Poprzedni temat «» Następny temat
Gabinet Psychiatryczny
Autor Wiadomość
Massachusetts


Massachusetts

Wysłany: 2019-01-23, 16:47   Gabinet Psychiatryczny

 
 
Laura Salinger


Laura Salinger

boston


29

psychiatra

nie ma czasu

Wysłany: 2019-01-23, 18:13   
  

  
  
  
  
  

  
  
cold sheets - but where's my love


[ 2 ]

Każdy okres w dziejach ludzkości niósł ze sobą pewien wyróżnik, definicję wpisaną w ten konkretny punkt w historii. W dziewiętnastym stuleciu była to gonitwa ku postępowi i mechanizacji; w dwudziestym emanacja wolności i równości; zaś obsesją dwudziestego pierwszego wieku był czas. I technologia. Jednak to tej pierwszej Laura Salinger poddała się w większym stopniu.
Niemal wszystko w jej życiu odbywało się według starannie wyznaczonego przez nią samą planu. Oszczędnie gospodarowała swym czasem (była przecież osobą, której czas kosztował konkretne pieniądze): z dokładnością do minuty była w stanie określić, ile zajmuje jej poranny prysznic czy zjedzenie śniadania, i jak długo trwa dojazd z jej mieszkania do pracy. W nieliczne luki w tym gęsto zapełnionym planie wciskała przerwy na lunch, spotkania towarzyskie spychając zwykle na weekend. I tylko czasem okazywało się, że w ostatecznym rozrachunku w jej dobie zaczynało nagle brakować godzin.
Zdarzały się jednak momenty, gdy nawet ona traciła rachubę.
Zwykle o tej porze Laura piła kawę - niesłodzoną, z odrobiną odtłuszczonego mleka - najchętniej z pobliskiej kawiarni; choć trudno orzec, czy napój przyrządzony przez profesjonalnego baristę smakował lepiej, czy był to tylko pretekst ku temu, by wyjść na chwilę, odetchnąć. Dzisiaj natomiast jeden z pacjentów odwołał wizytę, więc Salinger postanowiła spożytkować nieplanowaną przerwę na uporządkowanie i uzupełnienie dokumentacji, co w normalnych okolicznościach musiałaby zrobić po godzinach pracy. Nie zliczyłaby nawet, ile wieczorów spędzała w taki, niezbyt porywający, sposób.
Ślęczenie przy komputerze, w otoczeniu sterty papierów pochłonęło ją na tyle, że zupełnie nie zdawała sobie sprawy, która godzina - ale spodziewała się, że prędzej czy później ktoś ją w tym uświadomi. Najpewniej kolejny pacjent.
 
 
joseph balamonte


JOSEPH BALAMONTE

BOSTON


31

kieruje barem

stolen

Wysłany: 2019-01-26, 06:52   
  

  
  
  
  
  

  
  
IF YOU WERE DEAD OR STILL ALIVE, I DON'T CARE. JUST GO AND LEAVE THIS ALL BEHIND.


