eleganckiego prezentera na kanale informacyjnym. Zamiast tego, odstawiwszy talerz do zmywarki, przemaszerowała do salonu, by włączyć muzykę; pozwalając, by pomieszczenie wypełniły miękkie dźwięki fortepianu, którym zawtórował wkrótce dojmujący głos Niny Simone. Słabość do staroci szeroko pojętej klasyki wydawała się być jedną z tych rzeczy, jakie - obok poprawnych manier i wrodzonego wręcz pedantyzmu - Laura wyniosła z domu.
Do dopełnienia idealnego wieczoru (oczywiście było to pojęcie względne, samotnie spędzone wieczory rzadko były idealne, ale Salinger nie miała dzisiaj siły nigdzie wychodzić ani nikogo do siebie zapraszać) - oprócz ciepłej, relaksującej kąpieli - brakowało tylko wina: czerwonego, półwytrawnego. Postawiła butelkę na nieskazitelnie czystym blacie, ale zanim zdążyła uraczyć się trunkiem, doszło ją pukanie do drzwi. Z cichym westchnięciem, zostawiając wino z wbitym w nie korkociągiem, blondynka ruszyła do drzwi. Zerknęła przez wizjer, a jej usta same wypowiedziały bezdźwięcznie imię mężczyzny, który stał po drugiej stronie. Nie oczekiwała gości i nie spodziewała się nikogo konkretnego, ale nawet gdyby miała zgadywać, kto postanowi dzisiaj złożyć jej wizytę, to on byłby na końcu tej listy. Mimo to, gdy otworzyła po krótkiej chwili drzwi, na jej twarzy nie było już zdziwienia - na powrót zastąpił je wystudiowany, neutralny wyraz.
- Co tu robisz, James? - odezwała się w końcu, przyglądając mu się w oczekiwaniu na jakieś wyjaśnienie dla jego obecności tutaj. Nie ruszyła się jednak ani o krok, nie zaprosiła go do środka, właściwie... nie była pewna, czy powinna to robić.
 
 
James Bradshaw


James Bradshaw

Boston


36

prywatny detektyw

żonaty

Wysłany: 2019-05-07, 19:57   
  

  
  
  
  
  

  
  
Nazbyt sentymentalny jestem na kacu


[1]


Jaskrawe światła barowych szyldów oświetlały ciemne uliczki. Wybiła dokładnie dwudziesta pierwsza piętnaście, gdy barczasty mężczyzna zgasił papierosa o parapet sklepowej witryny. Po drugiej stronie ulicy w jednym z motelowych okien rozbłysło światło. Wystarczyło kilka krótkich błyśnięć lampy aparatu.
James najbardziej nie lubił tego rodzaju zleceń. Były poniżające.Jednakże nie miał luksusu wybierania sobie co ciekawszych spraw. Brał wszystko jak leci. Liczyły się tylko wystawione rachunki. Czy mógł upaść jeszcze niżej?
Miał wrócić do domu. Obiecał to sobie, gdy kierował kroki w stronę biura. Gdy jednak przekręcił klucz i pociągnął za klamkę, aby upewnić się czy są na pewno zamknięte, jego wzrok przesunął się po budynku obok. Chwilę później zamawiał pierwsze piwo, a kilka kolejek potym stał przed drzwiami mieszkania Laury Sallinger. Nogi same go tu przyprowadziły. Sam nie wiedział co tu robił i nie potrafił odpowiedzieć na te pytanie Laurze.
Wzruszył lekko ramionami, uśmiechając się z typowym dla Jamesa łobuzerskim uśmiechem. Nie był to jednak ten charakterystyczny dla niego uśmiech. Bardziej sztuczny, martwy, zmęczony własną grą. Nie potrafił wyjaśnić nawet sobie dlaczego tutaj przyszedł. Gdzieś między drugim, a trzecim piwem pomyślał o niej. Pomiędzy piątym, a szóstym przyjście tutaj wydawało się całkiem dobrym pomysłem. W drodzę zdążył nieco przetrzeźwieć i nie pamiętał już dlaczego mu się tak wydawało. Teraz stanął przed nią i kompletnie nie wiedział co powiedzieć.
Od jakiegoś czasu miał wrażenie jakby balansował na krawędzi. Chociaż może nawet nie była to już krawędź. Po prostu spadał i wyczekiwał uderzenia o dno, a gdy to nie nadchodziło widocznie musiał przyśpieszyć nieuniknione. Nie powinno go tu być. Nie w takim stanie w jakim był teraz. W ogóle. Powinien być we własnym domu. Tam gdzie podobno było jego miejsce. Problemem widocznie musiało być to, że nie do końca czuł, że tam należy.
- Przechodziłem obok i pomyślałem o tobie. Uznałem, że sprawdzę jak się trzymasz - skłamał, chociaż zdawał sobie sprawę z tego że mu w to nie uwierzy. Znała go zbyt dobrze, a on nawet nie silił się na bycie wiarygodnym. Po co tutaj przyszedł? Chciał ją unieszczęśliwić, bo sam tak się czuł? A może poszukiwał pocieszenia i uznał, że znajdzie je właśnie tutaj. Już dawno nie czuł się tak bardzo zagubiony jak teraz.
 
 
Laura Salinger


Laura Salinger

boston


29

psychiatra

nie ma czasu

Wysłany: 2019-05-11, 16:33   
  

  
  
  
  
  

  
  
wszyscy mamy źle w głowach


W pierwszej chwili miała ochotę wywrócić jedynie oczami i rzucić złośliwym komentarzem, ale powstrzymała się, wykrzywiając usta jakby niemal dosłownie ugryzła się w język. Niedojrzałe zachowanie nie leżało w jej naturze, chociaż w tym momencie wydawało się najprostszym mechanizmem obronnym. Laurie nie przypominała sobie bowiem, by James często myślał o kimkolwiek poza sobą samym - ale może coś źle zapamiętała. Może stała się zbyt zgorzkniała, by dostrzec w nim jeszcze człowieka, poza którym nie widziała niegdyś niczego innego.
A może właśnie dopiero teraz była w stanie spojrzeć na niego trzeźwym okiem. Czyż bowiem ta niezapowiedziana wizyta nie była najlepszym świadectwem jego egoizmu? James Bradshaw zawsze robił wszystko po swojemu: przychodził wtedy, kiedy chciał - i odchodził wtedy, kiedy chciał. To nie uległo żadnej zmianie; Laura obawiała się, że nic w nim nie uległo zmianie.
Ale teraz nawet nie miała ochoty sprawdzać, czy się myliła.
- Trzymam się świetnie. Dzięki, że pytasz - odrzekła machinalnie, z delikatnym skinieniem głową, jakby nie tylko James'a, ale i samą siebie chciała przekonać o prawdziwości swych słów. Nie skomentowała natomiast doboru słów użytych przez mężczyznę: "jak się trzymasz" sugerowało jakieś trudności - chciał usłyszeć, że radziła sobie gorzej od niego, czy też sam zdążył już dojść do takiego wniosku? Rzeczywiście, Laura nie miała kochającej rodziny i dzieci, ale sam fakt, iż Bradshaw był tutaj - wieczorem, podchmielony - również o czymś świadczył (dlatego pytanie go o to samo mijało się z celem).
Laura Salinger nie przyciągała szczęśliwych ludzi.
Jednak, choć żyła z leczenia cudzych emocji, nie zaprosiła go na terapię. Ani nawet rozmowę. Ale i nie kazała mu odejść. Odruchowo zacisnęła mocniej dłoń na klamce, unosząc nieznacznie brew i przyglądając się wyczekująco zupełnie już obcym oczom mężczyzny. Jakby - mimo że na co dzień potrafiła być nieugięta - z jakiegoś powodu zwyczajnie nie umiała zdobyć się na to, by go jednoznacznie, zdecydowanie spławić.
 
 
James Bradshaw


James Bradshaw

Boston


36

prywatny detektyw

żonaty

Wysłany: 2019-05-12, 01:17   
  

  
  
  
  
  

  
  