#5

To nie było w jego stylu, zupełnie. Regularne kawy w jednym lokalu o konkretnej porze z tą samą osobą. Dlaczego więc to praktykował? Pytanie, na które nie ma dobrej i jednej odpowiedzi. Na co dzień był bardzo prosty w obsłudze - alkohol i dobra zabawa, brak poważnych rozmów, żadnych uczuć - to na tym opierało się jego życie, dla niektórych będące bezwartościowym egzystowaniem, a dla niego istną sielanką. Miał swój lokal, który był jego oczkiem w głowie, miał też swoje małe oszustwa i kradzieże, które polubił i stały się jego domeną w rodzinie, której niechętnie się podporządkowywał, bo rodzina zawsze pozostanie rodziną. Joseph sam intensywnie poszukiwał odpowiedzi na nurtujące go pytanie: dlaczego wciąż u licha wraca do tej kawiarni?, aż w końcu ojciec dał mu wygodne usprawiedliwienie tego intrygującego faktu, że być może Balamonte polubił coś spoza swojego uporządkowanego kręgu w jakim tkwił. Kiedy tylko połączył znaczące fakty z poznania Laury z kolejnym zleceniem ojca nie mógł uwierzyć we własne szczęście... w nieszczęściu, bo Salinger była typem kobiety, które z reguły omija szerokim łukiem. Preferował te z natury spontaniczne i nie nazbyt mądre, bo były o wiele łatwiejsze w obsłudze. Musiał sporo w swoim zachowaniu przekwalifikować, by nastroić się do kolejnego spotkania, w końcu teraz to nie była już tylko niepisana tradycja, którą mógł w każdej chwili przerwać, lecz kolejne zlecenie. Z góry było wiadome, że nie może być sobą, jeśli chciał ją odpowiednio podejść. Pewnie niejednokrotnie będzie musiał ugryźć się w język, czy serwować swój uśmiech maskujący całą gamę innych uczuć, jednocześnie pilnując się by nie poddała go swojej zawodowej analizie. Nastawiając się na kolejne spotkanie zjawił się w kawiarni, ale ku jego zaskoczeniu Laura nie pojawiła się. Rozczarowanie szybko ustąpiło intensywnemu przeczesywaniu pamięci, a gdy już dokopał się do istotnych informacji, gdzie mógłby ją znaleźć o tej porze, zamówił dwie kawy na wynos i skierował swoje kroki do jej gabinetu. Zapukał do drzwi i nie czekając na odpowiedź uchylił je lekko, a Laura mogła zauważyć jedynie lewitujące kubki. - Ktoś zamawiał kawę? - zapytał, by w końcu pokazać się jej w całej okazałości i zamykając za sobą drzwi. Nawet jeśli sporo będzie musiał się natrudzić, by dopasować się do tej relacji to pewnych przyzwyczajeń nie da się zmienić. Zazwyczaj robił co chciał i wchodził jak do siebie – nie ważne czy był to czyjś dom, lokal czy miejsce pracy. Tutaj też wszedł może nazbyt pewnie, ale miał jedną z lepszych kaw w mieście i nienaganny uśmiech, a wydawać by się mogło, że w ramach pokoju przyniósł te dwa precle, które trzymał w drugiej ręce, ale nie miały one ukrytego dna - po prostu były smaczne.
 
 
Laura Salinger


Laura Salinger

boston


29

psychiatra

nie ma czasu

Wysłany: 2019-01-27, 16:44   
  

  
  
  
  
  

  
  