Nazbyt sentymentalny jestem na kacu


Miała rację. Właśnie taki był. Zbyt rzadko myślał o tym jaki ślad pozostawia po sobie. Jak inni ludzie ponoszą konsekwencję jego czynów. On po prostu robił to czego chciał, nie myśląc o tym, bo bardzo często wydawało mu się, że ma do tego prawo. Jeśli był w złym stanie psychicznym, postępował impulsywnie, nie zastanawiając o się nad tym jak jego działania wpływają na innych. Chociażby w tym momencie, nie przeszło mu nawet przez myśl, że może powinien po prostu dać jej spokój. Pozwolić żyć własnym życiem, zapomnieć o jego istnieniu. Nie brał pod uwagę tego jak jego wizyta tutaj mogłaby wpłynąć na jego relację z żoną. Nie. Po prostu pojawił się przed jej drzwiami, bo zadecydował tak zrobić i przekuł swoje zamiary w czyny. Nie myśląc o tym. Nie analizując tego pod kątem innych osób. On tego chciał i on to zrobił. Kierowały nim jedynie egoistycznie pobudki, których sam nie potrafił zdefiniować. Pragnął ją po prostu zobaczyć? Przypomnieć sobie jak to było czuć się jak dawny on? Czy niesprawiedliwie rzucić oskarżeniem, że to przez nią jego życie się rozpadło? W końcu to zażyłość z nią doprowadziła do wypadków, które sprawiły że został wydalony z policji. Może potrzebował kogoś o to obwinić. Kogokolwiek byle by nie samego siebie, chociaż wina należała do niego. To on nie potrafił panować nad własnymi emocjami, to on pozwolił dać się ponieść własnemu gniewowi. A może po prostu w jakiś patologiczny sposób zatęsknił za nią, bo był czas gdy dzielił z nią szczęście i było im razem po prostu dobrze?
Przesunął wzrokiem po jej sylwetce. Badawczo. Jakby chciał ocenić jednym spojrzeniem jakie zmiany w niej zaszły. Nie oczekiwał po niej wyczerpującej odpowiedzi. W końcu pojawił się tu ni stąd ni zowąd, naruszając jej prywatność. Nie lubił, gdy patrzyła na niego w taki sposób. Zupełnie neutralny, jakby był jednym z jej pacjentów, które miała zamiar zdiagnozować. Zawsze niezmiernie go to irytowało.
Oboje zamilkli. W końcu to on przyszedł do niej, a gdy próba nawiązania luźnej pogawędki zawiodła, zabrakło mu słów. - Pewnie zastanawiasz się po co przyszedłem - rzekł, opierając się czołem o framugę drzwi. - Sam nie wiem. Myślałem o tobie i uznałem, że chcę cię zobaczyć, a jak już przyszedłem, kompletnie nie wiem co mam ci powiedzieć. I stoję teraz przed tobą jak ten ostatni dupek. Nawet nie wiem jak cię zachęcić do tego byś wpuściła mnie do środka - uśmiechnął się kącikiem ust, licząc że ta głupkowata nieporadność odrobinę zmiękczy jej serce.
 
 
Laura Salinger


Laura Salinger

boston


29

psychiatra

nie ma czasu

Wysłany: 2019-05-12, 17:55   
  

  
  
  
  
  

  
  
wszyscy mamy źle w głowach


Wiedziała, że miała rację - wtedy, kilka lat temu, gdy wierzyła jeszcze, że James'a da się ocalić (przed nim samym?), również wiedziała, że ma rację. Zapomniała tylko o jednym: nie dało się komuś pomóc na siłę, wbrew jego własnej woli. Pragnęła tego tak desperacko, że przestała dopuszczać do siebie najoczywistsze fakty. Że doprowadziła do tego, iż nawet ją Bradshaw zaczął winić. Dopiero po czasie przyjęła do wiadomości, że to nie jej zadaniem było naprawienie go.
A nie zamierzała bezczynnie patrzeć, jak sam się niszczył; jak ciągnął w dół, jak sam rzucał się w tę przepaść. I sama już nie wiedziała, czy obecnie powinna odczuwać satysfakcję, czy tylko rozczarowanie faktem, że inna kobieta w jego życiu także nie zmieniła tego stanu. Że prawdopodobnie nikt nie był w stanie go zmienić.
Przechyliła delikatnie głowę, zaciekawiona chyba nawet nie tyle samą odpowiedzią, co tym, czy mężczyzna był w ogóle w stanie udzielić jakiegokolwiek wyjaśnienia odnośnie swojej wizyty. Chociaż to też, tak naprawdę, było bez znaczenia. Laura nie miała już nic, co mogłaby mu dać. Przestań!, miała ochotę krzyknąć, ale ostatecznie wypuściła tylko z głuchym świstem powietrze z ust, zanim ponownie zapadła między nimi ta ciężka, szumiąca w uszach cisza. Nie ta z gatunku niezręcznych, bo niegdyś potrafili przecież mówić i milczeć o wszystkim. Potrafili odgadnąć myśli tego drugiego, kiedy nie padały żadne słowa. I w tym momencie pewnie nie było inaczej. Salinger wiedziała, że nie powinna zapraszać go do środka, że lepiej dla wszystkich będzie, jeśli James po prostu stąd odejdzie, wróci do domu. Nie tylko dlatego, że miał swoje zobowiązania, bo przecież... to nie była jej sprawa. Ale powinna odesłać go z kwitkiem przede wszystkim w trosce o samą siebie; odciąć się od niego, zostawić go w przeszłości. James Bradshaw był jak kotwica, która od lat trzymała ją w miejscu, a ona nadal nie umiała nawet zatrzasnąć mu drzwi przed nosem. Zamiast tego, w końcu skinęła tylko lekko głową i uchyliła szerzej drzwi, by wpuścić go do środka. Zaraz po tym, jak je ponownie zamknęła, wycofała się w głąb mieszkania. Z salonu wciąż dochodziły niezbyt głośne dźwięki muzyki.
- Nie wiem, czego właściwie ode mnie oczekujesz, James - przyznała, nie patrząc już na niego, gdy ruszyła do kuchni; bezszelestnie stąpając bosymi stopami po drewnianej podłodze. Liczył na współczucie? Pocieszenie? Czy zwyczajnie chciał się utwierdzić w przekonaniu, że niezależnie od tego, jak wiele napsuje, zawsze będzie istniało jedno miejsce i jedna osoba, do której będzie mógł przyjść? Każdy potrzebował tej świadomości, że ma dokąd wrócić.
W tej chwili Laura wiedziała tylko jedno: musiała się napić. Choć na pozór była spokojna (a nawet nienaturalnie powściągliwa), jej dłonie wydawały się lekko drżeć, gdy jedna z nich zamknęła się na butelce z winem, a druga szarpnęła za korkociąg, rozchlapując odrobinę szkarłatnej cieczy na blat.
  