cold sheets - but where's my love


Laura Salinger żyła z analizowania - ludzi, rzeczywistości, życia - ale cotygodniowy rytuał picia kawy, jakiemu oddawała się w towarzystwie mężczyzny, który zawsze siedział o tej samej godzinie przy tym samym stoliku, był po prostu przyjemnością, której kobieta nie chciała zmącić poprzez rozkładanie jej na części pierwsze. Kawa nie smakowałaby dobrze, gdyby doprawić ją zbędną nadinterpretacją, a Laura nie lubiła zbytniej goryczy. Czytanie wszystkich dookoła to nie był dobry nawyk (i z niemałym trudem przyszło jej pozbycie się go); chciała widzieć ludzi, a nie tylko twarze z przyklejonymi do nich etykietkami typu: depresja, nadpobudliwość, nerwica.
Chociaż niewykluczone, że od pewnego czasu to chęć spotkania Josepha - bardziej niż smak podawanej tam kawy - decydowała o tym, iż blondynka odwiedzała ten konkretny lokal, o tej konkretnej porze. Ceniła sobie możliwość rozmowy z kimś, kto nie był jej pacjentem; kto nie potrzebował jej pomocy; kto wciąż był swego rodzaju niewiadomą. A to, co niewiadome, zawsze intryguje.
Pukanie w drzwi wyrwało ją z głębokiego skupienia. Jej czujne spojrzenie natychmiast powędrowało w tamtym kierunku, a brwi uniosły się lekko w nieskrywanym zdziwieniu na widok Josepha. Zaraz jednak Laurie zreflektowała się i powitała niespodziewanego gościa ciepłym uśmiechem.
- Kawę? Zawsze. Temu zapachowi nie da się odmówić - przyznała z rozbawieniem, gdy mężczyzna bez zawahania wkroczył do pomieszczenia - nieodparty urok osobisty, jakim dysponował, również stanowił skuteczny argument za tym, by oderwać się od papierów, ale Salinger nie zamierzała rozdmuchiwać jego ego, które i tak wydawało się znajdować na odpowiednio wygórowanym poziomie. I chociaż kawy nie zamawiała, to nie można powiedzieć, by była jakkolwiek rozczarowana faktem, iż Balamonte postanowił jej ją dostarczyć. Potrzebowała przerwy, nawet jeśli sama czasem o tym zapominała. Zgarnęła więc papiery na jeden stosik, który schowała następnie w szufladzie biurka, i wstała z krzesła, odruchowo zerkając na zapięty na szczupłym nadgarstku zegarek, upewniając się, że ma jeszcze trochę czasu.
- Usiądźmy - wskazała na kanapę, na której zwykle zasiadali jej pacjenci. - Czemu zawdzięczam tę wizytę? - spytała zaciekawiona. Jak dotąd nigdy nie umawiali się ani nie spotykali nigdzie poza kawiarnią, gdzie przypadkowe spotkania po prostu... przestały być tak przypadkowe. Dlatego nie sądziła, by jej dzisiejsza nieobecność miała coś w tej kwestii zmienić.
 
 
joseph balamonte


JOSEPH BALAMONTE

BOSTON


31

kieruje barem

stolen

Wysłany: 2019-01-31, 09:51   
  

  
  
  
  
  

  
  
IF YOU WERE DEAD OR STILL ALIVE, I DON'T CARE. JUST GO AND LEAVE THIS ALL BEHIND.