 
 
James Bradshaw


James Bradshaw

Boston


36

prywatny detektyw

żonaty

Wysłany: 2019-05-13, 21:08   
  

  
  
  
  
  

  
  
Nazbyt sentymentalny jestem na kacu


Wielokrotnie zastanawiał się nad tym kiedy powiedzą sobie dość. Oboje. On wciąż wracał, a ona wciąż mu na to pozwalała. Za każdym razem gdy podejmował decyzję o pojawieniu się w progu jej drzwi, ulubionym barze czy holu jej gabinetu rozmyślał o tym czy tym razem może odeśle go z kwitkiem. Podejmie decyzję za nich oboje, bo jak widać on nie potrafił. Zabawne. Przecież to on był tutaj mężczyzną. Mężczyzną, który miał zobowiązania i pozornie całkiem zgrabnie ułożone życie. Ona nie musiała wcale brać za to odpowiedzialności. On powinien, ale nie chciał tego zrobić. Odmawiał.
Oczywiście. Czuł się winny. Czasami poczucie winy rozkładało go na łopatki, ale tak bardzo przywykł do myślenia o sobie w ten najgorszy sposób, że w jakiś sposób polubił to uczucie. Bez niego był niekompletny. Zdawać się mogło, że rola, którą odgrywał od wielu lat kompletnie mu nie pasowało. Nie był typem człowieka, który mógł należeć do kogokolwiek. Ani do Laury, ani do swojej żony. Bardzo tego chciał. W końcu każdy pragnie szczęścia, ale jak widać największą przeszkodą w jego osiągnięciu był sam James. Chociaż niegdyś Sallinger próbowała coś w nim naprawić, to nie mogła tego zrobić, bo on sam nie wykazywał inicjatywy. Był trudnym człowiekiem. Cholernie nieustępliwym, który w swojej upartości ranił siebie i wszystkich dookoła. Nie chciał, by ktokolwiek go zmieniał. Nie chciał nikomu na to pozwolić, a jakiekolwiek próby spotykały się z jego ostrym oporem. To, że Laura ego próbowała budziło w nim złość. W końcu jakąś częścią siebie chciał, żeby go zaakceptowała dokładnie takim jaki był. Nie dochodziło do niego jednak, że to tak nie działało. Że jego wkładem powinno być również uszczęśliwienie jej, a nie tylko samego siebie, więc jeśli miało to się stać poprzez pójście na ustępstwa; powinien to dla niej zrobić. Był takim cholernym egoistą. Zdawał sobie sprawę z tego i czasami myślał, że po prostu tak będzie lepiej. Dla niej. Jednocześnie zupełnie niekonsekwentnie wracał, żeby przypomnieć o swoim istnieniu. Chyba nie potrafił sobie poradzić z myślą, że z czasem mógłby stać się dla niej nikim.
Wszedł za nią do pomieszczenie, a gdy zamknęła za nim drzwi przepuścił ją przodem i podążał wzrokiem za jej biodrami, aż do momentu gdy oboje znaleźli się w kuchni. Nie mówiła wiele. Obserwował ją więc bacznie, próbując wyczytać z jej mowy ciała, mimiki co chodziło jej po głowie. - A czy zawsze muszą być jakieś oczekiwania? - zapytał, marszcząc brwi i przesuwając kciukiem po przestrzeni między nimi. Laura zawsze czegoś oczekiwała. Od siebie. Od niego. Od innych. Tak to sobie tłumaczył, chociaż kompletnie nie chciał przyjąć do wiadomości, że to dość naturalne i dojrzałe zachowanie.
Coś w jej postawie, świadczyło o zdenerwowaniu. Być może podpowiadała mu to ciężkie milczenie między nimi, a może była to po prostu zawodowa intuicja, umiejętność czytania z ludzi. W końcu wino rozlało się po blacie, a on podszedł do niej, spokojnie wysuwając butelkę z jej palców. Otrzeźwiał trochę po drodze, a obecność alkoholu we krwi zdradzał jedynie ciężki zapach sfermentowanego chmielu. W jego głowie działo się jednak zbyt wiele. Nalał wina do kieliszka i podsunął go w jej stronie. - Jesteś zdenerwowana - zauważył dość elokwentnie, opierając się o kuchenny blat. Wbił w nią spojrzenie swoich niebieskich tęczówek. - Niczego od ciebie nie oczekuję. Chyba. Czego mam od ciebie oczekiwać po tym wszystkim? Sam już nie wiem. Wiem, że to ostatnie miejsce w jakim powinienem być, ale tu jestem. Chyba najzwyczajniej lubię wszystko niszczyć i nie potrafię inaczej. Może nadeszła ta wiekopomna chwila, gdy pozwolę ci się zdiagnozować. Chociaż pewnie już dawno to zrobiłaś.
Nie wyglądał na pijanego, ale właśnie taki był. Prawdopodobnie na trzeźwo sam nie zrozumiałby własnych słów, a wymagał tego od niej. To było właśnie to czego oczekiwał. Zrozumienia. Mogła mieć o nim złą opinię, ale znała go dobrze jak nikt inny. Chociaż słowa te wypowiadał lekko ironicznym, gawędziarskim tonem, mówił na poważnie. Był zagubiony i chciał się odnaleźć. Czasami czuł, że najprościej byłoby palnąć sobie w łeb i odpuścić wszystko. Widocznie jednak był zbyt wielkim tchórzem albo zbyt mocno kochał życie. Wiedział tylko, że jest zły we wszystkim co robił. Był złym ojcem, synem, mężem, policjantem, detektywem, głową rodziny. W momentach takich jak dziś ponure myśli, pukały do jego umysły, a on pozwalał by się w nim zanurzyły. Wiedział, że jutro nie będzie nawet ich pamiętał, jeśli tylko po wyjściu stąd doprawi je kilkoma kolejkami.
  
 
 
Laura Salinger


Laura Salinger

boston


29

psychiatra

nie ma czasu

Wysłany: 2019-05-15, 17:58   
  

  
  
  
  
  

  
  