Joseph od zawsze był bardzo ostrożny w dobieraniu towarzystwa, a podejmowanie zbytniego ryzyka mogło ruszyć lawinę, która doprowadziłaby go w niewłaściwe miejsce – za kratki. Nawet jeśli nie na długo, bo kontakty ojca pewnie pomogłyby mu wybrnąć z kłopotów to mimo wszystko wolał nie mieć ku temu żadnej okazji. Sprawiał jednak inne wrażenie, co w domu rodzinnym nie obyło się bez echa - bliższe kontakty z panią detektyw denerwowały niemalże każdego, jakby co najmniej odkręcił gaz, wyciągnął zapałki i igrał z wybuchem. Teraz był wręcz pewien, że pogaduszki z kimś, kto specjalizuje się w analizowaniu innych i potrafi czytać otoczenie o wiele lepiej niż przeciętny człowiek, wzbudzą pewne kontrowersje. Ojciec miał oko na praktycznie każdy ruch Josepha, więc nauczył się z tym żyć i nawet nieszczególnie się zdziwił, kiedy w domu poruszono temat Laury. Zaskoczony jednak był tym jak rozmowa zbiegła do bogactwa jej rodziny, w której ojciec zauważył swój zysk, a ich spotkania w momencie przestały istnieć w kategorii przypadkowe i zostały ukierunkowane na bliższe poznanie, a przynajmniej taki był zamiar Balamonte, gdyby jej nieobecność nie pokrzyżowała jego planów. Stał w kawiarni i utkwił spojrzenie w rozpisce gorących herbat i kaw jakby zastanawiał się nad tym co wybrać, a nie nad tym co powinien zrobić. Musiał działać natychmiastowo, a nie zostawiać wszystkiego nadziei, że może spotkają się tutaj w przyszłym tygodniu. W zakamarkach swojej pamięci odszukał ten moment, w którym wspomniała o tym czym się zajmuje i już był na plusie. Zamówił więc kawy te co zazwyczaj pijali i wyszedł wyciągając swój telefon, w którym nietrudno było znaleźć prywatny gabinet. W rozmowie przewinęła się dzielnica, w której był położony, ale musiał się upewnić, by kawa nie utraciła ciepła podczas jego poszukiwań.
Poszczęścił się mu brak pacjenta w danej chwili, choć w jej gabinecie musiał się bardzo postarać, by nie zbito go z tropu i nie stracił pewności siebie. W końcu to był jej teren, jej strefa analizy innych ludzi, tutaj ciężej było się wzbraniać przed odczytem innych. Stłumił wszelkie obawy swoją pewną postawą i nienagannym uśmiechem, a w oczach pojawiła się iskra zawsze, gdy igrał z ogniem. Uwielbiał to uczucie, a Laura dodatkowo była pięknym ogniem.
W momencie, gdy wskazała na kanapę podszedł do niej rozsiadając się wygodnie, ale nie nazbyt swobodnie (czyt. nie wywalił buciorów na stolik i nie poddał się dogłębnej analizie) by panować nad spotkaniem, które sprowokował. Zaśmiał się lekko pod nosem na jej pytanie. – Przepraszam, ale poczułem się jak pacjent – wytłumaczył skąd to lekkie rozbawienie. Zaproszenie na kanapę i wstępne pytanie sprawiło takie wrażenie na krótką chwilę. Wyciągnął kawy na stolik podsuwając jedną w jej kierunku, a drugą ujął od razu w dłonie i spojrzał na kubek znacząco, a z kolei na kobietę próbując znaleźć dobry argument na jego wizytę w jej gabinecie. Taki jednak nie istniał. - Prawdę powiedziawszy sam nie wiem. Kiedy się nie pojawiłaś chyba zrozumiałem, że mogłem po prostu polubić nasze przypadkowe spotkania w kawiarni - kłamstwo z ziarenkiem prawdy prosto w oczy. Miał większy cel i to przysłoniło drobny fakt, że mógłby faktycznie polubić te spotkania. Joseph to bądź co bądź osoba, która wzbrania się przed takimi rzeczami, więc w normalnych warunkach pewnie całkowicie zignorowałby to, że się nie pojawiła. Nie w jego naturze siedziało pielęgnowanie tego typu przyzwyczajeń, tworzenie podobnych tradycji jak wspólna kawa w konkretnym miejscu o danej godzinie, przyzwyczajanie się. - Co Cię zatrzymało? - zainteresował się po kolejnym łyku ciepłej kawy.
 
 
Laura Salinger


Laura Salinger

boston


29

psychiatra

nie ma czasu

Wysłany: 2019-02-05, 14:57   
  

  
  
  
  
  

  
  