wszyscy mamy źle w głowach


Wzruszyła ramionami. Naprawdę był aż tak zgorzkniały, by niczego już nie oczekiwać, od ludzi, od życia? By zdać się na to, gdzie poniesie go grawitacja? Laura nie znała takiej skali zobojętnienia. I nawet osoba James'a, po tym wszystkim, po tylu latach, wciąż powodowała w niej skrajne emocje, które blondynka tłumiła umiejętnie pod płaszczem wyuczonego spokoju. Ale żadnej z nich Salinger nie nazwałaby zdenerwowaniem. Chociaż czasem łatwiej było jej zgubić się we własnych odczuciach, niż w cudzych.
- Nie jestem - odparła lakonicznie, po tym jak cofnęła się o krok, gdy James sięgnął po butelkę i nalał wina do kieliszka. Zawahała się przez moment, uderzając głucho palcami o jasny blat, by w końcu chwycić pękaty kieliszek w dłoń i upić zeń głębokiego łyka. Nie zaproponowała, żeby się z nią napił; przez grzeczność pewnie by nie odmówił, więc zdecydowała nie dawać mu tej sposobności. Mimo wszystko trudno było wyzbyć się ciągłego przymusu bycia tą rozsądną.
- Po to tu przyszedłeś? Po diagnozę? - zapytała z ledwie słyszalną nutą rozczarowania w głosie; jakby była zawiedziona tym, że przypisał jej rolę kogoś z zasady obcego, z kim nie łączyła go już żadna emocjonalna więź. Psychiatry. Cisnęło jej się na usta pytanie o to, co go do tego skłoniło, co uległo zmianie, ale... nie była pewna, czy faktycznie chciała znać odpowiedź. Może okazałaby się ona zbyt oczywista, by Laura była w stanie ją zrozumieć. - To proszę: nie potrafisz być szczęśliwy. Nie pozwalasz sobie być szczęśliwym. Nie z tym, co masz. Ciągle chcesz czegoś innego. Nie po to, żeby to mieć, ale żeby mieć czego pragnąć. Żeby móc łudzić się, że wtedy twoje życie byłoby lepsze. Że to nie ty jesteś winny - powiedziała, patrząc mu w oczy. Jej twarz spowiła beznamiętna maska, jaką nosiła zwykle przy swoich pacjentach. Tak łatwiej było o dystans. - Dlatego tu przyszedłeś - skwitowała, nie odrywając, może nieco poufałego, spojrzenia od jego twarzy, kiedy uniosła do ust kieliszek, by dopić jego zawartość. Nieważne, czy miała rację; spodziewała się, że James i tak zaprzeczy jej wnioskom, których na ogół nie wygłaszała w równie bezpośredni sposób. Ale Bradshaw nie był jej pacjentem, co też wielokrotnie jej uzmysławiał. Jak widać, bezskutecznie, skoro z taką łatwością przyszło jej zdiagnozowanie problemu, który, jak uważała, w obecnej chwili trapił mężczyznę. Może zrobiła to, bo nie chciała drążyć tematu, nie chciała słuchać o jego życiu, o jego żonie. Najwidoczniej i tak była masochistką, skoro w ogóle z nim rozmawiała, ale nie zamierzała rozdrapywać tego, co zdążyło się już zagoić. Najbardziej miała mu za złe to, że przez tak długi czas po ich rozstaniu wierzyła, że to jej wina, że czegoś w niej brakowało, że James odnalazł to dopiero w swojej obecnej żonie. Dzisiaj Laura pogodziła się już z myślą, że po prostu czasem drogi dwojga ludzi biegną w różnych kierunkach i nie ma na to ratunku.
Skąd zatem wzięła się w niej ta próżność; to przeświadczenie, iż to do niej uciekał teraz od ciężaru własnej egzystencji? Na to nie umiała odpowiedzieć.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Jesteś ambitnym adwokatem, kochającym imprezy studentem, a może mężatką z dwójką dzieci? To nie ma znaczenia – gdy tylko przyjedziesz do Bostonu, poczujesz się jak w domu! Tylko tutaj możesz przejść przez pełen kwitnących, kolorowych kwiatów park, by wyjść tuż obok wielkiego wieżowca, a wracając, nie zapomnij zerknąć na stare, urocze kamieniczki znajdujące się tuż za rogiem! Nie jest to wielkomiejski labirynt z betonu, lecz przyjazne, niezwykle zielone miasto z masą parków, z plażami, zatokami, łodziami zacumowanymi u wybrzeży, pełne biegających i uprawiających sporty ludzi, pełne psów i dzieci. Wiosna w Bostonie to prawdziwe cudo ze względu na ogromne krzewy obsypane kwiatami. Jeśli jednak chcesz być blisko miasta, ale też cieszyć się życzliwością i poczuciem wspólnoty wybierz wspaniałe małe miasteczko jakim jest Concord. Lokalna społeczność ma silną więź, która łączy swoich mieszkańców, tutaj znajdziesz sąsiadów pomagających sąsiadom. Wspólnie można cieszyć się otaczającą przyrodą, zobaczyć słodkowodne żółwie, czaple modry, piżmaki i mnóstwo ptactwa. Odkryj piękno tego miasteczka, w każdym sezonie na nowo. Wiosna to czas lokalnych wydarzeń. Wybierz się na wycieczkę do jednego z wielu lokalnych targowisk i gospodarstw, aby spróbować domowych produktów, serów i syropu klonowego prosto z drzew Nowej Anglii.

Nominacje!

Rozpoczęły się majowe nominacje na postać miesiąca. Czekamy na Waszych ulubieńców.

Read More
Bianka
Jeremy
WALTERS
ASHBORNE
Strona wygenerowana w 0,09 sekundy. Zapytań do SQL: 7