cold sheets - but where's my love


Z pewnością nikt postronny nie uznałby Laury za osobę, z jaką wiązało się jakiekolwiek ryzyko czy choćby dreszczyk adrenaliny; była raczej tego zaprzeczeniem, bezpiecznym wyborem: ułożona, zorganizowana, przejrzysta tak samo, jak całe jej otoczenie. Zawsze mówiła to, co było w danej sytuacji właściwe, oraz robiła to, co zawierało się w kanonie ogólnie przyjętych norm społecznych. Właściwie była nieco sztywna i z łatwością mogła uchodzić za... nudną. Zwłaszcza przez kogoś, kto wyznawał odmienne wartości i łamał schematy, jakie Salinger ucieleśniała. Niemniej to chyba właśnie sprawiało, że Joseph postrzegał ją w taki, a nie inny sposób - fakt, iż reprezentowali całkowite przeciwieństwa. A każdy, kto miał fundamentalne pojęcie o tym, jak działa ten świat, wiedział, że mieszanie dwóch tak różnych elementów, przeważnie kończy się wybuchem.
Laura nie miała jednak powodów, by podejrzewać mężczyznę o posiadanie ukrytych intencji; widziała wyłącznie to, co sam jej pokazywał. I nie zaglądała głębiej, choć domyślała się, że pod tą pewnością siebie i błyskiem w oku musiało być coś więcej. Zawsze było coś więcej.
Usiadła koło Josepha na kanapie, zwrócona w jego stronę, odruchowo wygładzając dłońmi materiał wełnianej spódnicy, zanim sięgnęła po kubek z napojem. Zwykle dbała o to, by ludzie nie czuli się tu jak u lekarza; swobodna atmosfera ułatwiała rozmowę, a biurko było zbyt... biurowe, zbyt formalne. Także na prywatną pogawędkę przy kawie. Na jego słowa, natychmiast pokręciła głową w zaprzeczeniu.
- Wybacz, po prostu mnie zaskoczyłeś. Ale obiecuję nie ściągnąć z ciebie pieniędzy przy wyjściu - wyjaśniła, pozwalając sobie nawet na drobny żart, co przy pacjentach raczej jej się nie zdarzało. Miała świadomość iż ludzie, wiedząc, że mają do czynienia z psychiatrą, nie czują się komfortowo z myślą, że mogliby zostać poddani niechcianej analizie. Znajomi nie lubili być sprowadzani do roli pacjenta, a ona... uczyła się na własnych błędach. Nie wciągała zawodowych przyzwyczajeń w kontakty towarzyskie. - Cóż.. lepiej późno niż wcale - zerknęła na Josepha z uśmiechem, który zniknął zaraz za kubkiem, gdy upiła łyk kawy. Przypadkowe było tylko pierwsze spotkanie - i drugie, tydzień później, o tej samej porze. Przy kolejnym Laura spodziewała się spotkać Josepha; a następne były jak zwyczaj, który nie wymagał planowania czy umawiania się. To oczywiste, że Salinger nie przychodziłaby do kawiarni, gdyby nie chciała kontynuować tej osobliwej znajomości - ktoś nie posiadający pewności Josepha mógłby nawet pomyśleć, że to z tego powodu blondynka dzisiaj nie pojawiła się w lokalu. Ale Balamonte widocznie nie posiadał takich obaw.
Jego pytanie skwitowała krótkim westchnięciem.
- Praca. Czasem nie rozróżniam już nawet dni tygodnia - przyznała, co też nie było dalekie od prawdy, nawet jeśli w jej ustach zabrzmiało jak coś zupełnie zwyczajnego; co wcale nie wiązało się z potwornym zmęczeniem i brakiem czasu na rzeczy tak przyziemne jak przerwa na kawę. Mimo wszystko była daleka od narzekania na swoje życie. Swoje słowa przypieczętowała zatem nonszalanckim wzruszeniem ramion, decydując się na zmianę tematu. - Dlatego takie punktualne przypadki bywają przydatne. Występujesz też z innymi dodatkami poza kawą? - zapytała z lekkim uśmiechem majaczącym w kąciku ust, obejmując dłońmi ciepły kubek. Podejrzewała, że Joseph Balamonte równie dobrze komponowałby się na przykład z drinkiem w piątkowy wieczór, ale nie zamierzała niczego sugerować.
 
 
joseph balamonte


JOSEPH BALAMONTE

BOSTON


31

kieruje barem

stolen

Wysłany: 2019-02-24, 21:17   
  

  
  
  
  
  

  
  
IF YOU WERE DEAD OR STILL ALIVE, I DON'T CARE. JUST GO AND LEAVE THIS ALL BEHIND.


| Przepraszam, że dopiero teraz! :lofek:



Mając przed sobą konkretny cel narzucony poniekąd przez ojca nawet nie myślał o tym, dokąd ich relacja zmierzałaby, gdyby nie bogactwo jej rodziny. Jego odwiedziny w jej gabinecie były krokiem, który musiał zrealizować przez wzgląd na plan ojca, w innym wypadku wszystko mogło zostać zaprzepaszczone. Balamonte nie był typem osoby gdybającym nad tym co byłoby, gdyby, więc nie zastanawiał się w ogóle nad tym co zdarzyłoby się w chwili, gdy plan ojca nie istniałby, a ona nie pojawiła się w kawiarni. Czy przyszedłby do niej pomimo tego? Czy pojawiłby się znów kawiarni w chwili, gdy przepadałoby ich kolejne rutynowe spotkanie licząc, że się zjawi? Czy pozostawiłby ten epizod daleko za sobą i dalej żył po staremu? Na te pytania nie uzyska się odpowiedzi nigdy, musiałoby dojść do tego, a w zamian rozgrywał się zupełnie inny scenariusz.
Zawsze miał wrażenie, że te gabinety specjalistyczne na siłę próbują być zrobione na miarę przytulnego zakątka, gdzie człowiek czuje się jak u siebie, ale gdy specjalista rozpoczyna rozpoznanie cały klimat leci na dno. Nie wierzył, że można takiemu spotkaniu nadać charakter spokojnej rozmowy, podczas której człowiek czuje się jak u siebie i po prostu otwiera się przed kimś zupełnie obcym. Nie przyszedł tutaj w charakterze pacjenta, więc nie mógł mieć swojego zdania na ten temat, ale czy sekret nie był pogrzebany w kanapie? Kiedy na niej usiadł stwierdził, że była grzechu warta. Zwyczajnie wygodna, ale w taki sposób, że od razu czuł się odprężony i wcale nie tęsknił za krzesłem w kawiarni. - Za samo przesiadywanie na tej kanapie mógłbym zapłacić, ale przeznaczę te pieniądze na nową kanapę. Muszę przebić tą, a ze swoją się pożegnać - zażartował, ale naprawdę był zdolny do takiej zmiany. Rzadko się czymś szczerze zachwycał, a tym bardziej kanapą.
Nie wiedział do końca jak podejść do tej znajomości, która na starcie była tylko jego sprawą i Laury, a teraz mieszał się w to również ojciec. Od zawsze drażniło go to ograniczenie z jego strony, ale z wiekiem musiał nauczyć się tolerancji, wobec tego, bo wpojono mu, że nie ma innej drogi.
Kącik ust uniósł się w lekkim uśmiechu. - To chyba już całkowity pracoholizm - stwierdził jednocześnie przyglądając się jej intensywnie. Nigdy nie był na tyle czymś pochłonięty, by zatracić się w czasie jak ona w dniach tygodnia. Zaskoczył go też spokój z jakim informowała o tym, jakby zupełnie jej to nie przeszkadzało. Ona była poniekąd uzależniona od swojej pracy, a on działał pod dyktando ojca, co można było podciągnąć pod uzależnienie, z którego nie potrafił się uwolnić.
Słysząc jej pytanie uśmiechnął się odrobine tajemniczo, ukrywając fakt, że bardzo mu to zagranie pasowało w obecnej sytuacji. Mógł teraz zagrać kartą spotkania przy innych okolicznościach. - Mogę - zaczął spoglądając na nią z zainteresowaniem - myślę, że świetnie zgrałbym się z drinkiem i kolacją - ale to jego zdanie – stwierdzenie czy mam rację pozostawię Tobie – on postanowił zasugerować spotkanie w innych okolicznościach.
 
 
Laura Salinger


Laura Salinger

boston


29

psychiatra

nie ma czasu

Wysłany: 2019-03-30, 16:49   
  

  
  
  
  
  

  
  
cold sheets - but where's my love


Kłamstwem byłoby stwierdzenie, iż wychowanie w toksycznym kręgu wielkomiejskich bogaczy nie wykształciło w osobie Laurie pewnej ostrożności względem nowo poznanych ludzi - ale z drugiej strony, znajomość z Josephem była tak zwyczajna i przypadkowa, że doszukiwanie się w tym czegoś więcej, zakrawałoby co najmniej na paranoję, a ta również nie była przywarą panny Salinger. Czy to czyniło ją naiwną? Może. A może zwyczajnie nieuważną.
- To... bardziej praktyczne rozwiązanie, przyznaję - pokiwała z rozbawieniem głową. Sekret w czymś tkwić musiał - czy była to kanapa, czy też za atmosferę odpowiedzialny był wyłącznie pierwiastek ludzki; każdy chyba posiadał własną opinię na ten temat. Chociaż z pewnością wystrój gabinetu nie był przypadkowy, a starannie dopasowany przez projektanta wnętrz, który miał na uwadze specyfikę tego miejsca. Niemniej prawda była taka, że spora część pacjentów Salinger to ludzie, którzy przychodzili tu żeby zwyczajnie się wygadać; płacili, by ich wysłuchano. By pozostawić tu swoje problemy. Mówi się, że w dzisiejszych czasach każdy potrzebuje terapii; jednak miejsca - meble, ściany - były łatwymi słuchaczami. Nie odczuwały ciężaru cudzych trosk i nie nosiły ich piętna, co nie zawsze można było powiedzieć o Laurze. Nawet jeśli skuteczne tuszowanie jakże banalnej prawdy, iż bycie psychiatrą tak naprawdę nigdy nie jest proste, weszło jej już w krwiobieg.
- Każdy ma swoje słabości... nie sądzisz? - odrzekła jedynie, zerkając na Josepha z ciekawością, jakby po raz pierwszy zamierzała pokusić się o odgadnięcie, co takiego było jego mankamentem. W przypadku niej samej bowiem zaprzeczanie czemukolwiek mijało się z celem; nie dało się ukryć, że tylko w pracy kobieta odnajdywała jeszcze jakikolwiek sens. Dlatego brała na siebie więcej obowiązków, niż przeciętny człowiek był w stanie udźwignąć; odciągając w ten sposób uwagę od braków na innych płaszczyznach jej życia. Taki był jej wybór.
Uniosła lekko brew w reakcji na słowa bruneta, rozciągając zaraz usta w uśmiechu.
- Brzmi nieźle. Myślę, że warto to sprawdzić - zawyrokowała. Tak naprawdę nie miała konkretnych oczekiwań względem owej znajomości, a wspólny posiłek nie był w żaden sposób wiążący, więc nie widziała powodu, aby nie przekonać się, jak smakuje kolacja w towarzystwie Josepha.
 
 
joseph balamonte


JOSEPH BALAMONTE

BOSTON


31

kieruje barem

stolen

Wysłany: 2019-04-13, 10:43   
  

  
  
  
  
  

  
  
IF YOU WERE DEAD OR STILL ALIVE, I DON'T CARE. JUST GO AND LEAVE THIS ALL BEHIND.


Można powiedzieć, że praca Laury jest godna podziwu, ale Joseph tak naprawdę miałby trudność by to w ogóle zrozumieć. Był sprytny, zwinny, a nawet śmiało można rzec, że inteligentny, ale nie potrafił z pewnością jednego, czegoś z czym ona biła go na głowę. Mianowicie nie potrafił słuchać. Cudze problemy wpadały w jego ucho i równie szybko wypadały drugim. Obojętność na problemy innych sprawiała, że był kiepskim słuchaczem. Wiele szemranych interesów wymagało od niego kontaktu z drugą osobą i wtedy stawał na głowie, by być dobrym słuchaczem, ale kiedy już nie musiał się starać stawał się głuchy na problemy i zmartwienia innych. Podczas wcześniejszych spotkań z Laurą nie musiał się wysilać, wszystko szło automatycznie, a wyjątkiem było jego nastawienie do rozmowy. Zazwyczaj stronił od ludzi, w tym przypadku jednak było inaczej. Napiętnowane zostało to jednak misją ojca i to sprawiło, że teraz musiał zważać na słowa, w dużej mierze grać niż być prawdziwym sobą i nawet gdyby chciał spasować, olać to wszystko i wrócić do swojego życia to nie mógł. Nie byli już na etapie, w którym w każdej chwili mógłby wyjść z kawiarni i już do niej nie wracać, i niczego nie mógł pozostawić przypadkowi.
Roześmiał się lekko stwierdzając z ogromem beztroski malującej sie na jego twarzy- ja nie mam – ale nadał temu żartobliwy ton, bynajmniej nie zgrywając tutaj zadufanego w sobie gościa. Jego słabością była władza ojca, rodzinne więzi nie do zdarcia, zła natura złodziejaszka, a to wszystko składało się na jego główną słabość - obojętność. - No dobra - podniósł ręce w lekkim goście poddania się - każdy ma, ale trzeba przyznać, że masowo ludzie ukrywają swoje słabości - i wcale go to nie dziwiło. On jednak na co dzień nie krył się ze swoją obojętnością, teraz jednak miał swój cel i nie chciał być w pełni sobą w towarzystwie Laury.
- Więc sprawdźmy to - uśmiechnął się zawadiacko – w sobotę o 19? - spojrzał na nią po czym wstał, choć zrobił to niechętnie, bo jak już wcześniej wspomniano - kanapa była grzechu warta – i zgarnął z jej biurka pierwszą lepszą karteczkę, zanotował na niej swój numer telefonu i wręczył jej do ręki. - Napisz mi, gdzie mam po Ciebie przyjechać, a teraz wybacz muszę już lecieć - stwierdził, nie dając jej zbyt dużej przestrzeni na wykręcenie się ze spotkania i darząc ją sporym zaufaniem, że jednak do niego napisze. Po wszystkim spojrzał na nią raz jeszcze i zniknął za drzwiami gabinetu.

[zt]

    Możemy ogarnąć im kolację i drinka. :hat:
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Jesteś ambitnym adwokatem, kochającym imprezy studentem, a może mężatką z dwójką dzieci? To nie ma znaczenia – gdy tylko przyjedziesz do Bostonu, poczujesz się jak w domu! Tylko tutaj możesz przejść przez pełen kwitnących, kolorowych kwiatów park, by wyjść tuż obok wielkiego wieżowca, a wracając, nie zapomnij zerknąć na stare, urocze kamieniczki znajdujące się tuż za rogiem! Nie jest to wielkomiejski labirynt z betonu, lecz przyjazne, niezwykle zielone miasto z masą parków, z plażami, zatokami, łodziami zacumowanymi u wybrzeży, pełne biegających i uprawiających sporty ludzi, pełne psów i dzieci. Wiosna w Bostonie to prawdziwe cudo ze względu na ogromne krzewy obsypane kwiatami. Jeśli jednak chcesz być blisko miasta, ale też cieszyć się życzliwością i poczuciem wspólnoty wybierz wspaniałe małe miasteczko jakim jest Concord. Lokalna społeczność ma silną więź, która łączy swoich mieszkańców, tutaj znajdziesz sąsiadów pomagających sąsiadom. Wspólnie można cieszyć się otaczającą przyrodą, zobaczyć słodkowodne żółwie, czaple modry, piżmaki i mnóstwo ptactwa. Odkryj piękno tego miasteczka, w każdym sezonie na nowo. Wiosna to czas lokalnych wydarzeń. Wybierz się na wycieczkę do jednego z wielu lokalnych targowisk i gospodarstw, aby spróbować domowych produktów, serów i syropu klonowego prosto z drzew Nowej Anglii.

Nominacje!

Rozpoczęły się marcowe nominacje na postać miesiąca. Czekamy na Waszych ulubieńców.

Read More
Bianka
Jeremy
WALTERS
ASHBORNE
Strona wygenerowana w 0,07 sekundy. Zapytań do SQL: 6